W swoim życiu widziałam kilka czynnych wulkanów. Na niektóre wspięłam się na szczyt jak to było w przypadku Etny, bezpośrednio po jej erupcji we wrześniu, 2001 r. Opływałam Stromboli i podziwiałam masyw Wezuwiusza z jego zaczopowanym stożkiem znad Zatoki Neapolitańskiej. Przebywałam też w bezpośrednim sąsiedztwie dymiących wulkanów Peru i Boliwii.

Gdy przed laty idąc starożytnymi ulicami Pompei z oddali widziałam sylwetkę masywnego wulkanu Wezuwiusza, którego erupcja była przyczyną zagłady leżącego u jego stóp miasta, to miałam marzenie by na niego kiedyś wejść, dotknąć jego krawędzi i zajrzeć do jego krateru. To właśnie z niego wydobywające się miliony ton lawy, popiołów, pumeksu oraz gazy zniszczyły Pompeje, Herkulanum i Stabie.

Będący cały czas w kręgu zainteresowań naukowców, zaliczany jest do pierwszej piątki najbardziej niebezpiecznych wulkanów świata. Według jednej z teorii, erupcja doprowadziła do zimy wulkanicznej i wyginięcia neandertalczyków.

Był on kiedyś wulkanem podwodnym. Wynurzył się po wybuchu superwulkanu, tworząc Pola Flegrejskie, tzw. kalderę (wielkie zagłębienie w szczytowej części wulkanu, powstałe wskutek gwałtownej eksplozji niszczącej górną część stożka wulkanicznego albo wskutek zapadnięcia się stropu komory pomagmowej wraz ze stożkiem wulkanicznym).

Włoscy naukowcy zbadali położoną w okolicach Neapolu kalderę. Z ich analizy wynika, że ma ona średnicę 13 kilometrów. Pod nią znajduje się gigantyczne jezioro płynnej lawy, które podnosi się w tempie 3 centymetrów rocznie i może dojść do erupcji. W centrum kaldery znajduje się miasto Pozzuoli, zamieszkane przez ponad 80 tys. osób. Łączna liczba mieszkańców kaldery to ok. 360 tys. osób.

Wulkan nie jest aktywny. W roku 1944 był wybuch, poza zniszczeniem kolejki nie wyrządził większych szkód. Ostatnie trzęsienie ziemi było tu w latach 80-tych, ale z Wezuwiuszem nic się nie działo. Badacze uważają, że im mniejsza jest jego aktywność, tym może być gorzej.

Gdyby doszło do jego gwałtownego przebudzenia to mogłaby zakończyć się katastrofą: potężnym tsunami, które dotarłoby do wybrzeży południowych Włoch (Kampanii, Kalabrii i Sycylii). Jego wybuch może zagrozić całej Europie.

Piszący o najnowszych badaniach „National Geographic” uspokaja, że nie jest jasne, kiedy do niej dojdzie. Główna autorka badań Francesca Forni zaznacza, że naukowcy skupiali się analizie chemicznej skał wulkanicznych. – Możemy przypuszczać, że dojdzie do erupcji, ale nie wiemy, kiedy – powiedziała.

W pobliżu wulkanów znajdują największe skupiska ludzi np. Neapol liczący sobie ok. 1 miliona ludności. Ma to związek z tym, że tereny powulkaniczne tworzą żyzną glebę. Im więcej w lawie krzemionki tym lepiej. Po jej rozpadzie może tam rosnąć wszystko – karczochy, pomidory wezuwiańskie, pomarańcze i inne rzeczy. Pumeks i tuf powulkaniczny są przez wieki wykorzystywane w budownictwie.

Gdy 18 września 2018 r. wyruszyliśmy na Wezuwiusz, czułam dreszcz emocji, że za kilka godzin będę miała możliwość zajrzeć wprost do jego krateru. Nie jest on tak duży jak Etna położona 3000 m. n.p.m mająca wiele kraterów.

