– Woźny jest jeszcze? – zapytał sekretarkę DyRektor, która właśnie serwowała mu kawę. Był lekko zmęczony z racji wykonywanych obowiązków.

– Za tydzień wraca z sanatorium, to znaczy nieoficjalnie z odwyku, bo o mało się nie zapił na śmierć. Ale podobno go tam wyprostowali i teraz pije, ale mniej i dopiero od 13:00. To i tak jest postęp! – odpowiedziała sekretarka.

– Tak podejrzewałem, bo ostatnimi czasy to jego pies jego prowadził, a nie on psa. A co z psem? – zapytał.

– Też poszedł na odwyk. Od samego oddechu pana się uzależnił. Biedne zwierzę. Nie wróżę mu świetlanej przyszłości. – powiedziała sekretarka.

– Dobra, dobra, skończmy z tymi wróżbami – zarządził autorytatywnie DyRektor i polecił uzupełnić szklankę jakże pożywnym Jim Deanem.

– To mam go wezwać do Pana DyRektora? – zapytała nieśmiało sekretarka.

– Owszem, ale niech czeka w poczekalni z trzy godziny, a ja w tym czasie obejrzę sobie serial 1670, bo mnie uroczo zabawia i czuję się przy nim odpowiedni odprężony. Chodzi o to, że jak go już przyjmę, to ma być odpowiednio sprężony i zaniepokojony. Rozumie pani? – upewnił się DyRektor.

– Woźny, a co Wy w ogóle robicie na Uniwersytecie? Pytam bo krążą różne narracje na Pański temat. Te lepsze i te gorsze, oczywiście. Ja czytam tylko te gorsze, bo nie mam czasu na te lepsze, czego w szczerej rozmowie nie ukrywam. Klakierstwa bowiem nie znoszę.

– Zastępuję pana DyRektora w czasie gdy pochłonięty jest pan oglądaniem filmów, co oczywiście rozumiem. Takie tam sprawy administracyjne. Rozpisywanie konkursów, zatrudnianie i zwalnianie, nadzór nad pracą administracji, pilnowanie żeby studenci nie palili przez budynkiem, no hodowla mojego psa, który oficjalnie jest psem uniwersyteckim.

– Sugeruje pan, że nie zarządzam efektywnie uczelnię? Co za bezczelność! – rozsierdził się DyRektor.

– Wręcz przeciwnie, od czego albowiem ma pan mnie, prostego człowieka z psem, lojalnego? – ukorzył się Woźny, przydając tej deklaracji nieco krzywy i kontestacyjny uśmieszek.

– No już dobra, rozumiem, niech pan wraca do swoich obowiązków, ale z tego nielegalnego baru w garażu podziemnym, też zamierzam czerpać profity. Przecież to mój teren. – Odburknął DyRektor.

– Ależ oczywiście, już mam wszystko przyszykowane. Oto 20000 pieniędzy dla pana. W bitcoinach. – powiedział Woźny.

– Masz tutaj te 100 pieniędzy i nakarm psa jak trzeba, żeby trzymał interes. – A wiesz, że na granicy chińsko-indyjskiej dochodzi do regularnych walk na kije i kamienie?

– Tego akurat nie wiedziałem – odparł Woźny szczęśliwy, że przeżył to spotkanie, po czym oddalił się do swojej kanciapy w podziemiach Uniwersytetu, tuż obok kotłowni.

– To był dobry dzień – westchnęła sekretarka.

Obraz Victoria z Pixabay