Żywiołowy sprzeciw pacjentów wobec tej formy świadczenia zdrowotnego jest zrozumiały, ale nie dlatego,że z zasady jakość takiej porady jest niska.
Do tej pory pacjenci polscy byli latami przyzwyczajeni do powszechnej dostępności do świadczeń – przede wszystkim w POZ – na każde życzenie i to niezależnie od rzeczywistych wskazań medycznych. Poradnie były dla wielu świadczeniobiorców miejscem spotkań towarzyskich, zabijaniem nadmiaru wolnego czasu, z którym nie wiadomo co zrobić, otrzymywaniem porad w sprawach banalnych i nie wymagających wizyty lekarskiej, a jedynie uruchomienia szarych komórek – i to wszystko „za darmo”. Oprócz tego poradnie służyły do „darmowej” produkcji setek różnych zaświadczeń wymaganych do przeróżnych spraw, do których załatwienia…. nie powinny być potrzebne żadne lekarskie! zaświadczenia. Nie wspominamy tu o „przebadaniu” zdrowych dzieci przyprowadzanych przez zapobiegliwych rodziców, którzy chcą mieć „pewność”,że z dzieckiem mogą jechać na wakacje-bo jak wiadomo, w Polsce lekarz jest również wróżką i wywróży, co się może stać za godzinę, dobę, trzy doby z każdym obywatelem. Te wszystkie sytuacje NIE POWINNY mieć miejsca w poradniach, szczególnie w sytuacji dramatycznego braku lekarzy. Lekarz i pielęgniarka powinni skupić się na leczeniu, a nie zaspokajaniu wszelkich „darmowych” potrzeb świadczeniobiorców, które są nader często nadużywane, bo są …. darmowe i powszechnie dostępne.
Epidemia to zmieniła i przyzwyczajony do wstępowania do poradni obywatel kiedy tylko chce – nagle zastał drzwi zamknięte i w czasie rozmowy telefonicznej musi uzasadnić potrzebę osobistej wizyty u lekarza. Nie dziwmy się,że wiele osób się buntuje i składa skargi. Nie było akcji uświadamiającej obywateli o skutkach nadużywania wizyt, nikt przy pomocy mediów nie tłumaczył potrzeby ograniczania wizyt i to nie tylko ze względów epidemiologicznych. Nie opracowano schematu/algorytmu rozmowy telefonicznej w najczęstszych skargach zdrowotnych, każda poradnia, placówka, lekarz, każda rejestracja działa na własną rękę i na własnych zasadach. Dlatego mamy miejsca, gdzie teleporady działają bardzo dobrze, odsiewają przypadki nieistotne medyczne, wydawanie dokumentów bez potrzeby angażowania lekarza, porady lekarskie, szczepienia i kontrole są świadczone na bieżąco. Ale są także poradnie z zamkniętymi drzwiami, nie pracującą specjalistyką, nie działające oddziały z wydłużającymi się kolejkami oczekujących.
Jak już wiemy nasi ministerialni decydenci nie zajmują się tak przyziemnymi problemami, wolą podpisywać wielomilionowe umowy na wirtualne dostawy lub dziwić się rosnącej liczbie zakażeń i chyba dotarło do nas wszystkich, że nic nam nie pomogą. Nie opracują algorytmów, nie podadzą nam logistyki przyjęć, organizacji świadczeń, nie zwiększą wyceny procedur/stawek z powodu konieczności zatrudniania większej liczby osób do obsługi telefonów, zwiększenia liczby linii telefonicznych itd. Mija kolejny miesiąc epidemii, następne – i nie wiadomo, czy nie gorsze! – przed nami, a my znowu sami i skazani na samopomoc i organizację wg. własnego rozeznania. Musimy sami edukować pacjentów, uświadamiać im konieczność zmniejszenia niepotrzebnych wizyt osobistych w poradniach, opracować schematy pytań dla personelu odbierającego telefony, wdrożyć procedury sanitarne, przewidzieć wzrost infekcji sezonowych jesienią i przygotować do tego gabinety i poradnie, a także szpitale, gdzie często tzw. zespoły epidemiologiczne są jedynie atrapami na potrzeby NFZ. Zmiany regulaminu placówki, szkolenie dla personelu, asertywność i konsekwencja w działaniu – wszystko po to, by chorzy wymagający naszej porady mogli się do nas dostać bez przeszkód, szczególnie w sytuacji, kiedy politycy nam nie pomagają w pracy, ale za to skwapliwie uchwalili drakońskie zaostrzenie kar za błędy NIEUMYŚLNE.
Przygotujmy się sami, bo na siebie i pomoc koleżeńską zawsze można liczyć. Jesień się zbliża i nie będzie łatwa w tym roku.

Zostaw komentarz