Na wysokość 1000 m. n.p.m. podwiozły nas busiki, ale dalszą drogę trzeba było pokonać pieszo, a nie było to łatwe zadanie. Nasza trasa wiodła na niższy stożek Wezuwiusza, o wysokości 1200 m. n.p.m. Jadąc obserwowaliśmy leżące na zboczu zwały zastygłej lawy i widoczny u podnóża Neapol. Po dotarciu na miejsce, powyżej którego busiki już nie jechały dalszą drogę na szczyt przebyliśmy pieszo. Góra na tym odcinku nie jest zalesiona.

Niby 200 m. to nie dużo, ale to jest odległość pionowa od miejsca postoju pojazdów do szczytu. By się do niego dostać szliśmy zygzakowatą drogą o nachyleniu średnio 14 stopni pełną ciemno rudego żużlu i skał, na której każdy krok powodował powstanie kurzu. Podejście nie jest specjalnie trudne mimo tego, że z jednej strony było zbocze wulkanu a z drugiej przepaść. Mieliśmy ok. 2 godzin czasu by wejść, zobaczyć krater i zejść.

Pogoda dopisała. Dzień nie był tak upalny jak poprzednie, na niebie pojawiły się niegroźne chmurki, przykrywające słońce i rzucając cień na drogę, którą się wspinaliśmy.

Idąc powoli systematycznie wchodziliśmy coraz wyżej, a im byliśmy wyżej, tym piękniejsza rozciągała się panorama. Podziwialiśmy przepiękne widoki na Zatokę Neapolitańską, Neapol, Capri i wybrzeże Sorrento. Przewodniczka Monika pokazała nam widoczne z góry Pompeje, które za kilka godzin mieliśmy zwiedzić, oraz inne miejsca widoczne z góry. Po drodze mijali nas turyści, którzy byli na szczycie i schodzili w dół przy okazji wzbijając kurz.

Po dotarciu na koronę i spojrzeniu w dół widok uśpionego krateru bardzo mnie poruszył, jednocześnie towarzyszył mi niepokój, że za moment może wybuchnąć, mimo, że we wnętrzu krateru nie było bulgoczącej lawy, a w powietrzu nie unosił się zapach siarki.

Jego wnętrze przypomina sporych rozmiarów dziurę, na której dnie znajdują się drobne kamyki skalne oraz ciemno rudawy żużel. Część dna zaczyna nieśmiało porastać trawą i widać gdzieniegdzie samosiejki pojedynczych niewysokich drzew i krzaków, których nasiona przyniósł tu wiatr.

Gdy na niego patrzyłam to trudno mi było uwierzyć, że wyleciało z tego miejsca miliony ton pyłów, pumeksu i lawy, które zniszczyły trzy miasta i spowodowały śmierć około 20000 ludzi.

Spojrzenie w głąb krateru pozostanie do końca życia w mojej pamięci. Po odpoczynku i zrobieniu pamiątkowych zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną, którą pokonaliśmy szybko i sprawnie.

Następnie udaliśmy się do współczesnego miasta Pompeje, założonego w 1891 roku w pobliżu ruin starożytnych Pompejów.

Wulkan Wezuwiusz i ruiny starożytnego miasta są magnesami, które przyciągają turystów z całego świta. To dla nich ulice są pełne kramików z tandetnymi pamiątkami i kafejek. Nie czuje się jednak atmosfery znajdujących się w pobliżu słynnych ruin.

Jedyną rzeczą wartą zwiedzenia jest kościół – Basilica Pontificia, czyli Papieskie Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej, przy której znajduje się siedziba prałatury terytorialnej w Pompejach.

Kościół został konsekrowany 7 maja 1891. w 1894 roku i podarowany papieżowi Leonowi XIII, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny papież). Po zjednoczeniu Włoch powstała w jego pobliżu ochronka dla osieroconych dzieci.

Gdy tam szliśmy już z daleka widać było jego wysoką wieżę. Po dojściu do wylotu ulicy zobaczyliśmy świątynię w całej okazałości. Otoczenie jej jest przepiękne. Przed bazyliką znajduje się duży plac z przyległym do niego palmowym parkiem z fontanną.

Ponieważ świątynia był zamknięta i musieliśmy chwilę zaczekać, udaliśmy się więc do znajdującej się niedaleko kawiarenki. Po wypiciu kawy która nie była rewelacyjna, udaliśmy się przez plac w jej kierunku.

