Dekomunizacja nie polega na przemalowaniu fasady i demontażu pomników oraz zmianie nazw ulic. Dekomunizacja to całkowita zmiana sposobu myślenia i postrzegania świata. To wyeliminowanie homo sovieticus z życia publicznego. To rzeczywistość otwarta na człowieka, a nie sprowadzanie go do przedmiotu zarządzania. To rządzenie bez haków i spisków, bez pseudo elit, prześcigających się we wzajemnym szachowaniu rzekomo posiadanymi materiałami, które potrzebne są jedynie do utrzymywania społeczeństwa w stanie permanentnej wojny. Dekomunizacja to brak piedestałów, na które natychmiast wchodzi każda nasza władza, izolując się całkowicie od ludzi. To rządy fachowców i brak „młodzieżówek partyjnych”, przypominających żywcem „rozkułaczanie wsi”. W naszym kraju zdekomunizowali się sami zwykli ludzie. Bez względu na wiek i życiorys wyciągnęli wnioski i zmienili wiele w swoim oglądzie świata. Dotyczy to, wbrew pozorom, większości z nas. Niestety, władza od 25 lat nie potrafi tego i uważa, że werbalne potępienie komunizmu, pseudo ustawy oznaczają dekomunizacje. Nie chce widzieć, jak szybko zmienia się w komitety partyjne.

Oczywiście, że piszę to na wieść o kolejnym utajnieniu materiałów SB. Oczywiście, że zapłacę za to, co piszę, bo przecież kogoś trzeba rzucić na pożarcie. Wiem też, że nie przestanę, ponieważ jest coś o wiele ważniejszego niż moja skromna osoba: prawdziwa dekomunizacja, a nie przemalowanie fasad. Tylko wtedy zakończymy wojnę między sobą. Do tego jednak konieczne jest ujawnienie materiałów byłej SB. Wyjaśnię też, że jeśli znajdują się tam dokumenty ważne dla bezpieczeństwa państwa, to winny być nadal elementem spraw operacyjnych i przechowywane w odpowiedniej służbie specjalnej. Należy też sformułować jasne kryteria kategoryzujące takie materiały. Wątpię zresztą, czy takie materiały tam są. Na pewno nie należą do nich informacje, że XY donosił na KOR lub „Solidarność”, nawet, jeśli ów XY był lub jest osobą „z pierwszych stron gazet”.

Dobrze. Mój punkt widzenia może być błędny i można tych materiałów użyć, jako podstawy werbunku, albo w inny sposób. Nie godzę się jednak na niedocenianie przeciwnika. Mówiłem wielokrotnie, że dokumenty SB z dużym prawdopodobieństwem znają Rosjanie. Wielu polityków sądzi podobnie. To dlaczego chcą ich wciąż używać? Przecież z operacyjnego punktu widzenia to błąd, bo należy założyć, iż przeciwnik do tego przygotował się starannie. Tym bardziej, że miał czas. Ćwierć wieku. To praktycznie całe pokolenie. Tylko ujawnienie wszystkich aneksów i zbiorów rozbroi tą bombę. Czy nikt z rządzących tego nie rozumie? Kontrwywiad to nie zestaw haków, ale system zabezpieczenia kraju, w którym inteligencja gra podstawową rolę, a nie pozorna i chwilowa siła dobrze uzbrojonych mężczyzn w kamizelkach kuloodpornych. Proszę mi wierzyć, niepozorni ludzie, „gryzipiórki” z Łubianki i Langley, załatwią ich jednym pociągnięciem pióra, bo potrafią dobrze plasować i wykorzystywać agenturę.

Wspomniałem Langley. Celowo, bo my tylko mówimy o Moskwie, jako prawdopodobnym posiadaczu materiałów byłej SB. Zastanówmy się jednak trochę i odpowiedzmy na pytanie: dlaczego USA tak łatwo zaakceptowało nasz wywiad i kontrwywiad? Oficjalnie dzięki operacjom antyterrorystycznym. Może to i prawda? Nie wiem, a zastanawiać się mi jeszcze wolno. W Londynie rozmawiałem kiedyś z niemieckim dyplomatą o instytucie Gaucka. Powiedział mi wtedy, że takie ujawnienie było konieczne, bo „Rosjanie zabrali trochę, skopiowali wszystko, a potem zrobili to samo Amerykanie”. Jego zdaniem, szefostwo Stazi także „kwitami kupiło sobie spokojną starość”. Czy tylko tak stało się w NRD? Nie wiem. Po co zresztą wiedzieć, skoro kolejne rządy robią to samo.

