W republikańskim wyścigu do prezydentury z początkowych 17 kandydatów pozostało czterech, a praktycznie liczą się jedynie dwaj: 69-letni miliarder deweloper Donald Trump i 45 letni senator ze stanu Teksas, Kubańczyk z pochodzenia, konserwatysta Ted Cruz. Oczywiście w zmaganiach uczestniczą jeszcze: kubańskiego pochodzenia 44-letni senator ze stanu Floryda, Marco Rubio, oraz czesko-chorwackiego pochodzenia 63-letni gubernator stanu Ohio, John Kasich, obaj ściśle związani z establishmentem Partii Republikańskiej.

Wypłynięcie Trumpa i co ważniejsze, utrzymywanie się w pozycji lidera republikańskich prawyborów jest ogromnym utrapieniem dla partyjnego establishmentu. Trump jest dobrym psychologiem z pewną charyzmą, potrafi czytać ludzi, odgadywać ich potrzeby i niepokoje, również posiada spore doświadczenie i obycie medialne. Całe swoje życie spędził na rozgrywaniu ludzi, negocjacjach i parciu do zwycięstwa. Nauczył się też szybkiego podejmowania decyzji, jest inteligentny i posiada błyskawiczny refleks. Przeciwnicy zarzucają mu pogardę do politycznej poprawności, skłonność do brutalności i prostactwa, które ujawniają się szczególnie w sytuacjach kiedy jego pozycja zostaje podważana przez konkurentów. W sumie trudno powiedzieć, na ile jest w tym jego gry, wybranej skutecznej taktyki służącej blitzkriegowi, na ile też odczytuje wyborców i gra pod ich potrzeby i oczekiwania, a na ile ten gladiatorski styl jest jego własnym, wypływający z jego natury.

Obaj liderzy republikańskiego peletonu są ludźmi spoza establishmentu Partii,  bardzo negatywnie postrzeganego  przez republikańskich wyborców, którzy broniąc bezwzględnie atakowanych tradycyjnych amerykańskich wartości w kolejnych wyborach wygrali dla Republikanów większość w Kongresie, a następnie w Senacie. Ku ich głębokiemu rozczarowaniu i oburzeniu, establishment ani myślał o wypełnianiu swoich wyborczych obietnic, ale w najlepsze dogadywał się z establishmentem Partii Demokratycznej.  GOP przypomina przysłowiową francuską armię, która po osiągnięciu przewagi (Kongres, Senat) poddaje się Partii Demokratycznej. Nic dziwnego, establishmenty obydwu partii mają tych samych sponsorów. Republikańscy wyborcy zrozumieli, że zostali na lodzie. Jedynym w sumie facetem, do końca wiernym obietnicom danym swoim wyborcom (Tea Party) był senator Ted Cruz, który nie dał się kupić i twardo sprzeciwiał się swoim republikańskim zwierzchnikom w Senacie, za co spotkały go kpiny  i pogarda.

Jak wiemy, aby otrzymać nominację na reprezentowanie Partii kandydat powinien przynajmniej osiągnąć magiczną liczbę 1,237 delegatów, co momentalnie daje mu zwycięstwo i prawo do reprezentowania strony republikańskiej w starciu z kandydatem Demokratów o prezydencki fotel. Trumpa popiera jedynie od 35-40% republikańskich wyborców, pozostali kandydaci dzielą między siebie resztę głosów. Jednak jego poglądy podobają się też niezależnym wyborcom jak również tzw. Demokratom Reagana, co może mieć znaczenie w wyborach prezydenckich.

Partia Republikańska zawsze biadoliła, że nie można dopuścić, aby jej nominację otrzymał konserwatysta (np. Cruz), ponieważ w wyborach powszechnych taki kandydat nie pociągnie za sobą etnicznych mniejszości, kobiet i części demokratów. Konsekwencją tego było lansowanie w republikańskich prawyborach liberalnych RINO (Republikanin Tylko Z Nazwy), którzy byli tolerowani przez mainstream (lewicowe) media. Następnie w prezydenckich wyborach do walki z demokratami stawali ludzie pokroju John McCain (2008), czy Mitt Romney (2012), a wtedy konserwatywni wyborcy republikańscy nie głosowali, zostając w domu (ok. 4-5 milionów konserwatywnych wyborców). Natomiast lewicowe media, które pomagały wylansować takich kandydatów, przed powszechnymi wyborami zmieniały front nie zostawiając na nich suchej nitki.

W sumie to Trump realizuje program wyborczy szerokiej koalicji o który właśnie zwykle zabiega republikański establishment, przyciągając tak niezależnych jak i część Demokratów. Jednak robi to sam, bez udziału wierchuszki GOP (Partii Republikańskiej), nie biorąc od niej pieniędzy na kampanię, pozostając niezależny, dlatego jest przez nią zwalczany. Niektórzy komentatorzy uważają, że establishment GOP wolałby przegrać, niż poprzeć niezależnego od siebie kandydata, czyli stracić kontrolę nad partią.

