Wiedza szefa służby nie przechodzi na emeryturę

Dzisiejsza historia byłego szefa niemieckiego wywiadu BND powinna być dla Polski sygnałem alarmowym. Nie dlatego, że należy automatycznie przenosić niemieckie zarzuty na polskie realia. Przeciwnie – chodzi o znacznie poważniejszy problem: czy państwo ma skuteczny system bezpieczeństwa obejmujący ludzi, którzy przez lata mieli dostęp do jego najbardziej wrażliwych tajemnic?

Szef służby specjalnej może zakończyć kadencję. Może oddać legitymację, telefon, dokumenty i klucze do gabinetu. Ale nie może „oddać” wiedzy o operacjach, źródłach, metodach działania, słabościach systemu, współpracy międzynarodowej czy osobach mających dostęp do informacji niejawnych.

I dlatego uważam, że nadzór państwa nie powinien kończyć się wraz z odejściem szefa służby ze stanowiska.

Co więcej, widzę tu poważną lukę systemową. Ludzie stojący na czele służb i innych kluczowych instytucji bezpieczeństwa nie mogą funkcjonować w systemie, w którym mechanizmy kontroli pozostają wyłącznie w obrębie struktur, którymi sami kierują. W najbardziej wrażliwych przypadkach potrzebny jest mechanizm kontroli krzyżowej – realizowanej przez inną, niezależną kompetencyjnie służbę.

Nie chodzi o brak zaufania do ludzi. Chodzi o zasadę bezpieczeństwa państwa: im większy dostęp do jego tajemnic, tym bardziej precyzyjne powinny być mechanizmy kontroli i odpowiedzialności – również po zakończeniu służby.

O tym piszę w moim najnowszym felietonie dla „Wprost”:

„Tysiące tajnych dokumentów i były szef wywiadu. Alarm dla Polski”

Zachęcam do lektury, czytaj TUTAJ.