Jeszcze jedno pytanie trzeba zadać: czyim zakładnikiem stał się PiS? Nie odpowiem na to. Powtórzę tylko co mówiłem wielokrotnie: nadchodzą czasy trzydziestolatków. Oni nie mają teczek w IPN i w nich jest szansa, bo łączy ich dość jednoznaczna ocena przeszłości, mimo różnic politycznych. O ile nie staną się „partyjną młodzieżówką”.

Nie martwcie się. Dostaniecie na pożarcie protezę sprawiedliwości społecznej, a ja zapłacę za swój brak pokory tak, jak wieszczył mi rok temu jeden z moich byłych kolegów. Nie wiedział tylko, że wkalkulowałem to w koszta i nie boję się. Nie zatrzymam i nadal będę nawoływał, gdzie będę mógł: rozbrójcie wreszcie tą bombę, chociaż wiem, że zamiast merytorycznej dyskusji, otrzymam w odpowiedzi jedynie pogróżki oraz inwektywy. Mam też nadzieję, że wielu ludzi z PiS, wiem to, podziela moje zdanie, a niektórzy nie boją się do tego przyznać.

Zastrzeżony zbiór haków. Co kryją akta IPN?

Veritas temporis filia est. Ta prosta maksyma winna być wykuta nad wejściem do zbioru zastrzeżonego IPN, gdyż wszystko, co zostało ukryte, staje się przedmiotem spekulacji, domysłów i plotek, przyczyną krzywdzących oskarżeń i przepaści dzielącej nas wszystkich.

Od kilku lat piszę o konieczności otwarcia owego zbioru, ujawnienia znajdujących się w nim materiałów i wreszcie prawdziwej oraz jednoznacznej oceny okresu PRL, wraz z jego przejściem w III RP. W moich ustach postulat ten może wydawać się dziwny, bo przecież byłem funkcjonariuszem Wydziału XI Departamentu I MSW PRL, a więc członkiem aparatu bezpieczeństwa i w moim interesie wydaje się być stan obecny, w którym materiały byłej Służby Bezpieczeństwa nie są dostępne publicznie. Rzeczywiście, część byłych funkcjonariuszy SB tak sądzi. Odkąd wystąpiłem o ujawnienie swoich akt spadłą na mnie fala krytyki. Nie tylko zresztą z ich strony, ale i od przedstawicieli prawicy. Nie zdziwiło mnie to. Krytyce towarzyszyły bowiem słowa wsparcia, w tym wiele od byłych funkcjonariuszy. Głównie od tych, którzy podobnie jak ja, nie zajmowali wysokich stanowisk oraz pracowali później w UOP.

Są trzy podstawowe aspekty, które nakazują wręcz likwidację zbioru zastrzeżonego IPN i udostępnienie akt opinii publicznej. Aspekt moralny, aspekt historyczny oraz aspekt kontrwywiadowczy. O dwóch pierwszych wspomnę krótko, a skoncentruję się na trzecim, ponieważ jestem emerytowanym oficerem operacyjnym i ten aspekt, według mnie, wymaga szczególnego nagłośnienia. Jest poza tym najrzadziej dyskutowaną kwestią, a jeśli już, to owa dyskusja polega na powtarzaniu stwierdzeń bez ich wyjaśnienia. Przejdźmy teraz do poszczególnych aspektów.

Aspekt moralny, czyli zakończenie polityki oskarżeń bez pokrycia, ujawnienie i ukaranie tych, którzy rzeczywiście popełnili przestępstwa lub kierowali nimi. W obecnej sytuacji ofiara nie może często udowodnić i postawić przed sądem swoich oprawców. Podobnie jak fałszywie oskarżeni nie mają szans na obalenie oskarżeń. Często też, winni stawiają się w roli ofiar, bo wiedzą, że nikt nie udowodni im winy. Tworzy się więc, fałszywy obraz rzeczywistości pełen „cichych bohaterów” z Departamentu IV i „Wallenrodów”, zapominając o tych, którzy naprawdę walczyli z byłym systemem. To dzięki istnieniu zbioru zastrzeżonego możliwa była „ustawa dezubekizacyjna”, która nie załatwiła nic, stwarzając protezę sprawiedliwości. „Ukarani” zostali „kierowcy i sprzątaczki” z jednego tylkośrodowiska. Dowódcom nie spadł włos z głowy. Tak, jak wojsku, funkcjonariuszom partyjnym, sędziom, prokuratorom, cenzurze, ZOMO. Bez nich owi „kierowcy i sprzątaczki” nie zaistnieliby nawet. Paradoksalnie, ujawnienie akt oczyści moje byłe środowisko. Zdaję sobie też sprawę, że niektóre legendy nie przetrwają lub zostaną obalone, ale powstaną nowe – prawdziwe i udowodnione.

