Ryszard Jan Czarnowski, znawca historii sztuki, malarz, grafik, pasjonat literatury i nie tylko Lwowa zaprasza na wędrówki po miejscach, które podziwia i zna. Teatrowi Wielkiemu we Lwowie poświęci więcej czasu.

 

Opowieść o Teatrze Wielkim we Lwowie podzieliliśmy na 12 części. Magiczna liczba – dwanaście. Dwanaście wiadomych pokoleń, dwunastu Apostołów, dwanaście godzin, dwanaście miesięcy. Postaramy się ją zawrzeć w dwunastu dniach z przerwą świąteczną. Czym prędzej zapraszamy do „wysłuchania” pierwszej o prapoczątkach miejsca.

Lwów ma dwie ulice, które walczą o prymat w mieście – to „lwowskie corso”, czyli Akademicka, prawem okupacyjnym nazwana Szewczenki i Wały Hetmańskie, podobnie ochrzczone Bulwarem Swobody. Tu zostaniemy na dłużej – obiektów Ci tu co niemiara i osobną księgę o tej alei napisać można. Z jednej strony zamknięte Placem Mariackim z Kolumną Adama (wiersz wspaniały Ref Rena przypomnimy kiedyś), z drugiej niegdysiejszymi Krakidałami (najsłynniejszym bazarem Rzeczypospolitej), od których oddzielił je gmach Teatru. Tak piękny, że znalazł się nawet na ukraińskim banknocie 20 hrywien, zaś Zygmunt Gorgolewski – rodowity poznaniak, co szlify architektoniczne dostawał w Berlinie (tamtejszy most cesarski jest jego dziełem), a potem zakochał się we Lwowie, ogłoszony został przez obecnych administratorów „narodowym architektem Ukrainy”. Nie będziemy prowadzić dysputy, bo dyskutując z bredniami – tylko się je uwiarygodnia, jak mawiał Stefan Kisielewski.

Teatr ma wiele wspólnego z paryską Operą, bo również – tak jak ona – stoi na rzece. Paryski na Bierve – odnodze Sekwany. Lwowski na Pełtwi, płynącej pod nim i pod Wałami Hetmańskimi. I ma swe tajemnice. Zacznijmy od najbardziej ponurej, bliźniaczej dla ludwisarzy – twórców dzwonów. Otóż młody architekt wygrał konkurs na teatr ze sławami europejskimi, co się na Lwi Gród przez to obraziły. Ale pozostali sympatycy konkurentów. Polskie piekło zawsze funkcjonowało w większym lub mniejszym stopniu. I gdy po błyskawicznej budowie gmachu po roku zaczął się on osuwać i zapadać (o dwa stopnie w rezultacie), nastąpiło huzia na Józia, czyli atak na Gorgolewskiego. Że niedoświadczony, że teatr się publiczności na głowę zawali, że wyrzucone pieniądze! Młody architekt zamknął się w domu i gryzł się, aż serce nie wytrzymało. Przyszedł ogromnie mocny atak serca i 58 -letni człowiek go nie przetrzymał.

Umarł 6 lipca 1903 roku i na zawsze na Polach Elizejskich Lwowa pozostał. Pół roku potem poszedł za ukochanym synem jego ojciec, co się do Lwowa po owdowieniu przeprowadził. Razem nieopodal Marii Konopnickiej leżą. I wierzcie lub nie wierzcie, ale fakt jest taki, że proces osuwania gmachu się zatrzymał.

I pożałowali zazdrośnicy tej straty – co z tego… Legendy ludwisarskie, dla odlewających dzwony mówią, że musi się znaleźć w formie dzwonu, choć kilka kropel krwi autora, by dzwon dźwięczał czystą barwą. Stąd początkowa dygresja. Kolejną opowieść poświęcimy fasadzie tego gmachu i jej programowi ideowemu. Muzom i symbolom.

Do zobaczenia.

autor tekstu i grafiki: Ryszard Jan Czarnowski

Zamknięta w zapachu pomarańczy

Mojej Drogiej Przyjaciółce od Szczęśliwych Wtorków

 

 

W sukni, w rękawiczkach powyżej łokci, i szpilkach z czerwonymi podbiciami szła w kierunku gmachu opery. Razem z nią płynęła rzeka miłośników muzyki. Dostrzegła w tłumie znajomą postać. Rozpoznała mężczyznę w okularach, lawendowej koszuli i ciemniejszym o ton fuluarze wokół szyi. Nie widzieli się tyle lat. Kiedyś zatrzymał się w jej życiu. Odcisnął ślad. I zniknął. Odpędziła wspomnienia. Weszła do holu. Z torebki wyjęła zaproszenie. Kupiła program i wyprostowana wchodziła po marmurowych schodach. Uśmiechała się do siebie. Tren sukni zostawiał na podłodze zapach pomarańczy. Przed wyjściem skropiła dół sukienki ulubionymi perfumami. Znalazła się w przestronnej loży. Widziała przygotowujących się do występów artystów: sekcję smyczków, trębaczy, pianistę przy fortepianie. Zgasło światło. W blasku jupiterów pojawił się dyrygent. Powitano go na stojąco. Aksamitne rękawiczki tłumiły oklaski. Usiadła w oczekiwaniu. Wtem spadła na nią kaskada dźwięków. Podnoszono kurtynę. Nie usłyszała otwierających się drzwi. Nie zauważyła, że ktoś wszedł. Poruszyła się, kiedy poczuła pocałunek na ramieniu. Odnalazł ją. W tym momencie.

Małgorzata Kupiszewska

 

Materiały zawarte na niniejszej stronie mogą być wykorzystywane lub rozpowszechniane jedynie w celach informacyjnych oraz wyłącznie z notą o prawach autorskich oraz ze wskazaniem źródła informacji.