Moją uwagę przyciągnęła 5 kondygnacyjna wieża wysokości 82 m. wybudowana w latach 1912-25. Obłożona jasno-szarym granitem ze wstawkami z białego z daleka wygląda jak biała wieża. Na górę prowadzą drzwi frontowe wykonane z brązu, przedstawiające scenę objawienia św. Małgorzacie Marii Alacoque. Gdy patrzyłam na piękne 4 figury aniołów z trąbami z brązu znajdujące się na postumentach trzeciego piętra, to zastanawiałam się jak one są umocowane, że przy silnym wietrze od nich nie odpadną.

W niszy czwartego piętra znajduje się sześciometrowa marmurowa rzeźba Najświętszego Serca Pana Jezusa. Patrząc na nią ma się wrażenie, że wielkością dorównuje wzrostowi przeciętnego człowieka. W górnej części tego piętra umieszczony jest napisy: ”VENITE A ME OMNES” („Przyjdźcie do Mnie wszyscy”). Na dzwonnicy znajduje się 8 dzwonów.

Całość wieńczy sześciometrowa kopuła z krzyżem z miedzi i brązu. Są dwie drogi wejścia na samą górę. Można skorzystać ze znajdujących się we wnętrzu żelaznej drabiny o 360 stopniach lub wjechać windą znajdującą się z tyłu. Podobno widok na panoramę jest wspaniały. Mimo, że mieliśmy dużo wolnego czasu i z przyjemnością wjechalibyśmy na jej szczyt nic z tego nie wyszło, bowiem podczas naszego pobytu wejście było zamknięte.

Przepiękna jest pochodząca z 1901 r. dwupoziomowa fasada świątyni z portykiem o trzech łukach wzorowana na rzymskich bazylikach. Wykonana z jasnoszarego trawertynu (porowatej skały osadowej). Gdy się na nią patrzy widać, że włożono w nią dużo pracy by wydobyć piękno zaklęte w kamieniu.

Na samej górze fasady znajduje się wykonany z jednego bloku marmuru ponad trzymetrowy posąg Matki Bożej Różańcowej. Na podstawie posągu widnieje słowo „PAX” (Pokój) i poniżej rok MCMI. Minimalnie poniżej znajduje się taras po bokach, którego umieszczone są dwa zegary: po lewej elektryczny, a po prawej – słoneczny. Pod podstawą posągu w trójkątnym polu umieszczona jest loggia papieska z herbem Leona XIII.

Pięknie harmonizują z całością trzy duże okna, w których odbijające się niebieskie niebo, sprawia, iż ma się wrażenie, że szyby są niebieskie. Środkowe okno ozdobione jest kolumnami z fińskiego granitu, który zastosowano po raz pierwszy we Włoszech.

Pomiędzy górną a dolną fasadą znajduje się granitowy fryz z napisem „VIRGINI SS. ROSARII DICATUM” („Poświęcone Dziewicy Świętego Różańca”). Dolna część fasady składa się z 4 kolumn z różowego granitu.

Po pokonaniu kilku stopni i przejściu przez portyk weszliśmy do bazyliki. Naszym oczom ukazała się przepiękne wnętrze tętniące kolorami. Nie będę szczegółowo opisywać jego wnętrza, ponieważ musiałabym poświęcić temu osobny tekst. Zainteresowanych odsyłam do materiałów źródłowych. Niech zdjęcia mówią same za siebie. Skupię się tylko na ogólnych wrażeniach.

Wszystko, co się w nim znajduje jest przepiękne zaczynając od posadzki, przez zdobione kolumny podtrzymujące sklepienie z bajecznym freskiem „Koronacja NMP i chwała świętych” po prezbiterium i ołtarz. Tuż przed prezbiterium znajduje się kopuła główna. Gdy spojrzałam w górę trudno mi było uwierzyć, że ma ona wysokość 53 metrów. Jest to wynik przepięknych zdobień i fantastycznego fresku w kopule przedstawiającego „Wizję św. Dominika”, w której Dziewica Różańcowa okrywa swoim płaszczem świętych i wiernych. Na powierzchni ponad 500 m2 przedstawia 360 postaci. Patrząc na nie widać geniusz artysty.

