Okresy świąteczne zawsze skłaniają nas do zadumy, rozważań o stanie Kościoła, w którym żyjemy. Jaki jest Jego stan? Czy prawdą jest twierdzenie o głębokim kryzysie Kościoła? A może nie jest tak źle?
Słyszymy wiele głosów o kryzysie Kościoła, o odchodzeniu z niego szczególnie ludzi młodych. Jeżeli przyjrzymy się danym zbieranym na przykład przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, to ten niepokój wydaje się być uzasadniony. Z roku na rok liczba wiernych uczestniczących w praktykach religijnych systematyczne spada. Z jednej strony jest to powód nieskrywanej satysfakcji ludzi Kościołowi niechętnych, z drugiej rzeczywistej troski ludzi Kościoła.
Problem jednak w tym, czy naprawdę wiemy o czym mówimy i czy naprawdę dobrze definiujemy podstawowe pojęcia.
Zadajmy sobie trud, aby zrozumieć czym jest Kościół. Już tutaj natkniemy się na pierwsze trudności, które prowadzą nas do takiej, a nie innej interpretacji danych. Jeżeli kiedyś 97%, dzisiaj pewnie około 65% pytanych mówi o sobie, że są katolikami, to co mają na myśli? Jakie możliwe odpowiedzi kryją się za taką deklaracją?
Po pierwsze i najważniejsze – Kościół jest rzeczywistością Bosko-ludzką. Jego głową jest Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek (!!!) oraz ci, którzy Jemu ufają. Tak, ufają, bo nie chodzi o proste stwierdzenie wiary w istnienie Boga w Trójcy Jedynego. Chrześcijańska wiara jest czymś więcej niż wiarą w istnienie Boga, biblijnie rozumiana wiara jest intymną, osobową relacją z Bogiem. Dlatego „wierzę” jest jedynie podstawą. „Ufam” oraz „kocham” – to te słowa określają istotę chrześcijaństwa. Z tej ufności i miłości wynikają praktyki chrześcijanina, które dokonywane są nie z obowiązku, nie z tradycji i zwyczaju, ale jako odpowiedź na tę przedziwną relację Boga do mnie.
Czy tak rozumiany Kościół przeżywa kryzys? Nie, ma się dobrze. Dopóki będzie trwał w ufności swojemu Bogu, to jest na tyle silny, że „bramy piekielne Go nie przemogą” (Mt 16, 18b).
No dobrze, ale spośród osób deklarujących wiarę ilu wierzy w taki sposób? Takich badań nie robił chyba nikt, ale obserwacja życia w Kościele pozwala nam przyjąć, że od kilku do kilkunastu procent. Rodzi się więc następne pytanie. Kim jest ta przygniatająca większość? Czy oni nie są chrześcijanami?
Przyjęło się mówić, że to chrześcijanie kulturowi, ludzie, którzy wierzą w istnienie Boga, czasami nie wierzą, ale z jakichś powodów przyjmują część praktyk chrześcijańskich jako element swojej kultury. Powody są różne – tradycja, przywiązanie, koniunkturalizm, uznanie, że wnoszą wartość do ich życia. Bardzo często praktyki, normy wiary traktowane są bardzo wybiórczo, tutaj właśnie spotykamy ludzi, którzy mówią: „Jestem wierzący, ale swój rozum mam.” Uczciwie trzeba powiedzieć, że Święto Wszystkich Świętych, Wigilia, Wielkanoc to kluczowe momenty kulturowych chrześcijan. Dodają oni do tego różne elementy, niektórzy niedzielną Mszę św., wielkanocną spowiedź, chrzest swojego dziecka itd. Tworzy się taki pachworkowy system religijny, który oparty jest na praktykach chrześcijańskich, ale z wiarą rozumianą biblijnie nie ma wiele wspólnego. Brakuje tu sedna chrześcijaństwa – osobowej relacji z Bogiem. Pozostały formy. I musimy tutaj szczerze powiedzieć, to rozróżnienie dotyczy zarówno osób świeckich jak i duchownych.
Ta większość krąży na obrzeżach Kościoła traktowanego przez nich jako zjawisko społeczno-kulturowe i podatna jest na szybkie zmiany. Już czasy, w których żyjemy, mnogość ofert, siła szeroko rozumianych mediów, sprawiają, że i tak słabe więzy z Kościołem zostają jeszcze bardziej osłabiane. Dodajmy do tego skandale obyczajowe w Kościele, zwykłe lenistwo, wybranie innej, atrakcyjniejszej kulturowo „oferty” – i mamy obraz Kościoła taki, jaki jest widoczny.
Ale miejmy świadomość, że od dziesiątków wieków Kościół tak wyglądał. Nieliczni chrześcijanie oraz duża grupa zwolenników chrześcijańskiej kultury. Przed laty nie było to tak widoczne, bo dla tych drugich mniej było innych możliwości, odejście od Kościoła było społecznie mało akceptowalne, ale co do istoty niewiele się zmieniło.
Pozostaje pytanie, czy kulturowe chrześcijaństwo nie ma żadnego znaczenia. Może lepiej byłoby, aby doszło do pełnego rozejścia tych społeczności? Nie, pomimo ułomności, pomimo braku tego, co jest istotą, pozostawanie w choćby kulturowym kręgu chrześcijaństwa ma ważne znaczenie. Chociaż posłuszeństwo normom etycznym (ok, wybiórczo traktowanym) nie wynika z relacji do Boga, to jednak lepiej, że te normy są, niż zastąpienie ich innymi, obcymi lub wrogimi w stosunku do chrześcijańskich.
Kościół jest żywy i żywotny. Wprawdzie znacznie mniej liczny niż nam się wydaje, ale mocny relacją ze swoim Założycielem. I coraz silniej wychodzący na zewnątrz szukając zagubionych.
Sursum corda!
Zostaw komentarz