(Dedykuję tym, którzy zechcą ten post przeczytać od początku do samego końca)

Czytam różne komentarze na temat tej choroby na FB i dochodzę do wniosku, że chyba żadna inna choroba nie jest tak bardzo lekceważona i o zgrozo, tak bardzo… wyśmiewana. A tymczasem chodzi o sprawę tak bardzo intymną, wstydliwą i najczęściej… pozostawioną samą sobie. Wyobrażam sobie, jakim piekłem dla chorych na depresję musi być wyśmiewanie ich choroby i twierdzenie ze strony „zdrowych” o nieumiejętności, lub co gorsza – niechęci wzięcia się w garść. Zwłaszcza, że w naszym społeczeństwie nadal normą jest w najlepszym przypadku milczenie nad tym problemem. I bezradność, połączona często z alkoholizmem.

Nie jestem ani psychologiem, ani psychiatrą, by się tutaj wymądrzać na ten temat. Ale jestem pacjentem, który z miesiąca na miesiąc, z roku na rok więcej rozumie. To pozwala mi napisać tych kilka zdań, które być może niektórym otworzą oczy i sprawią, że przemyślą swoje dotychczasowe stanowisko. I tylko dlatego to piszę.

Moje doświadczenie z depresją zaczęło się gdzieś w okolicach 2005 roku, może nawet wcześniej, bo w tego typu przypadkach trudno uchwycić precyzyjnie ten moment. Zresztą, co ciekawe, zupełnie inaczej depresję przechodzą kobiety, inaczej mężczyźni (można sobie o tym poczytać – jest sporo opracowań). Na początku widziałem w tym tylko wahania nastroju, potem dochodziły okresowe „wyłączenia” z normalnego życia, które wypełniałem niezwykle intensywną pracą nad habilitacją, potem nad książką profesorską. Stopniowo dochodziły zachowania ryzykowne czyli ostra jazda po bandzie, która mogła mnie kosztować utratę zdrowia, a nawet życia. Z jednej strony piąłem się w górę zdobywając kolejne szczeble kariery akademickiej, z drugiej wewnętrznie czułem, że to jest rodzaj ucieczki przed czymś, co w końcu musi mnie przygnieść.

I przygniotło. Jakieś dwa lata temu jak zwykle o 6:30 zadzwonił budzik. Odroczyłem pobudkę o 15 minut, potem o kolejne 15 i jeszcze 15, a potem było mi już wszystko jedno. Mijały godziny, i o zgrozo dni – a ja nie byłem w stanie wstać z łóżka. I tak przez 8 dni. Czułem fizyczną niemoc. Jakby paraliż. Telefon dzwonił wielokrotnie ale wówczas ważył 3 tony i nie byłem w stanie go podnieść. Zresztą nie chciałem wówczas o tym rozmawiać. Bo co miałem powiedzieć ludziom, którzy dzwonili do mnie z konkretnymi sprawami, podczas gdy ja nie byłem w stanie nawet wstać z łóżka? Przez ten czas straciłem 9 kg, ratunkiem dla mnie okazało się, że zupełnie „przypadkiem” w zasięgu kilku metrów od łóżka była cała zgrzewka wody mineralnej. Po tych 8 dniach resztką sił zadzwoniłem do mojej siostry, która spod Torunia, przeszło 500 km przyjechała do mnie i mnie uratowała. Przed dziećmi, które (już po rozwodzie) resztką sił udawałem, że jestem po prostu chory i muszę leżeć w łóżku.

Po tym wszystkim poszedłem do lekarza, do psychiatry, bo z psychologami jest jak z rosyjską ruletką – szansa na trafienie na odpowiednią osobę jest niewielka. Ustawiłem się karnie w NFZ-owskiej kolejce, zostałem przyjęty, wysłuchany i nie osądzony. Myślę sobie teraz, że ta pani doktor, która mnie przyjęła, a która pracowała w przychodni tylko kilka miesięcy, była aniołem. Wcześniej sam prywatnie i publicznie wyśmiewając „ludzi udających depresję” i leczenie farmakologiczne, zacząłem posłusznie stosować się do rad lekarza i łykałem karnie co wieczór te antydepresanty. Po kilku tygodniach nastąpiła zmiana, powoli się prostowałem i tak jest do dzisiaj. Nigdy wcześniej bym nie pomyślał, że taki twardy facet, który niejedne góry prostował i niejedną rzekę zawracał kijem, uzna swoją bezradność i pozwoli się prowadzić komuś, komu zaufa, bo już nie będzie mieć sił.

Część osób odradzało mi wizytę u psychiatry, bo to rzekomo stygmat na całe życie (tzw. żółte papiery), przeszkoda w karierze. Tak mówili. Część kierowała mnie na tory religijne. „Jezus Cię uzdrowi, tylko się na niego otwórz”. Poniekąd mieli rację, bo to On zaprowadził mnie właśnie do przychodni, której progu bym normalnie nie miał siły i odwagi przekroczyć.
Nikt nie czyta już tak długich postów, więc zmierzam do konkluzji.

Po tych wszystkich doświadczeniach, gdy już jako tako stoję na dwóch nogach, po pierwsze – wokół siebie widzę ludzi z depresją, których wcześniej nie zauważałem i odczuwam względem nich solidarność i jestem gotów pomagać, jeśli będzie taka wola z ich strony. Tych ludzi jest coraz więcej, bo coraz więcej osób przerasta tempo życia, ale przede wszystkim oczekiwania, jakie są wobec nich kierowane, a które nie wynikają z miłości, a jedynie z chęci ich wykorzystania do własnych egoistycznych celów. Po drugie, moja własna depresja nauczyła mnie nieosądzania ludzi, nieporównywania się do nich, wreszcie niestawiania wobec nich wymogów, których nie są w stanie spełnić. Nauczyła mnie również tego, że każdy z nas wystartował w swoim życiu z innej pozycji startowej, i jeśli używać porównania do olimpijskiej bieżni, różnimy się od siebie liczbą płotków do pokonania. Często łapię się na tym, że krytycznie oceniam dokonania pewnych osób, a dopiero potem dowiaduję się, że miały one nieporównywalnie większe niż ja przeszkody życiowe.

Suma summarum, chciałbym móc powiedzieć, że przeszedłem przez to doświadczenie, i ono czegoś mnie nauczyło. Samo w sobie nie było dobre, ale na dobre wyszło.

Autor zdjęcia: Steven Houston na Unsplash.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.