Z przyjemnością publikuję wywiad z Wiesławem Czajką członkiem Polskiego Towarzystwa Meteorytowego przeprowadzony za pośrednictwem Internetu.
Wiesław Czajka jest urodzonym warszawiakiem, oficerem Wojska Polskiego, technikiem geologiem, magistrem inżynierem geodetą, hydrografem morskim klasy „B” oraz geodetą uprawnionym w zakresie kartografii a także pasjonatem meteorytów.
Andrzej Kotowiecki: Powiedz nam gdzie się urodziłeś i spędziłeś dzieciństwo oraz młodość?
Wiesław Czajka: „Jestem warszawianinem. Moi rodzice pochodzą z Mazowsza, z rodzin chłopskich i włościańskich. Ojciec to Księżak spod Łowicza. Mama urodziła się niedaleko Różana nad Narwią. Rodzice w latach 50-tych znaleźli się Warszawie. A ja się urodziłem w 1960 roku. na Mokotowie jako młodszy syn, a imię moje ma niewątpliwy związek z pseudonimem towarzysza Władysława Gomułki. Mimo różnych kolei losu, innych planów życiowych, zamieszkuję w zasadzie w miejscu mego dzieciństwa, w wielkim mokotowskim czworoboku: Królikarnia, Wyścigi, Wilanów i kościół Bernardynów na Czerniakowie”.
Co zdecydowało o wyborze Twojego zawodu, czy wybór zawodu był trafny?
– „W szkole podstawowej znalazłem się w jednej klasie z Kubą Kozłowskim (badacz i popularyzator Kresów Wschodnich), którego ojciec Stefan Kozłowski był geologiem i potem już, za demokracji, ministrem środowiska. Dom Kozłowskich był dla mnie otwarty i zawdzięczam im bardzo, bardzo wiele. Gdy usłyszałem, że jest w Warszawie Technikum Geologiczne zapragnąłem je ukończyć i stało się to w 1980 roku. To była wspaniała szkoła na Targówku, do której uczęszczał przekrój młodzieży z Warszawy i okolic o bardzo różnym pochodzeniu. Mieliśmy mnóstwo ćwiczeń i praktyk w terenie. Tak krzepła moja wieź z Ziemią, począwszy od upraw rolnych moich dziadków i wujów żyjących na Mazowszu, po namacalne dotknięcie gruntów i skał w różnych częściach kraju pod okiem nauczycieli. Miałem też upodobanie do nauk ścisłych, które przychodziły mi łatwiej niż rówieśnikom. Po technikum zapragnąłem studiować geofizykę w Krakowie na AGH. Po upływie semestru zrezygnowałem. To skomplikowana sprawa zagnieżdżona w relacjach domowych. Musiałem podejmować inne decyzje. Pracowałem wtedy krótko jako geolog w Przedsiębiorstwie Geologicznym Budownictwa Wodnego. Realizowano wtedy polityczny „Program Wisła”. Był to epizod zawodowy, ale dla mnie to wielka nauka i przygoda z decyzjami na przyszłość. Spróbowałem swych sił w egzaminie na Wydział Geologii Uniwersytetu Warszawskiego. Nie zdałem. Egzamin oceniam jako niesprawiedliwy. Losowe, wybiórcze pytania eliminowały nawet najlepszych, jeśli nie mieli szczęścia. Jakże jestem wdzięczny temu losowi, gdyż ponownie, w dodatkowym wrześniowym terminie zdałem przyzwoicie z tą samą wiedzą egzamin na Wydział Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej. Były z tym związane zadziwiające zawirowania, a wiadomość, że zostałem ponownie studentem przyszła niemal z rozpoczęciem roku akademickiego. Był to pamiętny 1981rok, a zajęcia rozpocząłem strajkiem na uczelni. Po 13 grudnia rozpoczęły się już systematyczne zajęcia. Ten wybór studiów był doskonałym. Poszerzał moją wiedzę o Ziemi, a specjalność jaką później wybrałem, geodezyjne pomiary podstawowe, zdecydowały o mojej przyszłości. Zostałem magistrem inżynierem geodetą w 1986 r. W tamtych czasach trzeba było odsłużyć Szkołę Podchorążych Rezerwy. Nie odwlekałem obowiązku wojskowego, gdyż miałem już rodzinę. Wtedy, w cieniu wydarzeń w Czernobylu urodził się mój jedyny syn.
