No to tak:
Jedzonko w hotelu przepyszne. Dużo duszonych i smażonych warzyw i rybek. Jadłyśmy na potęgę. No i mój woreczek powiedział stanowcze „nie”. Zamknął jakiś kanalik na amen.
Późną nocą, wyglądałam chyba na lekko nieżywą, bo Kasiulek zarządził szpital. Kochane dzieciaki w Polsce uruchomiły nasze ubezpieczenie podróżne.
Po godzinie przyjechał pan…z krzesłem. Krzesło się nie przydało, bo jakoś zawlokłam się do windy.
Przed hotelem stał prywatny samochód, i ten pan od krzesła kazał nam siąść z tyłu.
Na SORze, fakt zajęli się nami od razu. Pan doktor rozpoczął investigation.
Sanitariusz Mahomed, przemiły zresztą, jakoś zapomniał o rękawiczkach jednorazowych. Potem okazało się, że cały szpital ma podobną amnezję. Używają ich jedynie do wiązania przedramienia, przy wkłóciach dożylnych.
Przy pobieraniu krwi z palca, nie wytrzymałam i grzecznie poprosiłam o dezynfekszyn. Dostałam w kroplówce Ringera. I tyle.
Zapytałam, czy mogę zażyć przywieziony z Polski scolpocan. Oczywiście mogę. I jeszcze proszę butelkę z gorącą wodą, bo o termoforze nie słyszeli. No klimat taki.
Ale tomograf zrobili. I cały panel blood test. Od salmonelli po amylazę.
Nad ranem ból puścił. Przenieśli nas do pokoju o super standardzie. Jednoosobowy, z sofą dla osoby towarzyszącej, łazienką i lampą na suficie z widokiem rajskiej plaży.
Pielęgniarka zmierzyła mi temperaturę w ustach. Potem inna pod pachą. Sprawa chyba uznaniowa, chociaż termometry bez dezynfekszyn. I dalej nie chcę sięgać wyobraźnią…
Miałyśmy czekać na doktora Muhameda (tam chyba nie ma innych imion), który zadecyduje co dalej.
Mr Mahomed przyszedł w południe. Mówię, że przeszło, jestem prawie nowa i chcemy wracać do hotelu. On, że zrobi blood test jeszcze raz i TC z kontrastem. Plus USG. I sobie pójdziemy. Fajnie.
Krew pobiera chyba rezydent, Mahomed oczywiście. Rękawiczka jest. Jedna. Do zaciśnięcia ramienia. Podczas pobierania odbiera telefon, wyciągając go z tylnej kieszeni spodni. Ale to sprytny chłopak, co tam dla niego dwa w jednym.
Idziemy na USG. Wszystkie napotkane na korytarzach kobiety to muzułmanki. Koncertowo okutane i zahadżibowane. Patrzą dziwnie na moją nową sukienkę. Ofkors w piramidy (nie zdążyłam się przebrać przed wyjazdem do szpitala. Kasia też). No nie wyglądamy poważnie…
Nie wolno mi nawet pić. Tylko kroplówki. O 15 dostaję wodę i sok z mango. Przychodzi dietetyczka, mówię, że wedżiterian. Po chwili przynosi smażonego kurczaka w przyprawach, pokrojonego w plastry, surowego pomidora i ogórka, gotowane ziemniaki i ryż. Zjadam ryż.
Koleżanka, która od lat mieszka w Egipcie, pyta jaką mamy polisę. Dużą. Prawie 200tys dolarów na każdą z nas.
– A, jak się dowiedzą, to Was bedą miesiąc trzymać.
– Ale my za trzy dni wylatujemy…
Wysyłam zdjęcia z tomografu Agatce (kuzynka, radiolożka). Mówi, że spokojnie, i że wracać. Będziemy leczyć w Polsce.
Maja na Messengerze mówi, że niezłe te szpitalne piżamki w piramidy. O 8 wieczór wraca Mr dr Mahomed. Mówi, że za kilka dni będzie operować. Argument z powrotu do Polski w ogóle nie działa.
Wypisuję się na własne życzenie. Mr dr Mahomed obraża się strasznie na dwie zapiramidzione wariatki. Dostaję wypis, ale instrukcji, jak wyjść ze szpitala już nie.
O 23 spierdzielamy spod skalpela.
No tyle, bo pytacie.
Autor: Renata Skorczyńska-Szostak
Zostaw komentarz