Aspekt historyczny wiążę z polityką historyczną i walką o dobre imię naszego kraju, tak ostatnio narażonego na fałszywe oskarżenia. Nie można opisywać historii, szczególnie najnowszej bez pełnego wglądu do dokumentów, opierając się często na informacjach szczątkowych, czasem błędnych, a przede wszystkim nieobiektywnych. Historycy chcą opisywać rzeczywistość taką, jaka ona była, a nie tworzyć wyłącznie hipotezy i teorie, które, nawet jeśli są słuszne, bywają często kwestionowane, ponieważ brak dowodów materialnych pozwala na ideologizowanie historii, mitologizację jej oraz całkowite zaciemnienie obrazu czasów, w jakich przyszło nam egzystować. Wiem, że zawsze historycy będą wieść spory interpretacyjne, lecz niech toczą je na podstawie istniejących jawnych dokumentów, a nie na podstawie tych, które gdzieś istnieć mogą i są dostępne jedynie dla wybranych. Na fałszu i kłamstwie żaden kraj nie stworzy skutecznej polityki historycznej, nie obroni swojej tożsamości i , w końcu, nie rozliczy się obiektywnie z przeszłości, bo inni zrobią to za niego, kierując się wyłącznie własnym interesem.

Aspekt kontrwywiadowczy związany jest z bezpieczeństwem państwa. Kiedy w roku 1990 znalazłem się w UOP, byłem przekonany, że zostanie przeformatowana tzw. kontrwywiadowcza charakterystyka terenu, w ramach której zostaną określone środowiska wrażliwe na werbunek obcych służb specjalnych. Zmieniliśmy przecież ustrój, tak słyszałem codziennie, zmieniliśmy sojusze i pojawili się nowi przeciwnicy, a z nimi nowe zagrożenia. Piszę tylko o małym fragmencie KChT, ponieważ pełne przedstawienie tego problemu wymagałoby oddzielnego wykładu. Nic takiego się nie stało.

W ciągu swojej ponad dwudziestoletniej pracy w kontrwywiadzie i wywiadzie „nowej” Polski, tylko raz, na początku lat, dziewięćdziesiątych skorzystałem z materiałów SB. Okazały się być one niezbyt przydatne. Nigdy też nie skorzystałem ze źródła „bezpieki”. Inne były już cele i obiekty. Argument przydatności aktywów Służby Bezpieczeństwa, z wywiadem i kontrwywiadem włącznie, jest śmieszny. Jak miałbym wykorzystać źródło zwerbowane do infiltracji „Solidarności” w jakimś zakładzie pracy, skoro ten zakład już nie istnieje i ślad po nim wszelki zaginął? Znowu miałbym rozpracowywać Związek i opozycję? I tu dochodzimy do kolejnego zagrożenia.

W praktyce werbunkowej istnieje określenie „materiały nacisku”. Mają one moc dopóki nie stracą ważności i gdy są tajne. Ujawnienie ich automatycznie czynie je niegroźnymi dla nikogo. Dziś mamy sytuację, w której szef służby ma dostęp do materiałów zbioru zastrzeżonego i decyduje, czy ich użyć, których użyć i które ujawnić. Pozwala to na polityczne wykorzystanie dokumentów „bezpieki” przeciwko konkretnym osobom i środowiskom w celu osiągnięcia konkretnych korzyści. Nie oskarżam nikogo. Wskazuję tylko na pokusę i sposób, w jaki można wykorzystać służby w działaniach politycznych na rzecz jednej partii. Jeśli o ujawnieniu lub utajnieniu kogoś decyduje osoba „z nadania” politycznego, prowadzi to do serwilizmu i koniunkturalizmu wszystkich zainteresowanych, a demokracja zamienia się w ustrój oparty na hakach oraz podejrzeniach.

Następnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa jest niepewność, czy IPN jest jedynym dysponentem materiałów SB (nie poruszam sprawy akt dawnego WSW, bo one zostały „oddziedziczone” przez WSI, a wątpię, by ta organizacja udostępniła cokolwiek i nie wykorzystała dokumentów dla własnych celów). Jako wieloletni oficer służb specjalnych, będąc jednocześnie funkcjonariuszem tych służb w momencie „przełomu”, muszę założyć, iż informacje o aktywach „bezpieki”, wszystkich departamentów MSW PRL (!) dostały się w ręce obcych służb i osób prywatnych. Nie będę teraz pisał jak naprawdę wyglądało słynne niszczenie materiałów w roku 1989 i na początku 1990. Ograniczę się tylko do stwierdzenia, iż nie było tak, jak pokazał to Pasikowski w „Psach”, utrwalając, wyznaczając nawet, narrację na następne lata, oraz, że znalazłem protokoły zniszczenia, na których sfałszowano mój podpis. Zwykli pracownicy niszczyli jedynie nieprzydatne „śmiecie” (ksera, gazety, itp.),bo sprawy „szły na górę” i często nie wracały. Uważam, ze wiele ważnych teczek zostało, albo skopiowane i ukryte w prywatnych „archiwach”, albo przeniesione tam „żywcem”.