Ostatecznie po odbyciu rocznej obowiązkowej służby wojskowej stwierdziłem, że chciałbym pracować w Akademii Marynarki Wojennej na Oksywiu w Gdyni. Przygotowanie moje było bardzo dobre. Były to wczesne lata nawigacji satelitarnej, a ja studiami byłem już do tego przygotowany. Znów los zdecydował inaczej. Zostałem oficerem Biura Hydrograficznego Marynarki Wojennej. Nadzorowałem wykonawstwo morskich map nawigacyjnych. Redagowałem np. pierwszą polską mapę morską zgodną ze standardami międzynarodowymi. Była to mapa Zatoki Gdańskiej w skali 1:250 000. Dla jachtmanów dodam, że ma polski numer katalogowy 251, a międzynarodowy INT 1021. Była to wtedy absolutna nowość. W latach następnych zauważono moje umiejętności i zaproponowano mi pracę w Warszawie w Wojskowych Zakładach Kartograficznych. W ten sposób wróciłem do Warszawy. Nie wchodząc w szczegóły zetknąłem się tu z dużymi projektami związanymi z postępem technologicznym lat 90-tych w zakresie kartografii i informacji przestrzennej. Zajmowałem się technologią przygotowania do druku map, redakcją osnów kartograficznych w globalnych systemach geodezyjnych oraz metodami numerycznymi informacji przestrzennej. Jestem twórcą technologii i uzyskania pierwszego numerycznego modelu powierzchni terenu Polski w rozdzielczości 25m x 25m (1”x1”). Projekt ten torował zdolność współpracy w zakresie informacji przestrzennej z armią Stanów Zjednoczonych i państwami NATO. Dla mnie zaś okazało się to zaczynem do rozpoznawania struktur kolistych w Polsce.
Ostatecznie moje wykształcenie zawodowe można opisać następująco: technik geolog, magister inżynier geodeta, hydrograf morski klasy „B” oraz geodeta uprawniony w zakresie kartografii. Dziś dyplomy te mają już wymiar raczej historyczny. Nie wykonuję zawodowo swoich profesji. Pozostała spora wiedza z tamtych czasów i gdy tylko ktoś chce mnie wysłuchać, dzielenie się nią sprawia mi ogromną satysfakcję.”
Jak potoczyła się dalsza kariera zawodowa?
– „Zdobyte wykształcenie to dla mnie wielkie szczęście. Każde kolejne stanowisko na które byłem wyznaczany to krok w moim rozwoju. Dopóki mogłem wykorzystywać swoje umiejętności, praca oficera służby topograficznej mnie pociągała. W pewnym momencie poczułem się jednak ograniczony i skrępowany. Odszedłem z armii w 2002 roku. posiadając uprawnienia państwowe w zakresie geodezji i kartografii w specjalności kartografia. Przez szereg lat prowadziłem własną działalność gospodarczą. Redagowałem i wydawałem własne wydawnictwa, ale też intensywnie współtworzyłem z innymi instytucjami urzędowe mapy hydrograficzne i sozologiczne. To piękny okres związany z pracą w terenie w wielu rejonach naszego kraju w kontakcie z przyrodą, historią, specyfiką regionów. Redagowanie tych map zobligowane było nadzorem naukowym ośrodków akademickich. Tak poznałem naukowców z wydziałów nauk geograficznych Uniwersytetu Adama Mickiewicza, Uniwersytetu Gdańskiego, Uniwersytetu Szczecińskiego, Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Marii Słodowskiej-Curie. Z niektórymi osobami utrzymuję kontakt do dziś. Po 2010 roku zmieniła się nieco sytuacja gospodarcza. Samoistne prowadzenie firmy stało się zbyt wymagające. Życie się tak ułożyło, że zminimalizowałem swoją aktywność zawodową. Dziś więcej czasu poświęcam pracy społecznej, głównie koncentrując się na sprawach rodzinnych, których z czasem bardzo mi przybyło.”
