Przypadkowo dowiedziałem się, że zmarł pierwszy starosta głubczycki L.K. i od kilku dni nad tym rozmyślam. Miał zaledwie 67 lat. Nie nacieszył się długo emeryturą. Znajomość z nieboszczykiem zawarłem w możliwie najgorszy sposób. Był rok 1990! Tworząc rejonowe urzędy wojewoda opolski, zwrócił się do lokalnych działaczy solidarnościowych o wskazanie kandydata na stanowisko kierownika. Zebraliśmy się więc, jako reprezentanci Komitetów Obywatelskich z czterech gmin wchodzących w skład rejonu … i zaczęliśmy się nad kandydatami aspirującymi do państwowej posady zastanawiać. Ja lansowałem działacza rolniczej solidarności niejakiego, (mój Boże, po uzyskaniu 20 lat później informacji, że był tajnym współpracownikiem SB – wyparłem go z pamięci do tego stopnia, że nie przypominam sobie jego inicjałów ). W każdym razie wyglądało na to, że mój kandydat uzyska rekomendację, jednak kiedy się, co do tego zorientował – nieoczekiwanie wycofał się z konkursu ( teraz się domyślam dlaczego) . Drugim kandydatem był nieboszczyk, który z powodu traumatycznych dla niego okoliczności, mimo że posadę uzyskał – szczerze mnie znienawidził. O czym mogłem się przekonać, kiedy dwa lata potem zgłosiłem swoją osobę na przewodniczącego rady gminy, w której zdobyłem mandat. Przeciwnicy objęcia przeze mnie tej funkcji w samorządzie, w którym wcześniej byłem wójtem – wysuwali absurdalny zarzut, że jak byłem na urzędzie gminnego włodarza, to zrezygnowałem z dotacji na rozpoczętą jeszcze za Jaruzelskiego budowę na podmokłym terenie, tak zwanej kurzawce budynku gminnej administracji, argumentując, że byłby to komunistyczny pomnik. W tym celu ściągnięto na obrady rady świętej już pamięci ówczesnego kierownika Urzędu Rejonowego, który ochoczo insynuację urzędowo potwierdził. Coś mu wtedy powiedziałem dosadnego, a on w popłochu, rozpychając pod ścianą krzesła, obrady opuścił, wołając, że został obrażony on i jego urząd. Jakieś 7 lat później, kiedy przed naszym pokoleniem prowincjonalnych działaczy, postawiono wyzwanie – rozwijania demokracji przedstawicielskiej i tworzenia powiatów, samorządowych znowu się ze sobą zetknęliśmy. Zdobyłem wtedy tak samo, jak nieboszczyk mandat radnego powiatowego. Już nie pamiętam dokładnie, jak wyglądała polaryzacja. Wiecie, o co chodzi, to znaczy, po której stronie staliśmy my, a po której ci, których broniło ZOMO? W każdym razie wyglądało na to, że było wtedy fifty/ fifty. Po kilkudniowych dyskusjach, na plebanii, w salce katechetycznej w Kietrzu udało się mi solidaruchów przekonać, że bez nieboszczyka na posadzie starosty – postkomuchy zwyciężą. Wtedy także zawarliśmy bardzo szczegółową, koalicyjną umowę podziału funkcji, kto do zarządu, kto na przewodniczących komisji itp. Wszystko rozpisałem na swojej miniaturowej maszynie marki Mercedes do pisania, z którą się w tamtych czasach przełomu nie rozstawałem. W dniu konstytuowania się powiatowej rady nasi przeciwnicy byli przeświadczeni, że powiat jest ich. Mina im jednak zrzedła, kiedy przewodniczącym rady został nasz kandydat St. Kaliciński. Rozpaczliwie spróbowali wybiegu, wysyłając ichniego przedstawiciela, który proponował mi urząd starosty. Nie dałem się na to złapać… i nieboszczyk wygrał. Według umowy miałem zostać urzędującym członkiem zarządu i przewodniczącym klubu koalicyjnego. Zacząłem więc jeździć do pracy w starostwie, które mieściło się w budynku byłego komitetu powiatowego PZPR, wcześniej urzędowali w nim siepacze z Urzędu Bezpieczeństwa, co powodowało, że, mimo iż starosta pryncypał płacił mi połowę średniego wynagrodzenia – miałem za każdym razem przekraczając odrzwi owej instytucji – szczególną satysfakcję. Powierzono mi sprawy związane z pomocą społeczną i ochroną zdrowia. Przez dobrych parę tygodni nie miałem gabinetu, tylko urzędowałem w cieniu fikusa w wydziale drogownictwa. Moją ambicją było – wydarcie z urzędu wojewódzkiego jak najwięcej kompetencji, przypisanych nowopowstałemu samorządowi. Jako były wójt i wieloletni radny zupełnie dobrze się w tych zamierzeniach orientowałem. Nasze stosunki były dosyć chłodne, myślę, że on się mnie trochę obawiał, a ja zżymałem się na jego kunktatorstwo. Harowałem wtedy jak wół, ale byłem szczęśliwy z tego, że uczestniczę w historycznych dla Polski przemianach. L.K. dużo palił i pewnie to przyczyniło się do jego przedwczesnego odejścia. Powoli zaczął się do mnie przekonywać do tego stopnia, że jak zaproponowałem mu wyjazd do Rzymu, na pielgrzymkę organizowaną przez moją siostrę, wiceprzewodniczącą rady miejskiej Wadowic zgodził się wziąć w niej udział. Po powrocie z Włoch byliśmy wprawdzie w stanie łaski uświęcającej, ale zupełnie nie zorientowaliśmy się, że podczas naszej 4 czy 5 dniowej nieobecności ( obaj byliśmy na urlopach) zadzierzgnął się spisek mający na celu obalenia dotychczasowego starosty i zastąpienia go byłym burmistrzem Głubczyc, który po przegranych wyborach był bez pracy. Kiedy ujawniły się te zamiary, to nieoczekiwanie w surkus zagrożonemu staroście przyszli postkomuniści, ofiarowując mu swoje poparcie. Ode mnie zależało, czy ta kontrofensywa się powiedzie. Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy powiedziałem mu – panie Leszku… am sorry, z tym towarzystwem jest mi absolutnie nie po drodze i wszedłem z jego gabinetu, starannie zamykając drzwi. Nieboszczyk oczywiście padł. Nowy starosta, przydzielił mi gabinet z sekretarką i zaczął mi wypłacać całą pensję, a jak mi doniesiono – odsunięty z urzędu był święcie przekonany, że to ja byłem autorem tej przebiegłej intrygi. Wieczne odpoczywanie racz dać Mu Panie, niech spoczywa w spokoju.