Kolejnym „dysponentem” tych akt mogli być (i pewnie są) nasi obecni przeciwnicy, czyli służby rosyjskie. Nie zapomnijmy, że KGB i GRU było do roku 1989 głównym „rozgrywającym” w Układzie Warszawskim. Miało dostęp do wielu źródeł i operacji, które prowadziło wspólnie z naszymi służbami, bądź działało na własną rękę. Każdy kontrwywiad i wywiad po takiej zmianie jakościowej, nie ilościowej, musi założyć, iż jego aktywa są znane byłym sojusznikom. Nawet, jeśli nie wszyscy oficerowie stykali się, bądź działali wspólnie z nim. To elementarna sprawa w działalności operacyjnej i przeciwdziałaniu dezinformacji oraz inspiracji.

Kapitalnym przykładem jest tu postać Mariana Zacharskiego. Jego działania wywiadowcze i zdobyte przez niego informacje służyły przede wszystkim Moskwie, gdyż tylko ona miała środki oraz możliwości techniczne, umożliwiające skonsumowanie materiałówZacharskiego. Sam oficer, czy był tego świadom, czy nie, został ujawniony Rosjanom, ponieważ w tego typu sprawach podstawą oceny materiałów jest weryfikacja źródła. Oczywiście, Marian Zacharski jest znaną postacią. Załóżmy jednak, że nie został aresztowany i spokojnie wrócił do kraju. Czy to oznacza, że po zmianie ustroju Rosjanie o nim zapomnieli? Śmieszne jest nawet takie założenie. Wywiad rosyjski ma dobrą i skuteczną pamięć. Takich historii, nieznanych ogółowi, może być wiele i póki istnieje zbiór zastrzeżony stanowi on tylko i wyłącznie katalog materiałów nacisku, których ujawnienie „rozbraja” je w dużej mierze.

Ostatnio, coraz częściej słyszę: „Co to za służby, które ujawniają swoich agentów? Kto z nimi będzie współpracował?”. Pytania te zadają nawet młodzi ludzi, dla których rok 1989 jest prehistorią prawie. Na drugie pytanie odpowiedź jest prosta i pochodzi z moich własnych doświadczeń: będą, proszę państwa, będą, gdyż wszystko zależy od tego, jak postrzegana jest służba i czy stoi za nią autorytet prawdziwie demokratycznego państwa. Materiały nacisku są „jednorazowe” i prawie każdy agent robi wszystko, by uwolnić się od „opiekuna”. To też elementarz operacyjny. Teraz pierwsze pytanie. Ujawniają w przypadku całkowitej zmiany jakościowej państwa, czyli przejścia w inny ustrój. Nie podam tu przykładu, chociaż natychmiast jeden przychodzi mi na myśl. Chyba, że zmiana PRL na III RP, a SB na UOP była tylko zmianą nazwy i cele oraz obiekty pozostały te same. To oczywista bzdura (mam nadzieję), więc aktywa poprzedniego ustroju nie mogą być traktowane tak samo.

Na koniec, jeszcze jedna kwestia: zagrożenie fizyczne dla oficerów wywiadu w przypadku ich ujawnienia. Wątpię, by po tylu latach zagrożenie to jeszcze istniało. Mówimy o czasach sprzed 30, 40 lat. To po pierwsze. Po drugie, musimy wrócić do zagrożeń kontrwywiadowczych i materiałów nacisku. I po trzecie, takie twierdzenia stawiają oficerów byłej „Jedynki” w bardzo złym świetle. Nie można dzielić ludzi na lepszych i gorszych. Skoro można ujawnić „Trójkarza”, to dlaczego nie któregoś z „Jedynki”? Nie rozumiem tego. Wszyscy służyliśmy w tej samej organizacji, podlegaliśmy temu samemu prawu i wykonywaliśmy te same zadania, adresowane „do wszystkich funkcjonariuszy SB i MO”. Ci, którzy twierdza o „szczególnym charakterze wywiadu” dokonują tego samego, za co krytykują innych – generalizują i nawołują do odpowiedzialności zbiorowej. Zapominają, że tylko jawność i likwidacja zbioru zastrzeżonego, pozwoli na indywidualizację oceny każdego z nas. I tych, którzy byli w MSW, i tych, którzy byli po przeciwnej stronie. Mam nadzieję, że „dobra zmiana” i nowy rząd „da radę” i wreszcie otworzy wszelkie zbiory zastrzeżone, lecząc raka podziałów, który toczy nas od ćwierćwiecza.