Jaki był rozwój dodatkowych zainteresowań?
– „Częściej wykonywałem prace związane z geodezją i kartografią, jednak mentalnie zawsze czułem i czuję się geologiem. Pochodzeniem, wykształceniem i wykonywanymi zadaniami związany byłem generalnie z Niżem Polskim, toteż bliska mi była geologia czwartorzędu, także geologia inżynierska. Poznawanie procesów związanych epoką lodowcową zaowocowało fascynacją geomorfologią. Na początku nie byłem w tym tak dobry. Brakowało doświadczenia. Z biegiem lat, licznych opracowań oraz podróży nabrałem całkiem pokaźnej wiedzy w tej materii. Gdy po 2002 roku zająłem się własną działalnością, niemal mimowolnie pragnąłem dzielić się posiadaną wiedzą. Już na początku 2003 roku zaangażowałem się w opisanie struktury kolistej Podlesie na Roztoczu. To niewątpliwy krater meteorytowy na co wskazują liczne przesłanki. Z artykułem na ten temat pojawiłem się po raz pierwszy w Olsztynie na II Seminarium Meteorytowym. Tak rozpoczęła się moja „męska przyjaźń” z Polskim Towarzystwem Meteorytowym. To, że się tam znalazłem, PTMet zawdzięcza dr Jadwidze Białej, która referat mój wpisała do programu po terminie. Mi ten okres działalności stowarzyszenia bardzo odpowiadał ze względu na wielowątkowość tematyczną i otwartość na nowe idee. Świadomość materii kosmicznej wyniosłem gdzieś z czasów technikum geologicznego, ale wiedza o niej nie stanowiła priorytetu. Bardziej ciągnęło mnie do mineralogii rud metali. Miałem możliwość dokładnego poznania Jaskini Niedźwiedziej w masywie Śnieżnika. Przypomnę dla mniej wtajemniczonych, że to obszar poszukiwań i wydobycia rud uranu w latach 40-tych i 50-tych przez Rosjan. Pozostałością po nich były liczne sztolnie i hałdy. Penetrowałem te obszary zbierając ametysty, fluoryty poprzenikane rudami miedzi. Tam uczyłem się rozpoznawać np. minerał bornit czy kowelin. Niektóre okazy z tych czasów mam do dzisiaj, choć tak naprawdę kolekcjonerem nie byłem.
Z Polskim Towarzystwem Meteorytowym wiązałem się rok po roku. W 2004 roku. nie znając w zasadzie badań dotyczących Moraska pokusiłem się o morfologiczną interpretację obszaru moreny moraskiej. Niedługo minie 20 lat od tego wydarzenia a rzetelnych odpowiedzi w tym temacie ciągle nie ma. Nie mniej wtedy zostałem zauważony przez prof. Wojciecha Stankowskiego, który pomimo odrębnego zdania w temacie zagłębień bezodpływowych w Morasku, w rozmowie stwierdził, że mój wywód był interesujący. Mogę powiedzieć, że od tego czasu łączy nas wzajemny szacunek i sympatia. Wydarzenie to spowodowało, że jeszcze bardziej wciągnęły mnie struktury koliste, potencjalne i rzeczywiste kratery meteorytowe. Poznałem kratery Ries, Rochechuart, a także struktury masywu centralnego we Francji. Podróże w tamte strony miały swój uboczny skutek. Wychowany w systemie internacjonalistycznego, aczkolwiek dokładnie zamkniętego państwa robotników i chłopów, kompletnie nie znałem Europy. Dopiero po 40-tce, gdy otwarto granice, podróżując przez Niemcy czy Francję zacząłem rozumieć czym jest przynależność Polski do kultury Zachodu. O ile wcześniej nie interesowałem się historią, to układanka czasu i przestrzeni wypełniała moje myślenie. Przełomem był referat profesora Łukasza Karwowskiego z 2007 roku wygłoszony w Olsztynie: „Strzelce Krajeńskie – deszcz meteorytów czy kataklizm średniowieczny?”. W poszukiwaniu odpowiedzi na poruszane tam tematy rozpocząłem swoje peregrynacje po Europie. I w pewnym sensie na zadane wtedy pytania odpowiedzi znalazłem. Trzeba je odczytać w moich publikacjach”.