Wielkie wrażenie robi prezbiterium otoczone ośmioma marmurowymi kolumnami podtrzymujące kopułę zdobioną freskami i mozaikami z 1969 r. Mozaikowy fryz przedstawia postacie kobiece ze Starego Testamentu wśród aniołów i świętych.

W ołtarzu znajduje się obraz Matki Bożej Pompejańskiej otoczony piętnastoma medalionami przedstawiającymi tajemnice różańca.

Przed wyjściem ze świątyni zajrzałam do naw bocznych. W każdej z nich znajdują się 3 ołtarze. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że najwięcej najpiękniejszych kościołów jest we Włoszech.

Z bazyliki spacerkiem udaliśmy się przed bramę wejściową do starożytnych Pompei gdzie mieliśmy spotkać się z grupą.

Czułam dreszcz emocji, bowiem byłam tu w 2001 roku. Moje pierwsze wrażenie z tamtego okresu, jak się później okazało różniło się od obecnego. Ale o tym później.

Pompeje o powierzchni 64 hektarów i liczące wtedy ok. 20 tys. mieszkańców z licznymi budynkami użyteczności publicznej, arenami sportowymi, teatrami i świątyniami były uważane za zamożne miasto.

Wchodząc na jego teren każdy ma możliwość osobistego zetknięcia się z historią. Popiół wulkaniczny, który zasypał Pompeje, z jednej strony zniszczył starożytne rzymskie miasto, z drugiej zaś zakonserwował je na tysiące lat, dzięki czemu umożliwia nie tylko obejrzenie jego oryginalnego układu architektonicznego, architektury i budynków miasta z przed 2 000 lat.

Popiół doskonale zakonserwował niektóre sylwetki ludzi i zwierząt, sprzęt, przedmioty codziennego użytku, żywność, ozdoby na ścianach nawiązujące do życia codziennego i wierzeń. Całość pozwala nam poznać ich zwyczaje i mentalność.

Jak pisali rzymscy pisarze, mieszkańcy regionu żyli nie tylko w mieście. Ze względu na wyjątkowo żyzne powulkaniczne ziemie również zbocze Wezuwiusza było zagospodarowane. Zakładane były na nich winnice i ogrody (poza szczytem gdzie powierzchnia była skalista).

To sielskie życie zostało zgaszone 24 sierpnia 79 roku n.e. gdy niespodziewanie przebudził się Wezuwiusz. Ranek tego dnia był spokojny. Nic nie zwiastowało kataklizmu. W środku dnia nagły wybuch wyrzucił do góry potężną ilość materiału wulkanicznego (pumeks, popioły), który po pewnym czasie zaczął opadać i przykrywać gęsto okolicę. Dziesiątki kilometrów od niego były odczuwalne lekkie wstrząsy, a na Zatoce Neapolitańskiej pojawiło się małe tsunami. W tym czasie niektórzy zaczęli szukać ucieczki.

Na drugi dzień w nocy lub wczesnym rankiem nastąpił wypływ lawy i pyłów piroklastycznych (mieszanina trujących gazów, popiołów i okruchów skalnych), o temperaturze ok. 300 stopni Celsjusza i prędkością ponad 300 km/h. Lawa spływająca z wulkanu w pierwszej kolejności powodowała olbrzymie zniszczenia i śmierć tych, którzy nie zdążyli na czas uciec ze zboczy wulkanu. Prędkość i temperatura przemieszczających się pyłów uniemożliwiły jakąkolwiek ucieczkę uśmiercając ma swej drodze wszystko, co żywe. W mieście ginęli ci, co ociągali się z opuszczeniem domów.

Pod wpływem ciężaru kamieni, skał i pyłów załamywały się dachy i waliły budynki. Po trzech dniach nieprzerwanej erupcji miasto i okolice zostały całkowicie przykryte warstwą popiołu, pumeksu i kamieni miejscami dochodzącą do 7 metrów grubości. Pierwszy wybuch zabił stosunkowo niewielką ilość ludzi, jednak gorące uderzenie popiołu i skał w następnych dniach zabiło tysiące mieszkańców Pompejów. Zniszczenia objęły obszar od Herkulanum po Stabie. Część pyłów dotarła też do Afryki, Syrii i Egiptu nie mówiąc już o samym Rzymie, gdzie pył przysłonił się słońce.

