O tym jak unijne elity nienawidzą polskiego prawicowego rządu mogliśmy przekonać się kolejny raz. W czasie gdy szaleje pandemia, wszystkie siły i środki państw zrzeszonych w Unii skierowane są na walkę z zarazą, złagodzenie kryzysu gospodarczego i przeciwdziałaniu załamania się gospodarek, najważniejsza dla nich jest polska Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego.

Komisja Europejska złożyła wniosek do TSUE w którym domaga się zastosowania tzw. środków tymczasowych przeciw Polsce mających doprowadzić do zablokowania Izby Dyscyplinarnej.

W lutym 2020 r Polska przekazała do Trybunału Sprawiedliwości UE odpowiedź. Rząd w piśmie przesłanym TSUE wskazał, że wniosek KE o środki tymczasowe jest niedopuszczalny. Wnioskowane środki zmierzają do zawieszenia jednej z izb konstytucyjnego organu RP jakim jest Sąd Najwyższy, są również rażąco sprzeczne z zasadą nieusuwalności sędziów.

Jeżeli ktokolwiek się łudził, że zostanie oddalony to świadczy, iż był naiwniakiem.

Nic nie dzieje się przypadkowo. Z chwilą gdy staraliśmy się o przyjęcie do Unii, Niemcy i Francja wyznaczyły nam rolę peryferii z zapleczem taniej siły roboczej. Nasze próby wybicia się na niezależność gospodarczą i prowadzenie własnej polityki są dla nich niczym czerwona płachta na byka.

Wiele osób w Polsce wierzyło, iż Ursula von der Leyen będzie pamiętać, że głosy polskiej delegacji Prawa i Sprawiedliwości zaważyły o tym, że została szefową Komisji Europejskiej. Miało nadzieję, że wraz z jej wyborem skończy się grillowanie Polski. Nie brało i nie bierze pod uwagę faktu, iż jako Niemka prowadzi politykę zgodnie z interesem niemieckim, a nie dla dobra wszystkich krajów członkowskich. Ona oczywiście oficjalnie nigdy nie atakuje prawicowego rządu, ale po co kowal ma szczypce.

Tę role doskonale spełnia wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej ds. wartości i przejrzystości Vera Jourova. Jej wizyta to typowy dialog głuchych. Z góry było wiadomo, że nic nie da. Będąc w Polsce zapewniała o otwartości na dialog ze strony Unii. Zapewniła, iż reforma systemu sądownictwa jest kompetencją władz wewnętrznych.

Ile warte są jej słowa pokazało orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Oznacza ono, że obowiązuje natychmiast. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została zawieszona i nie może orzekać.

W odpowiedzi na orzeczenie politycy koalicji rządzącej jednogłośnie podkreślają, że TSUE nie ma żadnych kompetencji do tego, aby „zawieszać konstytucyjne organy państw członkowskich”.

Słyszymy, że:

decyzji Trybunału nie można wykonać nie naruszając jednocześnie konstytucji,

TSUE wykroczył poza przyznane mu w Traktatach kompetencje. Polska nigdy się nie zgadzała na to, aby jakikolwiek sąd europejski mógł decydować o ustroju polskich sądów,

Orzeczenie TSUE jest kompletną farsą. TSUE nie ma kompetencji do oceny oraz do zawieszania konstytucyjnych organów państw członkowskich. Jest to polityczne orzeczenie, nie oparte na żadnych traktatach. Równie dobrze Izba Dyscyplinarna SN mogłaby zawiesić TSUE,

TSUE nie ma kompetencji do oceny, ani tym bardziej zawieszania konstytucyjnych organów państw członkowskich. Dzisiejsze orzeczenie jest uzurpacyjnym aktem naruszającym suwerenność Polski,

Zgodnie z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego z lat 2006-2013 TK powinien niezwłocznie zbadać, czy TSUE nie wykroczył poza kompetencje, które RP scedowała na UE w podpisanych traktatach. Jeśli tak się stało, jego orzeczenie należy uznać za niebyłe.

Z tego co czytałam, to jeżeli Polska nie podda się środkom tymczasowym, to KE będzie mogła wystąpić do TSUE o zasądzenie kar pieniężnych. Według nieoficjalnych informacji kara może wynosić nawet 2 mln euro dziennie.

Przypomina mi się jak w Puszczy Białowieskiej, by zapobiec inwazji kornika drukarza zaczęto wycinać zagrożone drzewa. Unia nakazała jej zaprzestania. Ponieważ prowadzono ja dalej zagroziła karą 100 tys. euro dziennie i wycinkę wstrzymano. Wówczas prawo też było po naszej stronie.

Nie miała prawa a wystarczyło, że zagroziła. Przewiduje, iż tak samo będzie w przypadku środków tymczasowych.

R. Ziemkiewicz pisze (…) Jedno wiem, jak się skończy obecne zamieszanie, trzeba bardzo poważnie zastanowić się nad rachunkiem zysków i strat z przynależności do UE.

Ze względu na nieustające grillowanie Polski, stosowanie podwójnych standardów, ordynarne zwalczanie polskiej konkurencji, najbardziej racjonalnym posunięciem byłoby jej opuszczenie.

Dopóki polskie społeczeństwo bez względu na wszystko będzie w 90 procentach popierało nasze członkostwo we Wspólnocie Europejskiej rząd nic nie może zrobić i kolejny raz połknie żabę.

A może się ono zmienić w przypadku krachu ekonomicznego Unii lub po wpuszczeniu uchodźców i przekonaniu się jak w praktyce wygląda wielokulturowość.

Poznali ją mieszkańcy miejscowości Coniew i Linin (woj mazowieckie). Mają dość bezkarności mieszkańców ośrodka w Lininie, gdzie mieści się ośrodek dla uchodźców z Czeczenii. Mieszkańcy okolicznych miejscowości są na skraju wyczerpania nerwowego. Boją się przechodzić obok ośrodka, a w okolicy kręcą się całe grupy młodych Czeczenów, którzy z nudów lub dla tzw. „zabawy” zaczepiają przechodzące kobiety. W sieci pojawił się film dokumentalny o wybrykach Czeczenów, którzy terroryzują mieszkańców.

Również zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Piotr Stasiński, już wie jak w praktyce ona wygląda. Gdy w noc sylwestrową 2019 r zwrócił uwagę swoim sąsiadom Wietnamczykom, że puszczane przez nich fajerwerki wpadają na dach jego domu i na teren posesji i zagroził wezwaniem policji, został pobity do nieprzytomność.

Dopiero gdy Unia wymusi na nas przyjęcie większej ilości imigrantów, wówczas moi rodacy zmienią do niej stosunek, a rząd będzie miał pole manewru.

Foto:internet