Będę przedstawiał niedawną historię, ponieważ część ludzi próbuje ją zakłamać umiejscawiając się w niej, jako ludzie bardzo aktywnie działający. Prawda jest potrzebna, bez względu jaka ona jest. Ponadto informuję, że materiały wspominające MKK „wola”, są opisywane prze zemnie bo byłem uczestnikiem tych działań a także z powodu informacji reportera „Gazety Wyborczej” Jacka Hugo – Badera, który w rozmowie ze mną poinformował mnie o chęci napisania książki o naszej podziemnej Solidarnościowej strukturze MKK „wola”. Mam duże wątpliwości, co do rzetelności książki Hugo – Badera, ponieważ już na łamach „Gazety Wyborczej” dopuścił się mijania z prawdą, co zakłamało ówczesny faktyczny stan prawny o naszej strukturze i dlatego odmówiłem Hugo – Baderowi udzielenia wywiadu celem jego publikacji w jego książce. Rzetelność zobowiązuje, bo prawda ma być prawdą a nie prawdą teoretyczną.

Rozpoczynając współpracę z Alfredem Rosłoń i MKK WOLA nigdy nie sądziłem, że będę się zastanawiał po 33 latach; w czym brałem udział, działając na rzecz MKK WOLA i do jakiej wolnej Polski doprowadzę. Ponadto na moje refleksje, miał wpływ fakt ujawnienia przez MICHAŁA BONI informacji; MICHAŁ BONI tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa PRL o pseudonimie „ZNAK”(!).

 Moje pierwsze kontakty z juntą wojskową Jaruzelskiego zwaną Wojskową Radą Ocalenia Narodowego, czyli w skrócie: „WRON” – a. Te spotkania, to udział w manifestacjach 1 maja i 3 maja a także sierpniowych w 1981 roku na Starym Mieście, na ulicy Kasprowicza w Warszawie na drodze dojazdowej do dawnej Huty „WARSZAWA”. Także na cmentarzu na warszawskich Powązkach w tzw. „Dołku Katyńskim” i innych częściach Warszawy. Za te zadymy byłem kilka razy zatrzymywany i po dość długich poszukiwaniach dotarł do mnie Alfred Rosłoń z Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego: „wola” w Warszawie.

Kiedy ok. października 1982 roku zgłosił się do mnie Alfred Rosłoń i zaproponował współpracę, z podziemną „SOLIDARNOŚĆ”; chętnie się zgodziłem, i tak rozpoczęła się moja przygoda z „podziemiem” Solidarnością MKK „wola”.

Razem z Alfredem Rosłoń i Bogdanem Głuszkowski drukowaliśmy w moim mieszkaniu na „ramce” gazetę „GŁOS WOLNEGO TAKSÓWKARZA”; od października 1982 roku. Była to gazeta TKZ Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego w Warszawie.

Na wiosnę 1983 roku Rosłoń przyniósł do mnie powielacz elektryczny. Był to powielacz elektryczny, na którym z Rosłoniem robiliśmy” Tygodnik Mazowsze”. Jeden raz dostaliśmy od MKK farbę powielaczową, kilka razy farbę powielaczową kupował Rosłoń. Później było trudno dostać farbę powielaczową, i robieniem farby do powielacza i sitodruku zająłem się sam.

Przywieziony powielacz miał istotną i znaczącą wadę, sito powielacza było charakterystycznie zagniecione. Wada ta, wskazywała na wydrukowanych arkuszach, który na powielaczu wydawano tytuł prasowy. Byłem zdziwiony, że MKK nic nie zrobił w celu wymiany uszkodzonego sita. Własnymi „kanałami” poprosiłem „Tygodnik Mazowsze”, w miarę ich możliwości o przesłanie nowego sita. TM przekazał drogą kolportażu nowe sito do naszego powielacza REX ROTARY. Dziś nasuwa się pytanie; dlaczego aktywna w działaniu (tak o sobie pisze) MKK, nie załatwiła nowego sita?

 Działy się też dziwne rzeczy, w kwestii przekazywania informacji z punktów kolporterskich. Stałą zasadą mojej współpracy z Rosłoniem było, że Rosłoń miał kartkę z adresami punktów i hasłami. Kiedy przyjeżdżaliśmy na punkt, wtedy dopiero Rosłoń podawał treść hasła. Było to dla mnie wygodne, ponieważ nie musiałem zapamiętywać hasła dłużej niż na ok. 10 minut.