Mówi się o kilku wariantach tego co może nastąpić. GOP wspiera ciągle swoich establishment-owych kandydatów Marco Rubio i Johna Kasicha, obawiając się, że jeśli pozwoli im odejść, to część ich zwolenników wzbogaci/przejdzie do Trumpa (i Cruza), przez co Trump w szybkim tempie może zdobyć przewagę (lub Cruz) i aparat GOP przestanie mieć jakikolwiek wpływ na sytuację w swojej partii. Dlatego też, przy 4 zawodnikach, przy rozstrzelonych głosach nie chce dopuścić do osiągnięcia przez Trumpa magicznej liczby 1,237delegatów. Macherzy z GOP mogą wtedy na konwencji partyjnej mieć wpływ na to, kto zostanie “wynegocjowany” i otrzyma nominację na republikańskiego kandydata na prezydenta.

Bardzo ważną cezurą będzie dzisiejszy dzień, 15 marca, wtedy wyjaśni się, czy partyjnie wspomagany Marco Rubio na swoim terenie (Floryda) pokona  Trumpa, jeśli nie zwycięży to jest skończony ( w tym stanie zwycięzca zdobywa wszystkich 99 delegatów). Trzeba dodać, że dzień przed prawyborami sondaże dają Trumpowi od 10 do 20 punktów przewagi nad Rubio, który zaznaczył, że nawet jak przegra nie zrezygnuje z wyścigu. W stanie Ohio w podobnej sytuacji jest jego gubernator John Kasich, który usilnie wiecuje w każdym zakątku stanu, aby wygrać na swoim terenie z Trumpem i nie pozwolić mu zdobyć (tu również zwycięzca zabiera wszystkie 66) delegatów i zbliżyć się do magicznej liczby 1,237. Kasich w sondażach lekko prowadzi, bądź remisuje z Trumpem.

Dzień przed kolejnym super wtorkiem (prawybory w 5 bogatych w delegatów stanach: Floryda, Illinois, Missouri, Karolina Północna i Ohio) prowadzi Trump z 460 delegatami, drugi jest Cruz z 370 delegatami, trzecim jest Rubio z 163 delegatami i ostatnim jest Kasich z 63 delegatami. Trzeba podkreślić, że głównie dzięki Trumpowi, ale i niezadowoleniu z polityki Obamy, w tych republikańskich prawyborach frekwencja jest wyższa o 67% w porównaniu do poprzednich prawyborów. Wśród wyborców Partii Demokratycznej nie ma entuzjazmu, tu frekwencja jest niższa o 23% w stosunku do tej z 2012 roku.

Trump uzyskał poparcie byłych swoich konkurentów najpierw gubernatora New Jersey Chrisa Christi, a ostatnio dr Bena Carsona (którego wcześniej Trump wyzwał od psychopatów!). Ted Cruz zdobył poparcie byłej konkurentki Carly Fioriny i kolegi z Senatu konserwatywnego Mike Lee (ze stanu Utah), jak również brata byłego prezydenta G.W. Busha, Neila Busha. W sobotę Cruz zdecydowanie wygrał prawybory w stanie Wyoming, zaś Rubio w D.C. (District of Columbia), gdzie drugi był Kasich.

W procesie wyborczym w USA bardzo duży wpływ na wyborców ma radio. Król radia Rush Limbaugh, silny głos w obozie republikańskim, choć oficjalnie nie poparł nikogo sugeruje, że jedynym konserwatywnym kandydatem w tym wyścigu jest Cruz, podobnie wyraża się Sean Hannity. Cruza zdecydowanie poparli konserwatywni radiowcy Mark Levin i Glenn Beck, jak również konserwatywny magazyn National Review. Trump natomiast uzyskał poparcie ekscentrycznego Michaela Savage’a.

Cruz zwrócił się do wyborców Rubio i Kasicha zapraszając ich do siebie:

“Lubię obydwu, ale żaden z nich nie ma możliwości wygrania z Trumpem. To jest matematycznie niemożliwe. Powiedział bym, jeśli jesteście zwolennikami jednego z nich, chciałbym zaprosić Was do naszej drużyny. Jeżeli nie chcesz aby Trump otrzymał nominację i nie chcesz Hillary Clinton jako prezydenta, dołącz do nas.”

Na horyzoncie amerykańskich wyborów pojawia się nowa jakość, a ściślej mówiąc bylejakość. Elity polityczne rozpoznając narastające zagrożenie ze strony kampanii Trumpa, którego jakoś do tej pory nie zdołały powstrzymać, sięgają do sposobów wypróbowanych w III świecie. W ostatnich dniach na wiecach Trumpa zaczynają się pojawiać zawodowi “protestanci”. Mówi się, że są kierowani i opłacani przez organizacje związane z niesławnym miliarderem globalistą Georgem Sorosem (“Moveon.Org”, Black Lives Matter, Fearless and Undocumented, Occupy Wall Street, etc.). Można powiedzieć jaki mały jest ten świat. Nie tylko w Polsce, ale i w Ameryce pojawił się KOD, tyle, że opłacany z tej samej kieszeni.

