Bo czyż można być „wobec” kogoś, kto nie jest „obecny”?
Ostatnio w przestrzeni publicznej obserwujemy ciekawe zjawisko: próby zaklinania rzeczywistości przy pomocy słownika. Chodzi o to nieszczęsne określenie „ślubowanie wobec Prezydenta”, które niektórzy próbują interpretować tak, jakby obecność samej głowy państwa była w tym akcie jedynie opcjonalnym dodatkiem. Jako człowiek słowa, nie polityk, czuję sprzeciw, gdy gramatyka jest wyginana w imię doraźnych potrzeb.
Zacznijmy od fundamentów, czyli etymologii. Słowo „wobec” to nic innego jak dawne, zrośnięte wyrażenie „w obec”. A co to za „obec”? To samo, które odnajdziemy w słowie „obecność”. Historycznie i językowo nie da się być „wobec” kogoś, kogo po prostu nie ma. To tak, jakby twierdzić, że można zjeść obiad „wobec kelnera”, wysyłając mu zdjęcie pustego talerza MMS-em.
Warto tu dodać rzecz, która dla języka jest sprawą zasadniczą. Słowo „wobec” nie jest żadnym nowoczesnym tworem, który można dowolnie modelować wedle bieżącej potrzeby. Jego rdzeń znaczeniowy trwa niezmiennie od stuleci. Dawne „w obec” oznaczało dokładnie to, co i dziś czujemy intuicyjnie – bycie przy kimś, w jego obecności, naprzeciw niego. Z czasem znaczenie to uległo pogłębieniu i objęło także relacje prawne, symboliczne, państwowe. Ale fundament pozostał ten sam: nie ma „wobec” bez obecności, choćby rozumianej nie tylko fizycznie, lecz także jako obecność urzędu, autorytetu czy instytucji.[1]
Ale „wobec” to coś więcej niż tylko fizyczne stanie obok siebie. To termin o ogromnym ciężarze gatunkowym. Kiedy sędzia czy minister ślubuje „wobec Prezydenta”, nie robi tego przed przysłowiowym panem Kowalskim. Robi to w specyficznej przestrzeni, gdzie osoba ustępuje miejsca Instytucji. Prezydent uosabia tu majestat Rzeczypospolitej i ciągłość państwa.
Dlatego właśnie nie wystarcza powiedzieć „w obecności Prezydenta” – bo mogłoby to oznaczać, że Głowa Państwa akurat przechodziła korytarzem. Mówimy „wobec”, bo ten przyimek stwarza relację podległości, powagi i świadectwa. To akt dwustronny: ja przysięgam, a Ty – jako reprezentant Państwa – tę przysięgę przyjmujesz. Bez Twojej obecności ten akt staje się monologiem do lustra.
Demolowanie języka zaczyna się od małych kroczków – od wmawiania nam, że słowa nie znaczą tego, co znaczą od wieków. A od tego już tylko krok do manipulowania samą rzeczywistością, bo kto przejmie kontrolę nad słowami, ten przejmuje kontrolę nad tym, jak opisujemy świat. Ale gramatyka jest bezlitosna. Jak mawiał klasyk: właścicielem swojego nazwiska (i słów) jesteśmy tylko w mianowniku. W pozostałych przypadkach – dodajmy: i w poważnym państwie – włada nimi logika i tradycja.
Warto o tym pamiętać, zanim zrobimy kolejny językowy fikołek.
Zbigniew Grzyb
Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
[1] Słowo „wobec” pochodzi ze staropolskiego wyrażenia „w obec”, czyli „w obecności”. Rdzeń „obec-” wywodzi się z prasłowiańskiego obьcь, oznaczającego „wspólny”, „znajdujący się przy kimś”, „obecny”. Ten sam rdzeń odnajdujemy w słowach „obecność”, „obecny”, a także „obcować”, które pierwotnie znaczyło „przebywać z kimś”. Prasłowiańskie formy mają swoje jeszcze głębsze korzenie w języku praindoeuropejskim, gdzie rdzeń h₂ebʰ– wiązany jest z ideą bycia blisko, w kontakcie i w relacji.
Zostaw komentarz