Opis wybuch znamy z listu Pliniusza Młodszego do przyjaciela historyka Tacyta:

My patrzący z daleka, bo z Misenum, początkowo nie byliśmy pewni, która to góra dymi chmurą. Dopiero później rozpoznano, że to Wezuwiusz. A chmura ta swoim kształtem najbardziej przypominała drzewo, i to właśnie pinię, wzbijała, bowiem w niebo jakby pień prosty i wysoki, tam rozpościerając gałęzie. Sądzę, że wynosił ją mocny podmuch, stopniowo słabnący, albo też uginała się pod własnym ciężarem. Wydawała się to biała, to znów szara i popstrzona, zależnie od tego, czy popiół niosła, czy też ziemię. Była mniej więcej siódma godzina dnia. Moja matka pierwsza oznajmiła wujowi, że pokazała się chmura tak niezwykła. On zaś już zażył kąpieli słonecznej i potem zimnej, jak zjadł coś leżąc i właśnie studiował. Zażądał sandałów, wszedł na miejsce, z którego najlepiej mógł oglądnąć niezwykłe zjawisko.

Jako człowiek uczony uznał, że godne ono bliższego zbadania, rozkazał, więc przygotować lekki okręt liburnijski. Zaproponował także, abym z nimi jechał, odpowiedziałem jednak, że wolę pracować, a właśnie on sam dał mi coś do pisania.
Gdy już wychodził z domu wręczono mu list pani Rektyny, przerażonej bliskością niebezpieczeństwa, ponieważ willa jej leżała u stóp góry i nie było żadnego sposobu wydostania się stamtąd prócz okrętem; błagała, więc, by ją ratować. Natychmiast zmienił swój plan. Miał płynąć powodowany pasją badawczą, obecnie zaś powziął zamiar wielkoduszny; wyprowadził na morze trójrzędowce i wszedł na pokład, aby nieść pomoc nie tylko Rektynie, lecz także mnóstwu ludzi, tamto, bowiem piękne wybrzeże było gęsto zamieszkane. Śpieszy tam, skąd inni uciekają. Trzyma kurs i steruje wprost ku zgrozie. Miał wtedy lat 56.

Pliniusz Starszy nie dotarł na miejsce nie mógł już dotrzeć do Herkulanum. Najbliższym bezpiecznym jak się wydawało miejscem, do którego dotarł było, Stabia, dzisiaj Castellammare di Stabia. Gdy znaleziono jego ciało nie miało ono obrażeń zewnętrznych, był astmatykiem, więc najprawdopodobniej się udusił, tym bardziej, że gazy wulkaniczne w połączeniu ze śluzem narządów oddechowych zamieniają się w cement. Tak oto zginął wspaniały człowiek autor „Historii naturalnej”, gdy jako dowódca eskadry rzymskich okrętów spieszył na pomoc ludności. Chciał także przyjrzeć się z bliska skutkom aktywności wulkanu.

Pewnie jednak chciałbyś wiedzieć, co ja przeżyłem pozostawiony w Misenum, jakie lęki i jakie wypadki? Otóż po wyjeździe wuja zająłem się nauką, bo przecież po to zostałem. Następnie kąpiel, wieczerza, sen niespokojny i krótki. W dniach poprzednich już się dawało odczuć drżenie ziemi, było jednak o tyle mniej straszne, że w Kampanii częste. Ale tej nocy wzmogło się ogromnie. Można było sądzić, że wszystko nie tylko się porusza, ale wnet runie. Wbiegła do mej sypialni matka, właśnie, gdy ja już wstawałem, żeby ją zbudzić, jeśliby spała. Usiedliśmy na placu między budynkami a morzem. Nie wiem, czy mam to nazwać stałością ducha, czy też nierozwagą (a miałem wtedy lat 18): zażądałem książki Tytusa Liwiusza i czytałem ją, jakby nic się nie działo, ba, nawet robiłem sobie wypisy! – Pliniusz Młodszy, Listy, LXV