Czym dla Ciebie jest praca dla Polskiego Towarzystwa Meteorytowego? Czerpiesz satysfakcję z przynależności do stowarzyszenia?
– „Mam taką fajną satysfakcję, że w naszym Polskim Towarzystwie Meteorytowym, okrytym już ponad 20-letnią historią mam swój udział. Nie mogę się pochwalić wielkimi kolekcjami, olbrzymią wiedzą na temat materii kosmicznej czy spektakularnymi publikacjami. Satysfakcja jest raczej po stronie codziennej pracy stowarzyszenia. Gdy nasz „pierwszy sekretarz” Jarosław Bandurowski potrzebował odpocząć po ciężkiej pracy pierwszych lat działania, zaaprobowałem pracę skarbnika w zarządzie. Generalnie działacze boją się tej funkcji. Wymaga ona pewnej odwagi. Wiem, że była to wtedy „mała rewolucja kadrowa” i były obawy wobec podejmowanych przeze mnie działań. Nie dziwię się temu. Przypomnę jednak, że miałem już za sobą olbrzymie doświadczenie w kierowaniu dużymi i małymi strukturami produkcyjnymi, opartymi na rozrachunku ekonomicznym. Działałem pewnie. Wprowadziłem w stowarzyszeniu wiele zmian formalnych, które z czasem okazały się owocne. Wielkim zaufaniem darzył mnie Prezes, prof. Karwowski. Gdy dzisiaj spoglądam na sprawozdania roczne z działalności PTMet widzę w nich wzorzec, który wtedy wprowadziłem. To jest ta wielka satysfakcja. Trzeba się pochwalić, że zostałem wyróżniony przez stowarzyszenie pamiątkową tabliczką aż dwukrotnie ! W 2009 i 2022 roku.
Należy wspomnieć osoby, które kształtowały mnie w towarzystwie: Jadwiga Biała, śp. Łukasz Karwowski, Marek Wierzchowiecki, śp. Kazimierz Kwaśny, Andrzej Pilski. Nie mogę pominąć osób, od których czułem szczególne uznanie i szacunek. Są to Stanisław Jachymek, Jarosław Bandurowski, Kazimierz Mazurek, Agnieszka Mirek (Gurdziel), Jan Specht, Andrzej Kotowiecki. Warto w tym miejscu wspomnieć również osoby spoza towarzystwa: Krzysztofa Sochę i prof. Wojciecha Stankowskiego”.
Jaka jest obecna Twoja działalności i plany na przyszłość?
– „Po 2016 roku się wycofałem nieco z aktywnej działalności na forum towarzystwa. Tematy, które zapoczątkowałem zaczęły przybierać formy karykaturalne. Struktury koliste tworzą się w realnych procesach geologicznych. Czuję się ciągle geologiem, a nawet osoby z dużym autorytetem w naszym środowisku ulegały sensacyjnym doniesieniom. Wszystko jest udokumentowane. Wystarczy czytać wydawane przez PTMet roczniki.
Jeśli chodzi o pracę społeczną, to moi Przyjaciele i Koledzy z innych środowisk szybko dostrzegli moje doświadczenie oraz możliwości działania. Należę do założycieli Konfraternii św. Jakuba Apostoła przy Katedrze Polowej Wojska Polskiego, Fundacji pamięci Rosy Bailly, Stowarzyszenia Pamięć Kapelanów Katyńskich. Wszędzie byłem osobą odpowiedzialną za sprawy finansowe tych organizacji. Decydowały o tym moje predyspozycje a nie osobiste przekonania. Trzeba jednak podkreślić, że idee zawarte w statutach tych organizacji były i są godne wsparcia, a nawet poświęceń. Dziś już pełnię tylko obowiązki skarbnika Stowarzyszenia Pamięć Kapelanów Katyńskich.
