20 października 1939 roku w Wielkopolsce rozpoczął się dramat, który nie był jedynie ciągiem lokalnych egzekucji, lecz częścią jednego z najstraszniejszych i najbardziej precyzyjnie zaplanowanych przedsięwzięć ludobójczych w historii Europy — operacji „Tannenberg”. Był to dzień, w którym III Rzesza rozpoczęła masowe, publiczne mordy na polskiej elicie – nauczycielach, księżach, urzędnikach, ziemianach, lekarzach, prawnikach, weteranach powstań wielkopolskich i śląskich, a także działaczach społecznych. Dzień, w którym Niemcy postanowili „uciąć głowę” polskiemu narodowi, by nie mógł się już nigdy podnieść.
Zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu okupacji niemiecka machina terroru ujawniła swoje prawdziwe oblicze. Zbrodnia, która miała miejsce 20 października w czternastu wielkopolskich miastach i miasteczkach — w Środzie, Śremie, Gostyniu, Kościanie, Lesznie, Rydzynie, Kórniku, Szamotułach i innych — była częścią zaplanowanej serii egzekucji, mających złamać ducha narodu. Na rynkach miejskich, na oczach ludności, rozstrzeliwano ludzi, których dotychczas nazywano „sumieniem” i „mózgiem” lokalnych wspólnot. Funkcjonariusze Einsatzgruppe VI wykonywali rozkazy Reinharda Heydricha i Heinricha Himmlera — „oczyścić teren z polskiej warstwy przywódczej”.
Nie były to przypadkowe ofiary. Ich nazwiska znajdowały się na listach opracowanych jeszcze przed wybuchem wojny. Już wiosną 1939 roku Niemcy rozpoczęli tworzenie tzw. Sonderfahndungsbuch Polen – „Specjalnej księgi gończej dla Polski”, obejmującej ponad osiem tysięcy nazwisk osób przeznaczonych do aresztowania lub likwidacji. Wystarczyło, by ktoś był sołtysem, nauczycielem, księdzem, lekarzem, działaczem polskiego towarzystwa lub po prostu człowiekiem cieszącym się szacunkiem – to już czyniło go celem.
Kiedy Wehrmacht wkraczał do polskich miast, tuż za nim pojawiały się Einsatzgruppen – specjalne oddziały bezpieczeństwa (SD i Sicherheitspolizei), które miały „zabezpieczać tyły frontu”. W praktyce oznaczało to eksterminację Polaków i Żydów, których uznano za „wrogów Rzeszy”. W Wielkopolsce, Pomorzu i na Śląsku to właśnie te grupy, wraz z Volksdeutscher Selbstschutz – paramilitarnymi oddziałami tworzonymi przez miejscowych Niemców – rozpoczęły masowe aresztowania i egzekucje.
Wielkopolska, z jej silną tradycją obywatelską i patriotyczną, była dla okupanta szczególnym wyzwaniem. Tutaj, w regionie, gdzie polskość była pielęgnowana przez pokolenia wbrew germanizacji, trzeba było – jak ujęli to naziści – „zniszczyć jądro polskości”. I rzeczywiście, 20 października rozpoczęła się fala terroru, która pochłonęła setki ofiar. Egzekucje odbywały się w rytm niemieckich rozkazów, na tle polskich rynków, w cieniu wież kościołów i ratuszy.
W Kórniku rozstrzelano 15 osób — nauczycieli, księży i urzędników. W Gostyniu – 30 zakładników, w tym burmistrza i lekarza miejskiego. W Śremie i Środzie – kilkudziesięciu przedstawicieli miejscowych elit. Ciała zakopywano w masowych grobach w pobliskich lasach. Niemcy fotografowali swoje „akcje”, zamieniając mord w narzędzie propagandy.
W Poznaniu i okolicach rozpoczęła działalność Einsatzgruppe VI, która zorganizowała na terenie Fortu VII pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny w okupowanej Polsce. Przez jego mury przeszły tysiące Polaków, z których większość nigdy nie wróciła. To tam testowano pierwsze metody masowych egzekucji i mordów przy użyciu gazów — zapowiedź tego, co miało nadejść w Auschwitz i Treblince.
Operacja „Tannenberg” była częścią szerszej akcji eksterminacyjnej znanej jako Intelligenzaktion. Miała jeden cel: pozbawić Polskę klasy przywódczej, „rozumnego rdzenia”, który mógłby organizować opór. Niemieccy planiści uważali, że „chłop bez pana” nie będzie zdolny do zorganizowanego działania – pozostanie posłusznym i zależnym. W tym duchu Adolf Hitler miał powiedzieć:
„Należy bezwzględnie zadbać, by w Polsce nie było już żadnych panów. Pozostawić tylko robotników i chłopów – lud bez przywódców jest bezbronny.”
Tak narodził się program biologicznego i kulturowego wyniszczenia.
Do końca 1939 roku w ramach operacji „Tannenberg” i późniejszych akcji wymordowano ok. 50 tysięcy Polaków i Żydów. Na Pomorzu – 30 tysięcy, w Wielkopolsce – około 10 tysięcy, w Generalnym Gubernatorstwie – kolejne tysiące. Mordowano nauczycieli, duchownych, inżynierów, lekarzy, prawników, ale także harcerzy, strażaków i społeczników. W każdym regionie – od Bydgoszczy po Kalisz, od Gdańska po Lublin – powtarzał się ten sam schemat: aresztowania, przesłuchania, egzekucje, grabieże, wysiedlenia.
Wszystko to stanowiło wstęp do późniejszej „Akcji AB” w 1940 roku, kiedy niemiecki aparat okupacyjny – już bardziej zinstytucjonalizowany – wymordował dalsze tysiące przedstawicieli polskiej inteligencji. Polska była poligonem doświadczalnym nazistowskiej polityki eksterminacyjnej, która później rozlała się na całą Europę Wschodnią.
Dzisiejsza rocznica, 20 października, to nie tylko wspomnienie konkretnej daty, lecz symbol początku planowej dekapitacji narodu. Egzekucje w Wielkopolsce stały się jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów naszej historii, ale także początkiem nowego etapu — gdy z ruin rodził się opór. Już w listopadzie 1939 roku, mimo terroru, zaczęły powstawać pierwsze struktury Polskiego Państwa Podziemnego. Zginęli przywódcy, lecz nie zginął duch.
Dlatego pamięć o ofiarach „Tannenberga” nie jest tylko wspomnieniem tragedii — to świadectwo, że nawet w obliczu bezmiaru zła naród potrafi zachować wierność swoim wartościom. Każdy nauczyciel, ksiądz, urzędnik czy harcerz rozstrzelany 20 października 1939 roku był jednym z ogniw tej samej wspólnoty, która – mimo krwi i cierpienia – nie pozwoliła, by Polska stała się „niema”.
Dziś, osiemdziesiąt sześć lat później, mamy wobec nich obowiązek: pamiętać, nazywać rzeczy po imieniu i bronić godności, za którą oddali życie. Bo historia uczy, że tyrania zawsze zaczyna od niszczenia pamięci, a wolność zaczyna się od jej przywrócenia.
Szanowny Panie Prokop, Bardzo dobry artykuł. Gratuluje. Dziekuje. Stevek