Pliniusz Młodszy podsumowuje jak wyglądały zniszczenia, po tym jak skończyły się ciemności: […] odmieniony świat, głęboko pogrzebany pod popiołami niby pod śnieżną lawiną. – Pliniusz Młodszy, Listy, LXVI

Prace odkrywkowe rozpoczęły się w 1748 roku i trwają po dziś dzień. Mimo tak długiego okresu badań, odkopano niewiele ponad połowę miasta. Prawie drugie tyle ciągle spoczywa pod warstwą ziemi i czeka na swój czas. Problemem nie jest odkrywanie nowych obiektów, ale konserwacja odkrytych już zabytków, które niszczeją.

Naszą wędrówkę zaczęliśmy od stadionu. Przeszliśmy do niego bramą stąpając po kamieniach, po których chodzili starożytni mieszkańcy. Gdy byłam tu 17 lat temu stadion ten można było oglądać jedynie z góry. Wyglądał wtedy jakby dopiero co został odkopany odkryty. Teraz odrestaurowany nie robił już na mnie takiego wrażenia, jak wtedy, gdy go pierwszy raz go ujrzałam.

Powstał w 80 r. p.n.e. co świadczy o tym, że był starszy od rzymskiego Koloseum. Jest spory – szacuje się, że mógł pomieścić ok. 20 tys. publiki. Igrzyska cieszyły się dużą popularnością: zjeżdżały na nie tłumy widzów z również okolicznych miast, by oglądać zawody sportowe, walki gladiatorów i walki z dzikimi zwierzętami. Idąc areną miałam możliwość zobaczyć ławki z perspektywy gladiatorów. Kto się potrafi dobrze wyciszyć i na chwilę zamknie oczy wraz z podmuchami wiatru można usłyszeć echo dawnych zmagań.

Po opuszczeniu stadionu udaliśmy się do starożytnych ruin Pompei które pokazują nam klasyczny paradoks. Z jednej strony gdyby nie wybuch Wezuwiusza nie dotrwało by do naszych czasów tyle zabytków związanych z życiem codziennym zwykłych ludzi i architekturą. Z drugiej strony mamy tragedię ludzką.

Miejsce działa na wyobraźnię gdy wchodzi się do tak antycznego miasta, w którym ludziom żyło się dobrze, wygodnie i dostatnio, a które nagle, w przeciągu kilku dni przestało istnieć.

Ruiny w połączeniu z widokiem na Wezuwiusz robią wielkie wrażenie. Przewodnicy prowadzą wycieczki różnymi trasami. Mimo, że ta którą szliśmy była inna od tej z roku 2001, to widziałam po raz drugi najważniejsze miejsca w mieście; forum, łaźnie i siłownię, najlepiej zachowany dom, oraz dzielnicę domów uciechy czyli lupanary z ich erotycznymi freskami. Wszystko jednak było wtedy jakieś naturalne, niezwykłe. Do wielu obiektów można było wejść do środka. Obecnie prawie wszystko jest poodgradzane i poza nielicznymi pomieszczeniami można je oglądać tylko z daleka. Dla mnie zatraciło swój urok jaki miało gdy tu byłam po raz pierwszy.

Zdaję sobie doskonale sprawę, iż na przestrzeni tych prawie dwudziestu lat ruch turystyczny tak się zintensyfikował, że gdyby nie kraty, barierki i liny Pompeje zostałyby zadeptane. Co roku to starożytne miasto odwiedza ponad dwa i pół miliona turystów i liczba ich co roku się zwiększa.

Idąc brukowanymi ulicami które kiedyś było pełne życia, oglądaliśmy mieszkania ze świetnie zachowanymi freskami, miejsca kultu, ogrody, mogliśmy zobaczyć jak one wyglądały dwa tysiące lat temu i poczuć jego ducha.

Ulice są zbudowane w geometrycznym porządku. Po bokach ciągną się chodniki. Aby ułatwić przejście na drugą stronę ulic kładziono wysokie kamienie które były tak ustawione by umożliwić przejazd ówczesnych pojazdów. Na rozdrożach i skrzyżowaniach ulic były ujęcia z wodą .