Znając tło działania tych społecznych zgrupowań poznawałem osoby, rodziny tworzące przeszłą i współczesną, niekiedy trudną, historię Polski. Do mojej świadomości dotarło, że sam należę do tej społeczności. Wuj mojej mamy był przed wojną policjantem na Wołyniu, tam gdzie były największe kamieniołomy skał magmowych w II Rzeczypospolitej, czyli w okolicach Sarn i Tomaszgrodu. Został zamordowany przez Rosjan w 1940 r. i spoczywa na cmentarzu w Bykowni. Gdy jako geolog widzę pozostałości wołyńskich granitów w Warszawie, a takich obiektów jest całkiem sporo, w mojej wyobraźni rysuje się obraz dramatycznych losów rodzin polskich, również tej mojej. Mając znaczącą wiedzę o przedwojennych oficerach polskich tworzących Wojskowy Instytut Geograficzny zrozumiałem, że powinienem zająć się biografistyką. Upamiętniam ofiary zbrodni katyńskiej i innych prześladowań stalinowskich. Współpracuję z Muzeum Katyńskim. Nie zapominam o oficerach geografach, którzy zginęli w niemieckich obozach zagłady lub je przeszli. Mam w tym zakresie opracowania internetowe i wydane drukiem.
Ogromne poczucie pewności tego co robię daje mi kontakt z rodzinami. Okazuje się, że po dziesiątkach lat przechowują oni niezwykłe pamiątki. Materiał ten zmienia aspekt pojmowania historii utartej przez programy nauczania i media. To obraz warty ciągłego odczytywania.
Pod wpływem docierających do mnie informacji rozpocząłem kolejny własny projekt. Spisuję biogramy oficerów korpusu geografów II Rzeczypospolitej spoczywających na warszawskich cmentarzach. W tej chwili to ponad 50 życiorysów. Odmieniają postrzeganie historii naszej niepodległości, szczególnie w latach 1918-1928, gdy z bronią w ręku wywalczano granice naszego kraju. Lata 30-te są nam lepiej znane.
Czas na obiektywne wyjaśnienie zjawisk meteorytowych w Morasku i w Podlesiu na Roztoczu przyjdzie wraz z postępem nauki. To co zawiera pamięć żyjących nie może czekać. To unikatowa wiedza. Trzeba ją spisywać natychmiast. Temu poświęcam swoje możliwości. Liczę, że w tym roku uda mi się ukończyć założoną pracę”.
Co w Twoim życiu daje oddech, wypoczynek?
– „Przez długie dziesięciolecia miałem coś, co można nazwać ogródkiem, działką, nieruchomością. W ostatnim czasie ze względu ograniczone siły fizyczne i wielość obowiązków domowych, musiałem się pozbyć moich przyrodniczych ostoi. Tam pracowałem fizycznie, co było dla mnie bardzo ważne. Budowało równowagę między duchem a ciałem. To również miejsca obserwacji natury w przekroju całego roku i wielu lat. Byłem niezłym obserwatorem ptaków. W moich budkach lęgły się puszczyki, dudki i cała masa mniejszych dziuplaków. Miałem zaprzyjaźnione kosy, śpiewaki, pleszki, raniuszki.
Gdy brakuje mi podróży czy pobytu na własnym, lubię „pojeździć” wirtualnie po Polsce, np. w Googlach. Wtrącę, że ubocznym skutkiem moich zainteresowań Moraskiem było zrozumienie, że miano to nie pochodzi od Morawskich tam zamieszkujących, tylko Morawscy przyjęli nazwę od „morawska”, czyli od wystąpienia miejsca moru. W ten sposób nazwa o średniowiecznej proweniencji potwierdza spadek gradu żelaznego na początku XIV wieku, co tak trudno do nas dociera. Ponieważ w pracach terenowych stykałem się z setkami nazw dotarło do mnie, że istnieje pokaźna pula toponimów z okresu wczesnej Słowiańszczyzny, która jest błędnie interpretowana pod względem swojego znaczenia. Wystarczy pojąć istotę geologiczną miejsca, jego genezę i morfologię, by zrozumieć etymologię nazwy. Nawet najtęźsi poloniści mają z tym problem. Wyjaśnianie takich zagadek to takie moje hobby, połączone z wirtualnym podróżowaniem, przy którym realnie się odprężam. Mam publikacje w zakresie toponimów słowiańskich. Można tam znaleźć wyjaśnienia nazw Wisła, Warszawa, Sandomierz, Pacanów. Geneza tych nazw zawarta jest ściśle z terenem, miejscem ich wystąpienia. Są też takie kapitalne pytania: dlaczego w Wielkopolsce nie występuje ani jedna nazwa z rdzeniem „zambr”, czyli żubr lub czy powszechnie wiadomo, że granice kulturowe Małopolski można wyznaczyć w sposób realny występowaniem nazw z rdzeniem „sołtys”.
Tak zrozumiałem, że Polska jest niejednolita Jest jak Niemcy, Francja czy Hiszpania, w których odrębność krajów, regionów jest żywa i zaznaczona. Polska ze względu na porozbiorową integrację państwa poszła drogą porewolucyjnej Francji unifikując i zacierając różnice dzielnicowe. Taka była potrzeba odrodzonej Polski w 1918 roku. Obecna nasza Ojczyzna jest wielka, to też warto ponownie dostrzegać odrębność i tożsamość kulturową regionów. I gdy słyszę naigrywanie się polskich kabaretów z niby błędnej wymowy słowa „włączać”, dostrzegam słabość tych, którzy nie rozumieją tożsamości odmian języka polskiego. Nie odrobili lekcji dodatkowej na swoich fakultetach polonistyki. Zapewniam, że Jan Kochanowski, twórca „Ortografii polskiej” „zakanszał”, nie zakąszał, w czasie swych ulubionych posiedzeń przy piwie i winie. Nosówka „ą” w dzisiejszym brzmieniu, podkreślam brzmieniu, nie ortografii, nie była znana w całym dorzeczu Wisły, a można to odczytać u mistrza Jana oraz setkach toponimów tego obszaru. Zasadom ortografii warto się podporządkować, wymowę zostawmy tą, którą wynieśliśmy z domu rodzinnego. I nie wstydźmy się tego. Ja lubię sobie „włączyć” samodzielne myślenie.
Tak mnie kształtowała mnogość napotkanych w życiu zadań i obowiązków. Mogę powiedzieć, że czuję się człowiekiem spełnionym.
Jednocześnie dziękuję Andrzejowi Kotowieckiemu, że wydobywa z nas refleksję życiową i mobilizuje do życiowych podsumowań. Podziwiajmy jego aktywność w tej materii”.
Warszawa, 3 maja 2023 roku.

Na zakończenie chciałbym serdecznie podziękować za ten wywiad kol. Wiesławowi Czajce i życzyć mu dalszych odkrywczych sukcesów, aktywności społecznej oraz samych pogodnych dni w życiu osobistym a przede wszystkim spełnienia swoich dalszych planów oraz marzeń.
Poniżej powiązane artykuły z wywiadami członków Polskiego Towarzystwa Meteorytowego:
http://pressmania.pl/andrzej-pilski-astronom-z-pasja-chodzenia-i-biegania-boso/
http://pressmania.pl/prof-szymon-kozlowski-naukowiec-sukcesu/
http://pressmania.pl/marek-i-beata-wozniak-vel-jan-woreczko-i-wadi/
http://pressmania.pl/dr-agata-krzesinska-kobieta-naukowiec-z-kosmiczna-wiedza/
http://pressmania.pl/profesor-lukasz-karwowski-1945-2022-niedokonczony-wywiad/









Wiesław to fajny gość!