Świat obiegają zdjęcia bijatyk, burd i sytuacji zagrożenia dla spokojnie wiecujących obywateli, organizowanych przez fachowców od zadym, których celem był również przemawiający Trump.  To interesujący test, wskaźnik przestraszonych elit, które w żadnym stopniu nie chcą utracić swojej ugruntowanej pozycji. Raptem przeciwko sobie elity mają ludowego trybuna (choć miliardera), który bezlitośnie odsłania dekadami nakładany kamuflarz i makijaż na prawdziwy obraz sytuacji w amerykańskim imperium.

Amerykanie zrozumieli, że jeśli pójdą dalej drogą wytyczoną przez elity, zostaną narodem bez przyszłości, narzędziem w rekach tychże elit. Stąd to przebudzenie, ten bunt, to zaufanie do kandydatów nie związanych z elitami (Trump, Cruz).  Dlaczego Trump? Dlatego, że wyborcy mają już dosyć kłamstw i wiecowych obiecanek polityków, którzy przestali reprezentować wyborców, przechodząc do służby  u globalistów z Wall Street.

Dziś Amerykanie szukają kogoś kto potrafi i będzie w stanie brutalnie rozwalić tę upiorną konstrukcję banksterów, która pozostawiona samej sobie zabierze im przyszłość i położy się długim cieniem na przyszłości ich dzieci. Dlatego Trump. facet nie liczący się z polityczną poprawnością, nazywający wszystko, a nawet wszystkich bezlitośnie i niedyplomatycznie po imieniu. Facet, który mówi jak jest, który widząc absurdy amerykańskiego życia, definiuje je słowami zrozumiałymi dla przeciętnego Amerykanina.

Czy Ted Cruz, niezależny konserwatysta mógłby zdobyć zaufanie i poparcie tych samych ludzi? W zasadzie tak, ale jest młody, kulturalny, może zbyt intelektualnie, bez gniewu i emocji nie potrafi tak chwytać za serce.

Zamieszanie, społeczne emocje w sytuacjach zagrożenia na wiecach Trumpa dają mu dodatkowy, darmowy czas telewizyjny i antenowy i definitywnie zbliży go emocjonalnie do tych, którzy go wspierają. Zarzuca się Trumpowi, że publicznie nawoływał do przegonienia protestujących zapewniając, że w razie sankcji w sądzie pomoże finansowo swoim zwolennikom. Dodał, że sam uderzyłby takiego protestującego, który chciałby zakłócić wiec.

Ze swojej strony Hillary Clinton odniosła się do niepokojów i zamieszek kampanii Trumpa zrzucając winę na niego samego:

“Jeżeli bawisz się zabawkami, wzniecisz ogień, którego nie będziesz w stanie kontrolować. To nie jest przywództwo, to polityczne podpalanie”

Obok wiecu w Cleveland w stanie Ohio, protestujący posiadali napisy: “Dump Trump!”, czy „Donald Trump: Making America Hate Again.”

Jakże inne są wiece Demokratów (Clinton i Sandersa), spokojne, a nawet nudne. Z Republikanów najbliższy Demokratom jeśli chodzi o temperaturę na wiecach jest John Kasich, ciągle ględzący o swojej pracy jeszcze u prezydenta Reagana, a tak naprawdę jest okazem chadeka mocno zabetonowanego w strukturach partyjnego establishmentu. Gubernator Kasich liczy na zwycięstwo w swoim stanie Ohio gdzie przez kilka ostatnich dni popiera go były republikański kandydat na prezydenta (2012 r.) Mitt Romney, który niedawno bardzo brutalnie zaatakował Trumpa.  Z kolei Kasich zapowiedział, że jeśli wygra prezydenturę to w ciągu 100 dni ogłosi amnestię dla nielegalnych imigrantów. Wygrana tak Rubio jak i Kasicha w ich rodzimych stanach jest warunkiem sine qua non ich dalszego uczestnictwa w grze.

Republikański establishment mógłby przeciwko Trumpowi poprzeć Cruza, aby pomóc mu wygrać, ale elity GOP chyba bardziej obawiają się pryncypialnego Cruza niż autora bestselleru o zwyciężaniu w negocjacjach “Art of the Deal”.

Czy Amerykanie mają szansę na wybicie się na niepodległość i wyrwania sterów swojej republiki ze szponów wielkich ponadnarodowych korporacji i ze szponów globalistycznych banksterów bez ojczyzny? Odpowiedź na to pytanie ciągle wisi w powietrzu…

Autor: Jacek K. Matysiak

2016/03/15, Kalifornia