Przewodniczka pokazała nam znajdujące się w jezdniach kawałeczki białej ceramiki umieszczone między kamieniami które niczym światła odblaskowe pokazywały w nocy drogę.

Robią wrażenie ściany budynków w większości bez dachów. Patrząc do ich środka możemy zobaczyć ich wielkość i rozłożenie poszczególnych pomieszczeń. Typowy pompejański dom założony był na osi prostopadłej do ulicy. Wąskim korytarzem, zwanym westybul, wchodziło się do głównej, reprezentacyjnej sali domostwa (atrium) z basenem, zwanym impluvium, otoczonym filarami wspierającymi dach budynku.

W części znajdującej się bezpośrednio przy ulicy często też lokowano pomieszczenia sklepów i warsztatów, pralni i farbiarni. W bogatszych domach znajdowały się także prywatne termy.

Dziś wchodząc do pomieszczeń możemy rzeczywiście poczuć się jak w tamtych czasach  – zachowane są całe ściany, w nielicznych sufity, zdobienia, nawet malowidła naścienne.

Weszliśmy do jednego dobrze zachowanego domu kupieckiego. Widzieliśmy oryginalne pomieszczenia domostwa z perystylem czyli ogrodem, oryginalne pomalowane tynki na których widniały częściowo zachowane malowidła ścienne sprzed 2000 lat, które jakimś cudem zupełnie nie wyblakły. Jest to jedno z nielicznych miejsc, w których widać ściany z oryginalnymi dekoracjami.

To na ich podstawie można zorientować się jak się ubierali mieszkańcy, jak wyglądali, czym się zajmowali. Na przykładzie tego budynku można odtworzyć rozkład pomieszczeń i wygląd typowego domu wielkopańskiego.

Następnie udaliśmy się do pralni w której prano okrycia poplamione tłuszczem. Na środku dużego pomieszczenia stała kamienna duża wanna z pojemnikiem z boku, do którego wlewano mocz.Mający kwaśny odczynnik służył do usuwania tłustych plam i do farbowania. Praniem i farbowaniem zajmowali się tylko niewolnicy.

W niektórych pomieszczeniach było kilka gipsowych odlewów osób które zginęły podczas erupcji Wezuwiusza. Ich historia jest niezwykła.

Podczas prac wykopaliskowych co rusz trafiano na puste przestrzenie i nie wiedziano co to jest i czemu służyły. Po pewnym czasie ktoś wpadł na pomysł, żeby wypełnić je płynnym gipsem. Wstrzyknięto go przez malutkie otwory. Po zastygnięciu i oczyszczeniu okazało się, że odlewy mają kształt ludzi i zwierząt w najróżniejszych pozycjach. Naukowcy wyjaśnili, że pył wulkaniczny szczelnie je otaczał odwzorowując ich kształty. Powstał rodzaj sarkofagu, w którym na przestrzeni lat ciała uległy rozłożeniu tworząc formę odlewniczą. Uzyskane w ten sposób odlewy w większości znajdują się obecnie w Antiquarium.

Pozostawiono kilka z nich w różnych pomieszczeniach dla turystów, nie wiem jednak czy były one oryginalne czy kopie. Robiły one wrażenie na wszystkich, gdyż patrząc na nie zmuszały do refleksji nad ulotnością ludzkiego życia.

Powoli idąc ulicami Pompei, mijając ołtarzyki z rzeźbionymi penisami które miały zapewniać obfitość dotarliśmy do domu publicznego, zwanego lupanara, od słowa lupa – prostytutkę. Pracowały w nich najczęściej niewolnice orientalne i greckie. Bywało też, że najstarszy zawód świata uprawiały kobiety wolne.

Jak w całym cesarstwie musiały być zarejestrowane i płaciły podatki. Kobiety wabiły klientów, pokazując się nago lub w przeźroczystych szatach. Inną formą reklamy były napisy na murach, sławiące kwalifikacje w sztuce kochania. Zawód cieszył się dużą popularnością.

