Odpis artykułu pt. „DONKISZOTERIA INŻYNIERA KOTA”, autor Jerzy Piekarczyk , zamieszczonego w magazynie „OD PIĄTKU DO PIĄTKU” W Gazecie Krakowskiej z dnia 4 stycznia 1991 roku.

Nigdy nie wysyłał anonimów, mimo  że to , co podpisywał własnym imieniem i nazwiskiem przysparzało mu tylko wrogów. Kiedy po raz pierwszy pisałem o nim, miał 44 lata. Teraz przybyło mu prawie dziewięć, ale w skali przeżyć psychicznych dwakroć więcej. I powiększyła się zawartość czarnej aktówki, w której przechowuje dziesiątki pism – świadectwo swoistego dialogu z głuchymi. W międzyczasie zmieniły się nie tylko daty w kalendarzu. Zmieniła się również rzeczywistość, tylko że korzenie tej nowej wciąż zdają się tkwić w przeszłości, która sprawiła, że inżynier BOLESŁAW KOT  nie może powrócić do swojego zawodu  i normalnego życia.

Samotny szeryf

Ustawa z maja 1989 r. upomniała się o ludzi, których po sierpniu 1980 r. wyrzucono z pracy za związki, samorządy, za przekonania polityczne i religijne. Bolesława Kota pozbyto się z Zakładów Chemicznych w Alwerni z innego powodu. Nikt tego wprost nie powiedział, ale odprawiono go za przekonania zawodowe. Obsesją bowiem inżyniera było dowodzenie, że za błędne i rujnujące gospodarkę decyzje ponosi odpowiedzialność nie anonimowy system, tylko konkretni ludzie, przez ten system wykreowani. Czegoś takiego ustawodawca nie wziął pod uwagę. Dlatego gdy inż. Kot odwołał się do Społecznej Komisji Pojednawczej utworzonej przy ministrze pracy i polityki socjalnej, okazało się, że pomylił adres, bo akurat w tej sprawie rozstrzygać miał prawo jedynie Sąd Pracy. Przypadek Bolesława Kota nie mieścił się w przyjętych przez majową ustawę kryteriach. Pozbawienie pracy kojarzyło się bowiem ze strajkami, wieszaniem krzyży, kolportażem ulotek, działalnością związkową. Tu nie było miejsca na samotnych bohaterów cichej i mało widowiskowej walki.

Zanim w 1982 r. Bolesława Kota usunięto z partii, aby następnie wręczyć mu wypowiedzenie pracy, gminna komisja kontroli partyjnej w Alwerni stwierdziła, że od sierpnia 1980 r. afiszował się postawą oportunistyczną, uważał mianowicie, że PZPR powinna doprowadzić do referendum na temat socjalizmu w Polsce. Ponadto „szkalował aktywistów i celowo rozbił istniejący z inicjatywy partii samorząd pracowniczy” z czego miało wynikać, że świadomie szkodził partii wspomagając jej wrogów. Kot postulował, aby „przewodnia siła” przeprowadziła referendum na temat celowości swego działania, a to nie mieściło się w głowach aktywu. W głowach aktywistów wyższych szczebli również.

W marcu 1990 r. Sąd Pracy w Krakowie oddalił powództwo, w którym Bolesław Kot domagał się przywrócenia do pracy w Zakładach Chemicznych. Uzasadniono, że sprawa była już rozpatrywana kilka lat wcześniej przez sąd, a jej okoliczności szczegółowo zbadano.

„Postępowanie przed sądem nie może być weryfikacją poprzedniego wyroku” – napisała sędzia Anna Manecka.

Ale ja mam poważne wątpliwości czy w grudniu 1983 r. Sąd Pracy rozpatrując sprawę inżyniera z Alwerni czuł się do końca niezawisłym.

Walka z radzieckim wiatrakiem

Na początku lat siedemdziesiątych „Polimex-Cekop” rozesłał oferty w sprawie licencji na produkcję wody utlenionej, niezbędnej do wytwarzania proszków do prania. Wybrano ofertę firmy amerykańskiej, reprezentującej najwyższy światowy poziom. Wniosek importowy nie znalazł jednak uznania w Ministerstwie Przemysłu Chemicznego. Przyczyn odmowy nie podano uczestnikom akcji ofertowej, wśród których były również Zakłady Chemiczne w Alwerni. Ministerstwo natomiast podchwyciło wiadomość jaka dotarła do Alwerni , że pewna radziecka firma jest gotowa zaprojektować i dostarczyć urządzenia do produkcji wody utlenionej. W przeciwieństwie do konkretnej oferty amerykańskiej , tutaj deklarowano zaledwie gotowość. Jednak obaj dyrektorzy z Alwerni – zarówno naczelny Janusz Dziadur jak i jego zastępca ds. inwestycji i rozwoju Witold Kozakiewicz  – przekonywali, że radziecka licencja dotyczy nowoczesnej technologii i jest trzykrotnie tańsza od amerykańskiej. W 1975 r. opowiedzieli się po słusznej politycznie i gospodarczo  stronie nie wspominając we wniosku importowym o tym , że radziecka aparatura jest co prawda tańsza, ale za to cztery razy cięższa, większa, zużywa kilkakrotnie więcej energii i surowców, dając gorszy produkt finalny. Z protokołów rozmów przeprowadzonych w Moskwie wynikało jednoznacznie, że technologia ma mankamenty. Dołączona do wniosku opinia Instytutu Chemii Nieorganicznej w Gliwicach również ani słowem nie wspomniała, że chodzi o coś przestarzałego i niebezpiecznego w produkcji.

Bolesława Kota sprowadzono w czerwcu 1977 r. z płockiej Petrochemii , aby pokierował działem rozwoju.  Ostatecznie został jednak specjalistą w tym dziale. Wspomniana na początku aktówka zaczęła pęcznieć od jesieni 1978 r. kiedy postanowiono go uczynić kierownikiem budującego się działu wody utlenionej. Czyniono go zatem pośrednio odpowiedzialnym za jakość technologii, o której wiedział, że jest do niczego. Na ten temat podjął także polemikę z dyrektorem Dziadurem i opracował artykuł do pisma zakładowego. Dyrektor sprzeciwił się publikacji….

Od tej pory zaczęła się donkiszoteria inżyniera Kota, która ze szczebla zakładu przeniosła się na poziom zjednoczenia, resortu, zahaczając po drodze o partyjne komitety, sąd, Sejm, Najwyższą Izbę Kontroli oraz Prokuraturę Generalną. Musiała być walką z wiatrakami, skoro za jednym dyrektorem, wspieranym przez partyjny komitet, stał wyżej inny dyrektor,  otaczany opieką przez zwierzchników w ministerstwie. Pomysł zakupu przestarzałej technologii miał wielu ojców, ale wszyscy wskazywali na jako głównego sprawcę poczęcia wicepremiera Tadeusza Wrzaszczyka, który wtedy był już dawno zaszłą gwiazdą polityki gospodarczej.

Do Alwerni jechała tymczasem wagonami ze Wschodu kosztowna i mało przydatna aparatura. Obawy inż. Kota podzielił w notatce do ministerstwa dyrektor Dziadur, ale zdobył się na szczerość dopiero w czerwcu 1980 r. , gdy jego myśli błądziły wśród nowych inwestycji i licencji. Przyznał, że z radzieckich dostaw wykorzystać można jedynie dziesiątą część tonażu, a do Alwerni dojechały urządzenia o łącznej wadze 2400 ton.

Ostatecznie ministerstwo zaniechało chybionej inwestycji, stratami (pół miliona złotych) obciążono Skarb Państwa, krytyczny raport o stanie zakładu opracowany w 1981 r. przez Koło Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Przemysłu Chemicznego został przez dyrektora „utajniony” i tylko Bolesław Kot z uporem starał się dowieść, że tam gdzie są straty, powinni również być winni. Dalsze więc pisma rozsyłał na wszystkie strony. Wypowiedzenia doczekał się w parę miesięcy po ogłoszeniu stanu wojennego .

Od Annasza do Kajfasza

Spór o to, czy zwalniając z pracy inż. Kota dyrekcja postąpiła zgodnie z prawem przeszedł przez wszystkie instancje odwoławcze łącznie z Sądem Najwyższym. Orzeczenia wszędzie były jednoznaczne: przywrócić do pracy. Najwyższa Izba Kontroli również potwierdziła zarzuty wysuwane przez Kota. Ciekawy jednak szczegół. Informując sejmową komisję Najwyższa Izba Kontroli uznawała słuszność skarg inż. Kota, natomiast Ministerstwo Przemysłu Chemicznego powołując się również na NIK pisało do Sejmu, że kontrolerzy niczego nie znaleźli, co miało znaczyć, że Kot nie ma racji.

Nie mogąc zmienić orzeczenia sądu kierownictwo Zakładów Chemicznych poskarżyło się Wojewódzkiemu Komitetowi Obrony w Krakowie: sąd podrywa autorytet dyrekcji i organizacji partyjnej.

Tymczasem Bolesław Kot przyszedł do zakładów i prosił o przydział czynności. Na wstępie dowiedział się, że zespół w którym pracował już nie istnieje, potem podporządkowano  go inż. Zygmuntowi Kowalskiemu. Wszyscy wiedzieli, że obaj panowie serdecznie się nie znoszą i o żadnej współpracy mowy być nie może.

Inż. Kot znosił bezczynność przez dziesięć  miesięcy. W lipcu 1983 r. otrzymał kolejne wypowiedzenie; tym razem jednak zaproponowano mu inną pracę. Chemik, specjalista od wody utlenionej, posiadacz trzech patentów, miał być teraz specjalistą ds. cieplnych. Zażądał zakresu czynności – otrzymał zestaw absolutnie nierealnych do wykonania obowiązków. Odmówił wykonania i złożył w dyrekcji protest. Dyrekcja potraktowała odmowę jako rezygnację z pracy. Żaden sąd nie stwierdzi teraz , że Bolesław Kot został z Zakładów Chemicznych  zwolniony.

Przed sądem dyrektorzy z Alwerni podparli się ekspertyzą Politechniki Krakowskiej, ale pod ekspertyzą zobaczył Kot nazwisko docenta, który  z zespołem przez dziesięć lat robił w Alwerni chałtury techniczne. W opinii NOT też doszukał się podobnych podtekstów i zależności. Nie miał złudzeń – z tej strony na pomoc nie miał co liczyć.

W czasie gdy Bolesław Kot po raz drugi odwoływał się do Sądu Pracy w Krakowie, Prokuratura Wojewódzka w oparciu o wyniki kontroli NIK rozpoczęła postępowanie przygotowawcze, aby ustalić zakres odpowiedzialności dyrekcji zakładów w Alwerni za zakup licencji i późniejszą niegospodarność. Prokuratura wsadziła kij w mrowisko.

Dyrektor Dziadur zostaje wezwany do prokuratora. Zamiast do prokuratora idzie do Komitetu Krakowskiego PZPR ze skargą na prokuraturę.

Kogo wy bronicie? – mówi przez telefon sekretarz KK Kaczmarek do prokuratora wojewódzkiego Henryka Sołgi. Jakim prawem bronią człowieka, który wywraca zakład do góry nogami?

– To nieporozumienie, że się z Kotem rozmawia, – przekonuje dyrektor Dziadur prokuratora. Wszystko zmierza ku temu, aby wbrew intencjom prokuratury, sprawę rozwodnić, zobiektywizować, powiedzieć: wiadomo, taki był czas, taki klimat, nie można za to czynić odpowiedzialnym dobrego towarzysza, zasłużonego dla zakładów w Alwerni.

Prokurator Kazimierz Krasny ma ograniczone możliwości działania. Chcąc zrobić sprawę karną  musi mieć wsparcie NIK ale NIK nie widzi znamion przestępstwa, zmarnowany majątek kładzie na konto „błędów decyzyjnych, zaniedbań oraz braku koordynacji na różnych szczeblach zarządzania”. Oficjalne stanowisko jest wyraźnie sprzeczne z posiadanym przez prokuraturę opracowaniem Zespołu Chemicznego NIK. Inwestor i ministerstwo też zwierają szyki: licencja była w porządku, urządzenia działałyby zgodnie z oczekiwaniami, ale przeszkodziły temu decyzje rządowe o zaniechaniu inwestycji. Czy można oskarżać złodzieja, skoro poszkodowani mówią, że nikt ich nie okradł!

„O co właściwie chodzi?”.

W listopadzie 1983 r. prokurator umorzył postępowanie „z braku dowodów przestępstwa”. W wysłanych do ministerstwa zaleceniach stwierdził jednak, że od czasu zawarcia kontraktu, do decyzji o zaniechaniu inwestycji, tylko Bolesław Kot konsekwentnie podtrzymywał swą negatywną opinię na jej temat – nikt więcej.

W tym samym jeszcze roku sąd oddalił powództwo inż. Kota. Sąd tak bardzo skupił się na formalno-prawnym aspekcie sprawy, że zgubił po drodze człowieka. Jest pan fachowcem, bez trudu znajdzie pan pracę – usłyszał Kot na pocieszenie. Ale jak szukać pracy, gdy ciągnie się za tobą legenda tego, który „lubi pisać” i z którym pracować się nie da? Struktury w branży pozmieniane, ale ludzie w nich wciąż ci sami, którym inż. Kot z Alwerni zaszedł za skórę.

Ostatecznie znalazł pracę w Czechosłowacji. Jako robotnik niewykwalifikowany….Czesi nie mogli zatrudnić inżyniera z Polski, Polska nie miała z kolei prawa kierować na takie stanowisko człowieka z tytułem inżynierskim.

W sierpniu 1990 r. sprawa Bolesława Kota trafiła na wokandę Sądu Najwyższego. Przedstawiciel Prokuratury Generalnej przypomniał okoliczności, które pominął sąd pierwszej instancji w 1983 r. . Sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. „Bezsporne jest, że Kot zajmował krytyczne stanowisko wobec różnych decyzji władz gospodarczych, administracyjnych i partyjnych. Tych okoliczności nie wyjaśnił Sąd Wojewódzki w Krakowie, chociaż miały decydujący wpływ na sprawę gdyż wystąpienia Bolesława Kota miały polityczno-gospodarczy charakter”…

W sekretariacie Sądu Pracy w Krakowie, gdy pytam o sprawę inżyniera Kota, słyszę rozbrajające zdziwienie: Kot? O co mu właściwie chodzi? Przecież nie został wyrzucony za „Solidarność”…

Autor: JERZY PIEKARCZYK