W październiku 2024 roku opublikowałem tekst „Węże wpełzają na cokoły. Czy Bandera już niegroźny?”

Ostrzegałem w nim przed czymś, co wielu Polaków — również tych szczerze popierających Ukrainę — uważało wówczas za przesadę.

Mówiono nam, że współczesny kult Bandery jest przede wszystkim antyrosyjski i niepodległościowy. Że dawny banderyzm „ewoluował”. Że nie należy ciągle wracać do jego antypolskiego i totalitarnego dziedzictwa.

A przede wszystkim słyszeliśmy:

„Nie rozdrapujmy historii. Najważniejsze są dobre stosunki polsko-ukraińskie.”

Dzisiaj warto zadać pytanie:

I co nam dało to milczenie?

Czy dzięki niemu kult OUN i UPA osłabł?

Czy dzięki niemu zniknęły antypolskie treści?

Czy dzięki niemu stosunki polsko-ukraińskie stały się trwalsze?

Nie. Stało się coś dokładnie odwrotnego.

Przez lata wielu polskich polityków, publicystów i ludzi opinii publicznej bało się jasno powiedzieć stronie ukraińskiej: możemy być sojusznikami, możemy wspólnie przeciwstawiać się Rosji, możemy pomagać Ukrainie — ale nie będziemy udawać, że kult ludzi odpowiedzialnych za antypolską zbrodniczą ideologię jest dla nas obojętny.

W imię „dobrych stosunków” zaczęliśmy więc tolerować rzeczy, których tolerować nie powinniśmy.

A problem nie zniknął.

On narastał.

Wojna z Rosją sprawiła, że antyrosyjska twarz ukraińskiego nacjonalizmu stała się dla świata znacznie bardziej widoczna. I było to zrozumiałe. Ukraińcy walczą o własne państwo i mają prawo do symboli oporu przeciwko Rosji.

Ale właśnie dlatego tym bardziej potrzebne było uczciwe rozdzielenie dwóch rzeczy:

ukraińskiego patriotyzmu — od banderowskiego szowinizmu.

Tymczasem w Polsce często wybieraliśmy wygodniejsze rozwiązanie: milczenie.

Bo „teraz nie czas”.

Bo „Putin tylko na to czeka”.

Bo „nie można drażnić Ukraińców”.

Bo „najpierw wygrajmy wojnę, a historią zajmiemy się później”.

Tyle że historia nie czekała.

I dzisiaj coraz wyraźniej widzimy konsekwencje.

Kiedy pojawiają się konflikty polsko-ukraińskie, stare nacjonalistyczne schematy mogą zostać uruchomione ponownie. Symbole, które miały być rzekomo wyłącznie znakami walki z Rosją, zaczynają mieć również swoje stare znaczenie.

A wtedy okazuje się, że problem, który mieliśmy rozwiązać spokojnie kilka lat temu, wraca ze zdwojoną siłą.

Co więcej — spór historyczny, którego mieliśmy „nie ruszać dla dobra relacji”, stał się dziś jednym z najpoważniejszych źródeł napięć między Polską a Ukrainą.

To powinno być dla nas wszystkich bardzo ważną lekcją.

Milczenie nie buduje dobrych stosunków.

Dobre stosunki buduje się na prawdzie, wzajemnym szacunku i zdolności do rozmawiania także o rzeczach trudnych.

Jeżeli jedna strona mówi:

„Wasza pamięć jest dla nas ważna”

a druga odpowiada:

„Wasza pamięć nie może istnieć, bo jest dla nas niewygodna”

— to nie jest pojednanie.

To jest odkładanie konfliktu na później.

I właśnie to zrobiliśmy.

Dlatego dzisiaj przypominam mój tekst sprzed dwóch lat.

Nie po to, żeby triumfalnie powiedzieć:

„A nie mówiłem?”

Tylko dlatego, że powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski.

Ignorowanie banderyzmu wcale nie osłabiło banderyzmu.

Ignorowanie antypolskiego aspektu tej ideologii wcale go nie usunęło.

A przemilczanie problemu w imię dobrych stosunków polsko-ukraińskich wcale tych stosunków nie poprawiło.

Wręcz przeciwnie.

Pozwoliliśmy, aby problem narastał tak długo, aż przestało się dać go omijać.

Dwa lata temu napisałem:

„Węże będą nadal wpełzać na cokoły, gdzie postawiono ich promotorów. I pożywienie zawsze znajdą.”

Dzisiaj powtórzę to jeszcze raz:

WĘŻE NIE WPEŁZAJĄ NA COKOŁY NAGLE.

Najpierw trzeba przez lata udawać, że ich tam nie ma.