Po wejściu do środka okazało się, że pomieszczenie było ciasne z kilkoma małymi niewielkimi wnękami. W środku w każdej znajdowało się kamienne niewielkie łóżko na którym przed wiekami leżała słoma.

Nad drzwiami do dziś znajdują się ceramiczna mozaiki pokazująca jaka usługa oferuje poszczególna pani. Każdy fresk informował o rodzaju uciech seksualnych.

Gdy przed laty tu byłam można było wejść do środka i na nich usiąść, obecne wejście zastawione jest żelazną kratą.

Ulubionym miejscem wypoczynku pompejańskich urzędników były łaźnie. W mieście działały trzy publiczne i były bezpłatne. Tylko właściciele bogatszych domów mieli swoje własne.

Weszliśmy do jednej z nich. Ponieważ miała solidny dach nie zawalił się on pod ciężarem pyłu, pumeksu i kamieni. Do dziś przetrwał w stanie nienaruszonym. Ma ciekawie zdobiony sufit który rzuca się w oczy po przekroczeniu progu. Wewnątrz są szatnie z wnękami na ubrania i ławkami, po rozebraniu przechodziło się do wanny z zimną wodą (frigidarium), za salą przejściową (tepidarium) była sala do kąpieli gorących i parowych (calidarium). Całość ogrzewana była gorącym powietrzem krążącym pod posadzką.

Następnie udaliśmy się na forum czyli głównego placu (38 x 157 m) z przyległymi do niego gmachami publicznymi i pomniejszymi placykami. Był centrum życia politycznego, gospodarczego i religijnego. Otoczony jest z trzech stron kolumnami, z czwartej zamyka go Świątynią Jowisza. Z tego miejsca rozpościera się piękna panorama na górę która przyniosła miastu zagładę – Wezuwiusza. Wyglądał majestatycznie i pięknie w blasku zachodzącego słońca, a unosząca się nad nim chmurka sprawiały wrażenie wydobywającego się z niego dymu.

Przez przyjazdem sporo czytałam na temat tego miasta powstałego z popiołów. W kilku przewodnikach widziałam zdjęcia przepięknych rzeźb Polaka, Igora Mitoraja które idealnie pasowały do tego miejsca dodając mu dodatkowego blasku i zwiększały przeżycie estetyczne. Doskonale pasowały do panującego tu klimatu, atmosfery i ducha tamtych czasów. Niestety była to wystawa czasowa i mimo, że uważam, iż to jest ich właściwe miejsce, poza jedną stojącą na postumencie po pozostałych nie ma śladu.

Po prawie 4 godzinach naszej wędrówki zakończyliśmy zwiedzanie. Nie ma drugiego takiego miejsca, które lepiej pokazuje nam jak żyli starożytni Rzymianie. Spacer po starożytnych Pompejach sprawia, że przeniesiemy się w czasie. Żal było go opuszczać, tym bardziej, że nie wszystko zobaczyliśmy. Dotykając czegokolwiek w Pompejach powoduje, że przenika nas historia tego miasta.

Mimo, że do dziś jestem pod wrażeniem tego cudu archeologicznego to uważam, iż źle się stało, że ruiny zostały „wysprzątane” z tego co w nich znaleziono. Wiele by zyskały gdyby w miejsce najcenniejszych eksponatów wywiezionych do Muzeum Archeologicznego w Neapolu, (m.in. freski z pompejańskich domów, napisy na murach i inne przedmioty) wstawiono repliki.

Dotyczy to także odlewów ciał ludzkich psa oraz amfor które zostały przeniesione do boxów i ułożone na regałach. Nie ma znaczenia, że znajdują się na one terenie placu głównego skoro można je podziwiać jedynie za kratami. Ponadto uważam, że jest bardzo słabo oznakowany.

Kompleks jest bardzo duży i na zwiedzanie trzeba poświęcić cały dzień. Nie można tego wszystkiego opisać, bo jest to niemożliwe, trzeba zobaczyć osobiście.

Starożytne Pompeje są fascynujące.

A Wezuwiusz należący do najgroźniejszych, najniebezpieczniejszych wulkanów świata drzemie i czeka. Minęło 2000 lat. Czy już czas?

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk