Po zakończeniu II Wojny Światowej w roku 1945 ziemie byłych Prus Wschodnich, nazwane później Warmią i Mazurami, przypadły Polsce. Ale jeszcze wcześniej, tuż po przejściu frontu rozpoczęła się tu prawdziwa wielka wędrówka ludów. W miejsce poprzednich mieszkańców przybywali na Warmię i Mazury ludzie, głównie z terenów utraconych przez Polskę na wschodzie, oraz ci szukający pracy i chleba z przeludnionych i biednych terenów wyzwolonej Ojczyzny. Ale nie tylko tacy. Szukali tu schronienia i ludzcy rozbitkowie z mocno nadszarpniętymi sumieniami i zgruchotanymi wojną duszami. Oni wierzyli w moc fizycznej odległości od niedawno minionych czasów. Nie zawsze jednak kraina ta, jawiąca im się jako wymarzona samotna wyspa w bezkresie oceanu, albo definitywne, mityczne zastyksie – okazywała się być taką, jaką chcieli widzieć. Tacy często doznawali bolesnego zawodu, bo jeszcze nie wiedzieli, że bóstwom skrytym w galindzkich i mazurskich legendach, od których tu się roiło, zawsze obce było wszystko co nowe – bogowie byli niewzruszeni w swoich odwiecznych zasadach.
Letnie, niedzielne popołudnie roku 1957 Kamil Wyrwicz swoim zwyczajem spędzał nad jeziorem, o którym nawet mawiał „moje jezioro”. Rodziny żadnej nie miał, odpoczywał więc w samotności i ciszy mazurskiego odludzia – zresztą lubił takie chwile. Odpływał wtedy myślami do wszystkiego, co dane mu było przeżyć w swoim niespełna 30-letnim życiu. Często wracał do brutalnie przerwanej młodości, do tragicznej śmierci ojca z rąk niemieckich oprawców. Matki też już nie miał, zginęła jeszcze we wrześniu 39 roku podczas nalotu na podkielecką mieścinę, gdzie łudząc się krótkotrwałością wojny, próbowała znaleźć spokojny azyl dla całej rodziny. Często też myślał o Kalinie, swojej rówieśniczce, która jako łączniczka odwiedzała ojca w ich kieleckim mieszkaniu. Oficjalnie przynosiła mu zioła od zielarki, ale on, choć niewtajemniczony w jej prawdziwą rolę, to dobrze wiedział, co się za tymi wizytami kryło. Podobała mu się ta dziewczyna, podkochiwał się w niej, ale pewne tragiczne zdarzenie przerwało te jej systematyczne wizyty, przerwana też została zawiązująca się nieśmiała przyjaźń i jego marzenia. Po tym już więcej jej nie zobaczył. Na początku lat 50-tych, po spieniężeniu odziedziczonego mieszkania i dobytku wyjechał na Mazury, licząc, że uda mu się zostawić za sobą wojenną traumę i rozpocząć nowe życie.
Teraz, pół tysiąca kilometrów od rodzinnych stron, w nieliczne wolne od pracy godziny umykał do swojego pachnącego tatarakami azylu. Siadywał wówczas na piaszczystej skarpie starej bindugi, która już od dawna nie wypełniała swojego przeznaczenia. I chociaż nikt, nawet najstarsi nie pamiętali, kiedy ostatni raz spławiano tu drewno, to i tak wszyscy nazywali to miejsce bindugą.
Dziś znowu ze stoku piaszczystej skarpy wpatrywał się w płaszczyznę wielkiego jeziora, którego tafla w promieniach zachodzącego słońca przybierała coraz to inne barwy. I było tu zawsze tak samo. A on już znał na pamięć całe to niezwykłe, kolorowe misterium. A kiedy już jezioro spowijała lekka mgła, wtedy trudno było odróżnić, gdzie kończy się woda, a gdzie zaczyna się niebo – wszystko mieszało się w jeden urzekający chaos. Krwistym, jakimś złowrogim odcieniem powoli zabarwiało się w oddali zbocze wielkiej góry, z ogromnym drzewem na szczycie. Teraz i Kamilowi, kiedy na nią spoglądał, udzielił się irracjonalny respekt do niej. Bo jak mówiły miejscowe podania, to od wieków ludzie unikali wchodzenia na nią. Szczególnie ci, którzy dopuścili się w życiu jakiejś niegodziwości. Ona podobno była bezlitosna w takich sytuacjach – ona takiego delikwenta, jeśli już odważył się wejść na jej szczyt, osądzała i wymierzała mu karę…
Ale, oto spokój sielskiego, przedwieczornego czasu nieoczekiwanie zakłócił widok żaglówki, która płynęła majestatycznie, ledwie poruszając się po lustrzanej tafli wielkiego jeziora. A nie był to widok powszedni na tym ustronnie położonym jeziorze. Żaglówka przypominała popularną Omegę, i płynęła powoli, bo wiatru było jak na lekarstwo, a żeglarzowi widać się nie śpieszyło. Używał pagaja tylko od czasu do czasu, i to zamiast nie działającego w takiej ciszy steru.
Żeglarz kierował jednostkę wyraźnie w stronę piaszczystej bindugi, i wydawało się, że weryfikuje nieznane mu dotąd miejsce, ku któremu być może zmierzał. Kiedy już podpłynął blisko brzegu, wówczas wyrzucił za burtę kotwicę, ale nie opuszczał białego żagla, a pozostawił go na wysmukłym maszcie w luźnym łopocie. To mogło świadczyć, że jego żaglówka gotowa była, aby w każdej chwili kontynuować rejs.
Z omegi, brodząc po płytkiej wodzie, zszedł na ląd stary mężczyzna. Jego siwe, w nieładzie rozwichrzone włosy i biała broda sprawiały, że bardziej przypominał morskiego wilka, niż słodkowodnego turystę. Siwowłosy człowiek lekko utykający na prawą nogę, jakby bez celu zaczął przechadzać się po piaszczystej plaży.
Nieoczekiwanie powiał lekki szkwał i przez moment dał się słyszeć łopot luźno wiszącego białego żagla. Teraz żeglarz z iście młodzieńczą sprężystością wskoczył do wody, i po niespełna minucie był na pokładzie swojej łodzi, po czym zrzucił żagiel z masztu i spokojnie powrócił na piaszczystą plażę. I znowu przechadzał się, jakby bez celu.
Kamil zastygł w bezruchu na szczycie skarpy, nie chciał burzyć przybyszowi intymności i spokoju. Tymczasem siwowłosy człowiek już go zauważył. Ożywiony i speszony, szybko wykrzyknął ku niemu: dzień dobry! Kamil pomachał mu ręką, i powoli zaczął schodzić w dół skarpy. Przywitali się.
– Piękna łódka – zauważył Kamil.
Łódź naprawdę była piękna, jeszcze przedwojenny wyrób, kiedyś z pewnością należała do jakiegoś niemieckiego notabla. Jeszcze teraz jej kadłub i pokład lśniły drogim, mahoniowym i orzechowym drewnem.
Komplement sprawił nieznajomemu wyraźną przyjemność, bo ten uśmiechnął się i powiedział:
– Cieszy mnie, że się panu podoba, ale to jest łódka mojego przyjaciela z Giżycka. No, i niestety, mam pecha. Wpadłem do niego na parę dni, i to pierwszy raz od wielu lat… powiedzmy, że trochę popływać, a tu widzi pan… – przybysz pokazał dłonią znowu gładką jak lustro, taflę jeziora.
– Chciałem tu przebiwakować do rana, ale nie wiem czy wolno. Wypadałoby kogoś poszukać i zapytać o zgodę… – mówiąc to, zawiesił na chwilę głos, i dyskretnie wpatrywał się w Kamila twarz.
– Nie musi pan nikogo pytać, może pan tu sobie biwakować do woli, proszę bardzo. A nawiasem mówiąc, to piękniejszego miejsca na postój nie znajdzie pan w całej okolicy.
Nieznajomy żeglarz już chyba pojął, że ma do czynienia z kimś tu ważnym, bo w tym samym ułamku sekundy przebiegł po jego twarzy jakiś dziwny, ledwie dostrzegalny grymas: jakby radości i zdziwienia zarazem.
– Dziękuję. Pozwoli pan…: Komosiński jestem, Józef Komosiński – nieznajomy przedstawił się, i jeszcze raz podał Kamilowi rękę.
Kiedy Kamil wymienił swoje nazwisko, ten mocniej uścisnął mu dłoń, i nieco spięty, nie wypuszczając jego dłoni, szybko powiedział:
– Bardzo, bardzo mi miło!
Teraz chciał się najwyraźniej czegoś upewnić, bo jakby zniecierpliwiony, jakby działając na skróty, zapytał:
– Skąd pan pochodzi, jeśli wolno…?
– Ja, z Krakowa jestem – Kamil odpowiedział bez wahania, nie dopatrując się niczego szczególnego w ciekawości starego żeglarza. I chyba tylko dla rewanżu zapytał go szybko o to samo, bo wtedy na Mazurach spotykający się ludzie często zaczynali rozmowę pytaniem: skąd pan tu przybył?
– A ja jestem z Kielc – z uśmiechem odpowiedział żeglarz, i dyskretnie przyglądał się reakcji rozmówcy.
– A więc powiada pan, że jest pan z Krakowa, ale Kraków, to nie było pana rodzinne miasto…, przedtem mieszkał pan, gdzieś indziej. Czy tak? – dociekał przybysz.
Kamil dopiero teraz zbystrzał, a nawet poczuł się trochę nieswojo. To przypadkowe spotkanie z każdą chwilą okazywało się być nie takim znowu „przypadkowym”, toteż szybko doszedł do wniosku, że Komosiński coś już o nim wie, więc co tu kręcić. Zresztą, i jego też zaczął intrygować ów niezwykły, tajemniczy przybysz.
– Pan mnie zna? Czyżby ktoś panu o mnie opowiadał, skierował pana tu, do mnie?
– Tak, chociaż niezupełnie…
Komosiński z każdą chwilą stawał się coraz bardziej rozluźniony. Teraz, to już nawet mówił do Kamila, jak jego stary znajomy. Zupełnie inaczej, niż jeszcze parę minut wcześniej. Widać było, że nie mógł powstrzymać chęci dotknięcia młodego przystojnego mężczyzny, może nawet chciał go serdecznie objąć i uścisnąć ramionami, ale wystarczyło mu widać odwagi tylko na tyle, aby ciężko położyć swoją dłoń na Kamila barku.
– Zaskoczę pana… – zawiesił na chwilę głos, i odruchowo zacisnął swoje palce na ramieniu Kamila:
– Nie będę pana oszukiwał, że to przypadek. Przybyłem, aby spotkać się z panem i nawet nie przypuszczałem, że nastąpi to tak łatwo. Tak się składa, że znałem pańskiego ojca; byliśmy przyjaciółmi. I to wiele lat.
Kamil mimowolnie zrobił krok do tyłu. Nienaturalnym, goryczą zabarwionym głosem, odparł:
– Oho! Czy w czasie wojny też…?
Siwobrody mężczyzna natychmiast spoważniał, i powoli opuszczał dłoń, która osunęła mu się z chłopaka ramienia, kiedy ten się cofnął. Nie speszony takim gestem i zaczepnym pytaniem, spokojnie odpowiedział:
– Tak, w czasie wojny też. I mało tego: wtedy łączyło nas dużo więcej, niż tylko przyjaźń.
– Wiem, że ojciec miał różnych przyjaciół… – Kamil znowu przerwał Komosińskiemu, i tym razem, to już z wyraźnym wyrzutem w głosie.
– No tak, tak. Wiem, o czym pan mówi, i rozumiem to. Pomimo, że przecież byliśmy idealnie zakonspirowani, to niestety, stało się. To była dla pana tragiczna historia. I przecież dla nas wszystkich. Ja po wojnie pracowałem w Kielcach…, mniejsza o to, kim wtedy byłem. W każdy razie miałem spore możliwości, i powiem panu tylko tyle, że poświęciłem kilka lat swojego życia, aby rozwikłać tę ponurą zagadkę. Powinien pan też wiedzieć, że to była od samego początku bardzo trudna sprawa. Ale przysięgłem sobie, i twojemu ojcu…, przepraszam: i pańskiemu ojcu przysięgłem, że dotrę do prawdy, że dopadnę kanalię, która go zdradziła.
No i dopadłem.
Kamil nawet nie czekał, co Komosiński chciał dalej powiedzieć, i jak automat, wyrzucił z siebie: Kalina…
– Kalina?! Co też panu przyszło do głowy. Kalina była naszą najlepszą łączniczką! Muszę jednak panu powiedzieć, że po tym, co się wtedy stało, straciliśmy ją. Oczywiście straciliśmy ją, jako łączniczkę, i to wcale nie z naszej winy. Ona po prostu przestała bawić się w roznoszenie ziółek, i poszła do lasu. Tak naprawdę, wymusiła to na nas. A później, to już ze szmajserem nie rozstawała się do końca wojny. A walczyła z większą brawurą, niż nie jeden chłopak! Zresztą, Krzyży Walecznych, to za byle co się nie dostawało. Wie pan…, nieraz odnosiliśmy wrażenie, że robi to dla pana. Proszę zaczekać chwilę!
Tu Komosiński przerwał swoje opowiadanie, i z werwą nastolatka wbiegł do wody. Po minucie przydźwigał z pokładu omegi wielki, marynarski wór z całym swoim ekwipunkiem.
Komary coraz zajadlej próbowały rozpocząć wieczorną, krwawą ucztę. Kamil układał w stos suche patyki, aby rozpalić ognisko; jakiś czas temu nauczył go tutejszy Mazur Horst Kozłowski, że świeże olszowe gałązki położone na żar, dość skutecznie przepędzają te krwiożercze bestie.
Usiedli przy ognisku na ciepłym piasku starej bindugi. Cienka, aromatyczna smużka dymu, niezakłócona najlżejszym nawet powiewem wiatru, majestatycznie pięła się prosto do nieba.
– Po wojnie wpadły w nasze ręce niemieckie archiwa; wpadliśmy na ślad…
W tym miejscu Komosiński przerwał opowiadanie, i widać było, że się wahał, czy kontynuować temat.
– Panie Kamilu, a może wystarczyłoby, jakbym powiedział, że dopiąłem celu. To znaczy, w pewnym sensie ja. W każdym razie ten niemiecki szpicel poniósł zasłużoną karę, a szczegóły mogą być dla pana bolesne.
Widać było, jak siwobrodego mężczyznę powoli opuszczają siły; widać też było, że jedynie na krótko wystarczyło mu młodzieńczego zrywu, bo znowu wpatrywał się zmęczonym wzrokiem w zadziwioną twarz syna swojego przyjaciela.
– Niech pan się zastanowi, czy mam kontynuować, bo nieraz w życiu jest tak, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego.
– Chcę znać prawdę. Całą. To chyba oczywiste – z głosu Kamila przebijała przejmująca determinacja.
Komosiński znowu długo milczał, chyba układał sobie w głowie, jak to najdelikatniej synowi przyjaciela o tym wszystkim opowiedzieć. Dla niego była to przecież traumatyczna historia, a co dopiero dla tego chłopaka. Ostatecznie zdecydował, że opowie wszystko z detalami, jednak starał się ważyć każde swoje słowo:
– Ten człowiek…, chociaż ciężko nazwać go człowiekiem, on nie miał żadnych skrupułów. Zdziwi się pan, co go popchnęło do takiego draństwa, chociaż źle mu się nie powodziło, miał swoją aptekę, którą prowadził również przez całą okupację. Niech pan sobie wyobrazi, że przez całą wojnę uchodził za spokojnego, wręcz wzorowego męża i kochającego ojca swojej jedynej córki. Wiadomo też było, że nie należał do żadnej organizacji podziemnej, bo miał w końcu prawo do takiego wyboru.
Kamil nerwowo przypalił dukata. Słuchając uważnie Komosińskiego, wydawało mu się, że zaczyna już coś rozumieć. Jednak milczał.
– Ten człowiek wiedział, że jego córka ma kontakty z podziemiem, stąd miał pewne możliwości wykorzystania owej sytuacji.
– Poleski? Mój szef! – Z niedowierzaniem wykrzyknął Kamil, nie mogąc opanować emocji. – Coś panu teraz opowiem – kontynuował. – Otóż kiedy tu przyjechałem do pracy, na własne życzenie, jedną z pierwszych osób, którą poznałem był Poleski. Podczas pierwszej rozmowy z nim, kiedy obejrzał moje dokumenty i kiedy dowiedział się, że pochodzę z Kielc zaczął zachowywać się bardzo dziwnie: nagle zmieszał się, skracał wątki rozmowy do maksimum, nie patrzył mi w oczy, i tylko jakby dla zamaskowania swojego zachowania powiedział, że miło mu jest, że jestem z Kielc, bo dobrze mieć ziomka na tym odludziu. Coś mnie w tym momencie zaniepokoiło. Jego stan emocjonalny wyraźnie kłócił się z tym co mówi. Zresztą i później sytuacja wyglądała podobnie, ograniczał relacje pomiędzy nami wyłącznie do spraw służbowych. Pomimo, że okazji do rozmów było wiele. Zaczęło mnie to intrygować i niepokoić w jakiś sposób. Miałem nawet starać się o przeniesienie w jakieś inne miejsce po tym, kiedy Horst mówiąc coś o Poleskim, niby nieopatrznie wymienił jakieś inne jego nazwisko. Potem zacząłem podejrzewać, że zrobił to jednak celowo. Chciałem go pociągnąć za język w sprawie tego szczegółu, ale nie chciał mówić. Gładząc swoje mocno już poprzetykane srebrem wąsy, zbył mnie słowami, że kiedyś, ktoś, coś takiego mówił o niejasnościach z jego nazwiskiem, ale że to nie jego sprawa, więc nie będzie komentował. Potem, już po śmierci Poleskiego wspomniał, że jego córka przyjechała tu, aby potwierdzić jego tożsamość. Ciało to już ktoś inny zabrał, zaś ona niemal natychmiast po tym wróciła do domu. Horst mówił, że nawet ją widział na komendzie w Giżycku. Opisał mi ją dokładnie, jej piękne ogniste długie włosy. mówił, że dziewczyna miała na imię Grażyna. Zrobiła na nim bardzo pozytywne wrażenie. Po swojemu, czyli po mazursku powiedział z błyskiem w oku, że to była psiakno frejlyna, czyli ładna panienka ta jego córka. Dodał też, patrząc mi w oczy, że wyglądała mu na porządne i dobre dziecko. Kiedy mi ją Horst Kozłowski opisywał, to tak, jakbym miał przed oczami pewną dziewczynę… No, ale tamta nosiła inne imię.
Dziwna to była wizyta. Podobno, prosiła nawet w giżyckiej komendzie, aby ją na chwilę tu przywieźli, że niby chciała zerknąć na osobiste rzeczy ojca, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. Po jego śmierci natrętnie zacząłem myśleć o tym, że Poleski mógł mieć jakiś związek z moim ojcem. – Wie pan, tu na Mazurach często dochodzi do zaskakujących spotkań. Horst Kozłowski po tej tragedii, też stał się odczuwalnie opiekuńczy dla mnie. Jak ojciec. Niestety, w ubiegłym roku zmarł na serce, kiedy w nocy ratował konie, które wybiegły na tory, prosto pod jadący pociąg.
Komosiński z uwagą i zaskoczeniem słuchał Kamila, a potem odezwał się:
– Niezwykłe to wszystko, co mi pan opowiedział. Powiem teraz tak – otóż w pewnym sensie rzeczywiście chodzi tu o Poleskiego, ale potrzebne są pewne wyjaśnienia:
– Otóż, ten cwaniak, ten niby Poleski, wykombinował po wojnie dokumenty, właśnie na takie nazwisko. To dlatego rozpłynął nam się na wiele lat. Ten sukinsyn nazywał się naprawdę Janusz Radziwon. Wie pan co…, aż trudno uwierzyć, że robił to dla ochłapów, które wydawały mu się luksusem. On sprzedawał ludzi za parę butelek francuskiego wina, za parę paczek markowych papierosów. Jego opiekunowie, skrupulatni Niemcy, zapisywali to wszystko w swoich meldunkach, i oczywiście gwarantowali mu bezpieczeństwo córki, no bo w końcu było to w ich interesie.
– „Radziwon…”. Coś sobie teraz przypominam. Tak, już wiem: Kozłowski, moja tutaj taka prawa ręka, kiedyś mówiąc coś o Poleskim, takie właśnie nazwisko wymienił, ale przecież z niczym nie mogło mi się ono kojarzyć, tym bardziej, że nawet nie wiedziałem, jak nazywała się Kalina…
– Grażyna. Chyba mówi pan o Grażynie? – z uśmiechem wtrącił Komosiński.
– Więc ona naprawdę nazywała się Grażyna… – zdziwił się Kamil.
Teraz Komosiński badawczo zerknął mu w twarz.
– Wiem dobrze, że przyjaźnił się pan z tym autochtonem Horstem Kozłowskim. A tak swoją drogą: „Horst Kozłowski”! Nie mógł mieć ten Kozłowski lepszego imienia? – Mówiąc to, Komosiński uśmiechnął się, jakby chciał, chociaż odrobinę rozładować ponurą, coraz bardziej gęstą atmosferę – Zaraz po świętach…, pan wie, o jakich świętach mówię. Tak więc, zaraz po świętach otrzymaliśmy wiadomość z Giżycka, która nas zaskoczyła, a dotyczyła sprawy samobójstwa Poleskiego, czyli tego całego Radziwona. Miał się zastrzelić podczas samotnego nocnego polowania na tej górze. Żałowali, że nie zdążyli go i jego kumpli do końca rozpracować. Powiadomili nas, bo przecież miał w Kielcach swoją rodzinę, ale najważniejszą była pewna okoliczność związana z tym, co się stało, a co mogło mieć dla nas ogromne znaczenie. Otóż niejako przy okazji tej sprawy posiedli pewien zeszyt z ciekawymi zapiskami: to były wspomnienia, właśnie niejakiego Horsta Kozłowskiego. Nie mam pojęcia skąd ten człowiek tyle wiedział o Radziwonie. Tym bardziej, że oficjalnie to on nie był „nasz”, ten Kozłowski. W tym jego zeszycie…, to był taki szkolny brulion w niebieskich okładkach, sporo w nim było – zdziwi się pan – o Kamilu Wyrwiczu.
Komosiński dyskretnie, i z uwagą obserwował twarz swojego rozmówcy.
– Kozłowski bał się o pana. Dosłownie, jak ojciec. Te jego obawy ciągle przewijały się w jego zapiskach. No cóż, szkoda tego Kozłowskiego. Wydaje mi się, że to był wspaniały człowiek i wielki pana przyjaciel. Szkoda, że ja teraz nie mam kogoś takiego, panie Kamilu.
Tu Komosiński znowu na chwilę zamilkł, jakby chciał uporządkować swoje myśli:
– Panie Kamilu, ostatnie zapisane kartki jego pamiętnika dotyczyły feralnego nocnego polowania.
– Ależ, Horsta przecież tam nie było. Nie było go wtedy ze mną, polowałem sam – przypomniał Kamil
– Nie był z Panem? To nieprawda. On był cały czas, i to bardzo blisko. Chodził dokładnie po pana śladach w świeżym śniegu. On towarzyszył panu, jak Anioł Stróż. Zabawne…, wspomniał nawet i o tym, że jak podążał za panem, to cały czas śledził go…, no właśnie, śledził go jakiś „niemiec”, od którego nie mógł się opędzić. Nawet pytałem Korejwę, tego kresowiaka, starego dróżnika ze stacyjki kolejowej, kim mógł być ten wspomniany „niemiec”, i dlaczego śledził Horsta?
Na twarzy Kamila pojawił się teraz zagadkowy uśmiech:
– I co, Korejwo powiedział panu, kto to był? – z szelmowską miną zapytał Kamil.
– No, nie. Powiedział mi, że nie ma pojęcia.
– Ja też nie mam pojęcia – Kamil siląc się na powagę, uprzedził spodziewane ponowienie pytania.
– A, to ciekawe? – uśmiechnął się Komosiński, i badawczo zerknął chłopakowi w oczy. W tej sekundzie widać domyślił się, że niczego już nie wskóra, że widać kryje się za tym jakaś zupełnie inna historia; jakaś chyba, nie do odgadnięcia tajemnica wszystkich tych „spiskowców”. Dał więc sobie spokój z tym epizodem, i wrócił do ważniejszych spraw:
– Z jego zapisków wynikało, że kiedy rozstaliście się po wigilii, to pan poszedł ze sztucerem polować. Była świąteczna gwiaździsta i mroźna noc ze świeżym opadem śniegu. Miał pan powiedzieć: nie darowałbym sobie, żeby w taką noc nie być w kniei. – Widzi pan, on nawet taki szczegół zanotował. Kozłowski cały czas czuł jakiś niepokój, czegoś bał się. Nie bardzo wiedział, o co chodziło, ale napisał w tym swoim pamiętniku, że dręczyły go jakieś paskudne przeczucia. Zwrócił nawet uwagę i na fakt, że tylko raz pan wystrzelił.
– Zgadza się. Strzelałem do dzika z bardzo dalekiej odległości, mógłbym go trafić tylko jakimś cudem – roześmiał się. A zresztą była wigilijna noc, nie wypadało zabijać.
– Dużo jeszcze jest podobnych ciekawostek w tym pamiętniku, dużo też dobrych rzeczy o panu. Horst był pod wrażeniem. A zresztą, sam to wszystko pan sobie przeczyta…
Komosiński podał Kamilowi wyjęty z marynarskiego wora pamiętnik Kozłowskiego. Po chwili wahania powiedział z nieukrywaną satysfakcją: teraz, to on już jest pański. Proszę go sobie zatrzymać.
Kamil w milczeniu trzymał niebieski brulion przyjaciela, przyglądał mu się, gładził dłonią jego okładki. Chyba to wszystko wydawało mu się teraz jakąś niepojętą metafizyką. I nagle, gwałtownie pochylił się ku ognisku, i włożył niebieski pamiętnik w sam środek płomienia.
– Co pan robi! – wykrzyknął Komosiński, podrywając się z miejsca. Ale Kamil swoją wyciągniętą ręką odgrodził go od płonącego stosu.
– Taka była prośba Horsta Kozłowskiego. On życzył sobie przed śmiercią, żebym go odnalazł i nie czytał jego treści. Że powinienem go spalić. Taki był jego testament, jego ostatnie słowa. Nigdzie nie mogłem znaleźć tego zeszytu. No, i dopiero teraz… – mówił wzruszony, patrząc jak ogień wypełnia wolę przyjaciela.
W milczeniu obaj wpatrywali się w ten łapczywie pożerany płomieniami niebieski brulion. Komosiński, jakby nieśmiało, jakby bez przekonania, w pewnej chwili zwrócił się do Kamila:
– Mógł pan go sobie jednak zostawić na pamiątkę.
Znowu na dłuższą chwilę zapadła cisza.
– Coś jednak miał z człowieka ten Poleski, no raczej Radziwon, skoro po latach ruszyło go wreszcie sumienie… – Kamil mówił cicho, jakby tylko do siebie, wpatrując się w rozwiewane leciutkim wiatrem białe płatki spalonego papieru, w dogasającym już ognisku.
– To aż nieprawdopodobne, ale teraz coś mi mówi, że on od początku wiedział, kim byłem. Niech pan sobie wyobrazi, że on miał takie same oczy, jak Kalina. Brwi miał takie, jak gdyby narysowane przy linijce: równiutko, niemal poziomo. Jak go tu zobaczyłem pierwszy raz, jego oczy wydały mi się dziwnie znajome. Tak…, dopiero po latach ruszyło go sumienie.
– Sumienie? Pan chyba żartuje. On sam nigdy czegoś takiego by nie zrobił, nie targnąłby się na swoje życie. Zbyt wysoko pan go jednak mierzy. Panie Kamilu, to był mały człowieczek: przebiegły i tchórzliwy. Jak nas powiadomiło Giżycko, to natychmiast tu przyjechałem – przyjechałem z jego córką i pewną osobą, która znała go osobiście. Ta osoba, która identyfikowała zwłoki, nie miała najmniejszych wątpliwości, że to był on, że to był Janusz Radziwon. Zresztą, potwierdziła to natychmiast jego córka. Wtedy, jak tu przyjechałem, wydawało mi się, że chłopaki z tutejszej komendy nie miały doświadczenia w takiej robocie, albo, że im się po prostu nie chciało przyłożyć do sprawy. No, bo przecież były Święta. W każdym razie wyglądało to tak, jakby zupełnie zlekceważyli ważne szczegóły.
Komosiński znowu na długą chwilę zamilkł. Przyglądał się Kamilowi wpatrzonemu w dogasające ognisko; pomyślał nawet, że ten przestał go słuchać.
– O jakich szczegółach pan mówi? – Ponaglił Kamil, gdy cisza wydała mu się zbyt długa.
Komosiński zaczął mówić dalej, ale widać było, że przychodzi mu to z coraz większym trudem. Teraz, to nawet częściej rysował patykiem na piasku jakieś kratki i kreski, niż mówił. Mruknął nawet pod nosem tak: no, trudno, skoro zacząłem, i skoro powiedziałem już tyle… Mój drogi, przeczytałem uważnie, i to wiele razy, protokóły oględzin miejsca zdarzenia. W nich nie było nawet śladu kluczowych informacji, takich jak: czy broń Radziwona była czysta, czy była strzelana. Czy była w niej łuska? To są przecież szkolne błędy, tak mi się wówczas to wszystko wydawało. Natomiast, kiedy identyfikowaliśmy zwłoki denata, zauważyłem, że wlot kuli był na środku jego czoła, a nie w okolicach kości ciemieniowej, jak to zwykle bywa przy strzale samobójczym. Ponadto wlot nie był typowy, okrągły, ani nawet nie był osmalony, co jest typowe przy strzale z bliska. Wlot był podłużny! Taki wlot po kuli mógł pochodzić wyłącznie od rykoszetu.
– To ja… – zadziwionym głosem przerwał Kamil.
– Nie – krótko rzucił Komosiński.
Potem mówił znowu coraz spokojniej. Mówił głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Z każdą chwilą na jego zmęczonej twarzy rysowała się wielka ulga. Widać było, że właśnie teraz zrzucał z siebie wielki bagaż, który nosił całymi latami.
Znowu zamilkł na dłuższą chwilę, i znowu bezwiednie wodził patykiem po piasku. Nagle niespodziewanie przez jego dotąd znieruchomiałe oblicze przemknął dziwny, zagadkowy grymas, a w chwilę później zadziwionym głosem odezwał się do Kamila:
– Jak przesłuchiwałem…, jak rozmawiałem ze starym Korejwą, tym kolejowym dróżnikiem, z którym się pan zresztą też przyjaźnił, to on zamiast odpowiadać na moje pytania, opowiedział mi zadziwiającą legendę o górze, o górze z wiekowym dębem na szczycie, na której pożegnał się z życiem Radziwon. Widzi pan, musiało minąć wiele lat zanim nabrałem pewności, że zrozumiałem wtedy starego Korejwę. A właściwie to jego opowieść o górze, która – o czym wszyscy byli tu przekonani przez całe wieki, była sędzią i katem dla ludzi niegodziwych.
– Dobrze pan zapamiętał, to nazwisko – zauważył Kamil.
– Tak. Właściwie teraz, to już żadna tajemnica, co powiem: ja też nie tak od razu dowiedziałem się, kim on naprawdę był, bo pan chyba rozumie, że wtedy musieliśmy mieć tu i ówdzie swoich ludzi. Panu mogę jednak powiedzieć, że Korejwo z własnej woli pomagał nam tropić różne wojenne męty, które próbowały zniknąć na Mazurach, a miał on nosa, jak mało kto. Trafiło mu się nawet wielu takich różnych…, trafił mu się, i ten cały Radziwon. A pan zna tę legendę o górze? – zapytał Kamila, ale on milczał.
– O, tam! Ja wtedy też byłem na niej, pamiętam ją! Widzi pan… – Komosiński skierował swoją wyciągniętą dłoń w stronę Srebrnej Góry, ale dopiero w tym momencie zauważył, że na wyniosłym stoku nie widać już było wielkiego zielonego drzewa. Teraz na tym wyniosłym stoku stał wyschnięty, ogołocony z liści, martwy starzec. Komosiński zamilkł z zastygłym, wyciągniętym w stronę góry ramieniem.
– Usechł. Tak się jakoś złożyło, że wiosną, po tym wszystkim, stary dąb już nie odżył. – Kamil opowiadał o starym drzewie, jak o kimś bardzo bliskim. Po chwili zmieniając temat, zapytał Komosińskiego:
– A, wobec sytuacji, jaką pan mi uświadomił, to co powinienem zrobić? Myślę, że powinienem zgłosić się z tym do prokuratora.
– To nie ma najmniejszego sensu. Teraz, po takim czasie, kiedy wszystko zostało zakończone… Zresztą, gdyby pan się zgłosił, i to nawet na drugi dzień po owym wypadku, to w pana zeznania nikt by…, powiedzmy, że nie uwierzył. Myślę, że pan mnie teraz dobrze zrozumiał. Jeśli jednak chciałby pan pozbyć się ewentualnego balastu, co naturalnie można zrozumieć, może pan złożyć jakieś zeznanie, tylko właściwie jakie?
Zrobiło się już zupełnie ciemno. Nie widać było, gdzie kończy się lustro spokojnego jeziora, a gdzie zaczyna się już niebo. Odbite w wodzie gwiazdy połączyły świat w jedną całość.
U podnóża starej bindugi, przy resztkach żarzącego się ogniska siedzieli dwaj mężczyźni, ze wszech miar podobni do dwóch znużonych wędrowców, którzy dobrnęli do kresu bardzo długiej drogi. Mimo, że ledwie można było rozpoznać ich twarze, to w pewnym momencie dało się dostrzec, jak Komosińskiemu nagle błysnęły oczy. Zdawało się, jakby wszystkiego jeszcze Kamilowi nie powiedział.
Teraz poruszył się nerwowo, przestając grzebać patykiem w resztkach dogasającego ogniska.
– Kalina mieszka niedaleko mnie. Właściwie, to nawet jest moją sąsiadką. Tak się złożyło. – Tu Komosiński zagadkowo, skąpo roześmiał się.
– No, i po co mi pan to mówi. I tak przecież niczego nie da się już naprawić.
– To jest tylko takie pana zdanie, i zupełnie błędne. A ja jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy, że mogłem spełnić jej prośbę. I natychmiast dodał – p a n n y Kaliny prośbę – sylabizując słowo „panny”.
Kamil zrozumiał, co znaczy ten ulotny szczegół i lekko zmieszał się, jednocześnie nerwowo podrywając się z ziemi.
– Ona natychmiast powinna się o tym wszystkim dowiedzieć, to przecież ja, jej ojca…
– Spokojnie panie Kamilu, proszę usiąść. To jest wspaniała dziewczyna, przecież o tym wiemy obaj. A na to wszystko, co się naprawdę stało w tamtą wigilijną noc, ona ma swój bardzo mądry pogląd. Ona to wszystko zrozumiała prędzej i lepiej, niż każdy z nas. Powiem panu, że jej największym pragnieniem było i jest, aby pana przeprosić za swojego ojca. Bo ona mocno cierpi Kamilu. Teraz pan już wie, że musiałem się w końcu tu wybrać. Tu. Na ten rejs.
Komosiński wyciągnął w kierunku Kamila rękę z niebieską, podniszczoną kopertą, i wyjął z niej pożółkłą karteczkę, z jakimiś odręcznie napisanymi na niej paroma zdaniami.
– Tak, to jest jej. Taki list do pana. Trzymała ten strzęp długo, nie miała odwagi go wysłać. Ja nie czytałem. Kalina prosiła mnie, abym ci to przekazał.
[koniec]
Uwaga: Nazwiska i imiona użyte w tekście są fikcyjne
Uwaga: Wszelkie prawa zastrzeżone dla Roman Rzepka Copyright by Roman Rzepka
Zostaw komentarz