Przedstawiając poniżej wspomnienia, pozostanę przy nazewnictwie warszawskich ulic z lat osiemdziesiątych:
a. W połowie kwietnia 2004 roku z powodu stanu zdrowia zmuszony byłem położyć się w szpitalu kolejowym w Warszawa Międzylesie. Pobyt w szpitalu załatwił dla mnie Alfred Rosłoń, załatwiając ten pobyt z szefową MKK „CELINĄ”, czyli z Ewą Choromańską. Mój pobyt w szpitalu trwał ok. 2 tygodnie, i tam też byłem aktywny politycznie; rozklejałem ulotki na terenie szpitala, które otrzymałem od Choromańskiej. Tam poznałem także Ś.P. Grażynę Hebdzińską i jeszcze dwie dziewczyny. Tak się dałem we znaki dyrekcji szpitala, że jeden z cieciów szpitalnych chciał przeprowadzić rewizję w mojej szafce znajdującej się na sali chorych. Szczęśliwie nie udało się cieciowi tego dokonać, w mojej szafce było dość dużo ulotek, żeby esbecja miała, czym się chwalić. Kiedy sobie przebywałem w szpitalu, w tym czasie z nieznanych bliżej przyczyn, esbecja wieczorem przeprowadziła rewizję na strychach, które znajdowały się także nad moim mieszkaniem. Po moim przyjściu ze szpitala, sąsiadka poinformowała mnie o wszystkich znanych jej okolicznościach wizyty SB. Wieczorem ktoś się do mnie dobijał do mieszkania, kiedy wyszła i zapytała, o co chodzi; panowie przedstawili się, że są z SB i muszą dostać się na strychy, w celu przeprowadzenia rewizji. Przyjechali, dlatego że dostali informację o pracującej na strych maszynie drukarskiej. Dziwne to było, ponieważ na obcym strychu, do którego miał wejść każdy lokator; nigdy w życiu nie trzymałbym powielacza a tym bardziej nie drukowalibyśmy z Rosłoniem! Jeżeli esbecja chciała przejrzeć strychy, powinna zabrać dozorcę z kluczami; nie dobijać się do mnie, chyba, że byłem dozorcą i nic o tym nie wiedziałem. W tym czasie nie wyszedł Tygodnik, i to był tylko ten raz, kiedy MKK Wola nie wrzuciła do swojego kolportażu tygodnika robionego na powielaczu. Całe to zdarzenie, jest dziwne.
b. Przychodząc w środę na punkt kolporterski na Ursynowie (Kazury), z niezabraną bibułą z wtorku; nie otrzymałem z MKK, żadnych ostrzeżeń, co do sytuacji tego punktu. Po wejściu na punkt, od właścicielki dowiedziałem się rewizji SB. Poinformowała mnie: wczoraj o 6 rano SB weszło do lokalu, przeprowadziła rewizję i zabrało męża właścicielki mieszkania. Po otrzymaniu tej informacji, zabrałem przyniesione gazety i pojechałem z Rosłoniem do mojego domu. Po późniejszej rozmowie z wypuszczonym zatrzymanym, poinformował mnie, że SB przyjechała na akcję w poniedziałek wieczorem. Mieliśmy szczęście, że SB nie trzymała kotła dłużej.
c. W środę przyjechałem z Rosłoniem na punkt kolportażu w Śródmieściu (Marchlewskiego), poszedłem do lokalu i od właściciela dowiedziałem się: wczoraj był kocioł, dlaczego przyszedłem? Dowiedziałem się, że SB zabrała właścicielkę lokalu. Zabrałem gazety, i pojechałem z Rosłoniem do mojego domu. Znów mieliśmy trochę szczęścia.
d. Pojechaliśmy na punkt kolportażu na Mokotowie (Pułku Baszty). Po raz pierwszy zabierałem w środę paczki z gazetami od podenerwowanego właściciela punktu; paczki schował w piwnicy. Paczki zabrałem, i pojechaliśmy z Rosłoniem do mojego domu. Teraz rozmawiałem z Hanną i Jackiem Baran, i zgadaliśmy się, że: Hanka i Jacek byli także na punkcie Pułku Baszty, i prawdopodobnie z tego punktu przyciągnęli esbecki ogon. Po raz kolejny musnęliśmy SB.
e. Kilkakrotnie podjeżdżałem z Rosłoniem na punkt kolportażu na Woli (Al. Rewolucji Październikowej), właścicielka punktu to: pani w średnim wieku, a obowiązujące hasło brzmiało; „czy zastałem pana Misia?”. Pan Miś, to imię psa właścicielki mieszkania. Któregoś razu, przyjechaliśmy na punkt, i poszedłem z gazetami do lokalu. Kiedy zadzwoniłem do drzwi, drzwi otworzył nieznany dla mnie mężczyzna. Nigdy nie spotkałem w tym lokalu mężczyzny. Po wejściu do ciemnego mieszkania, mężczyzna pokazał gdzie mam iść. Idąc minąłem ciemny pokój, gdzie na tle okna stał inny mężczyzna. W następnym oświetlonym pokoju był trzeci mężczyzna, który pokazał gdzie mam zostawić gazety. Po wyjściu z lokalu, o tym zdarzeniu powiedziałem Rosłoniowi. Ustaliliśmy, że nie jedziemy do mojego domu. Najpierw trochę będziemy kluczyć, i po ok. 2 godzinach dojechaliśmy niedaleko mojego domu. Do domu poszedłem pieszo, bocznymi uliczkami i podwórkami. Czy znowu uniknęliśmy bliskiego spotkania z SB?
f. Któregoś dnia Rosłoń przyjechał do mnie z informacją, że na poniedziałkowym spotkaniu MKK dostał nowy adres do wrzucania gazet. Był to punkt na dalekim Ursynowie (adres zapomniałem), kiedy pojechaliśmy zrobić wrzut; sytuacja pod domem nas zaskoczyła. Na wysokości budynku, stała zaparkowana czarna „Wołga” na państwowych numerach rejestracyjnych; WAA…B. W środku samochodu siedziało trzech mężczyzn, nie zatrzymując się przejechaliśmy dalej. Rosłoń poprosił Ewę Choromańską o sprawdzenie bezpieczeństwa punktu; otrzymał gwarancję bezpieczeństwa tego punktu. Po tej informacji podjechaliśmy ponownie, sytuacja z samochodem i mężczyznami się powtórzyła. Powiedziałem Rosłoniowi, że nie będę na sobie sprawdzał czy w samochodzie siedzą esbecy czy spotkanie jest rozrywkowe. Więcej tam nie jeździliśmy, a Choromańska dalej twierdziła; tam jest bezpiecznie.
g.  Kiedy w piątek wieczorem przyjechałem do Andrzeja Kamać, żeby rozpocząć w sobotę rano drukowanie; Andrzeja Kamać jeszcze nie było w domu. W sobotę rano, rozpocząłem sam drukowanie. Z powodu 20 stopnia bezsilności energetycznej PRL i w związku z ryzykiem czasowego wyłączenia prądu, wziąłem się do pracy. Drukowanie skończyłem pod wieczór. Nieobecność Kamać była niepokojąca, dla jego żony i dla mnie. Kamać przyjechał do domu w nocy. Po rozmowie z Andrzejem Kamać dowiedziałem się, że siedział na komisariacie milicji. Postanowił „zorganizować” sobie przewód prądowy, niezbędny do jego gospodarstwa; nie można było takiego towaru KUPIĆ w sklepie. Moje zdziwienie budzi fakt działania milicji, na zdrowy rozsądek milicja powinna przyjechać do mieszkania i przeszukać w celu znalezienia innych „kradzionych” rzeczy. Może milicja wiedziała od SB, co znajduję się na terenie zabudowań Andrzeja Kamać. Może ktoś oczekiwał, że będę chciał się z kimś kontaktować i na miejsce przyjedzie inny drukarz?

Te sytuacje, które oceniam z dzisiejszej perspektywy czasu nasuwają pytania: MKK przyjmowało zlecenia drukarskie od innych podmiotów podziemnych i takie uszkodzenie powielacza jednoznacznie wskazywało, z kim współpracował MKK i jego drukarnia, czy ciągnęliśmy za sobą ogony?, Czy powielacz miał przypadkowo uszkodzone sito?, dlaczego MKK znając wadę powielacza nie zrobił nic w celu usunięcia „znaku firmowego” MKK?, Dlaczego łączność pomiędzy dolnymi punktami była niewydolna?, Dlaczego MKK nie dostarczał nam farb?, Dlaczego uzupełnianie uszkodzonych części spadało na drukarzy? Wobec komentarzy Choromańskiej i Boniego; MKK był aktywny, dysponujący przerzutami z „zachodu” sprzętu poligraficznego. W tym miejscu składam wyrazy podziękowania Tygodnikowi Mazowsze, który realizował każde moje zamówienie. Oddaję wyrazy szacunku ludziom TYGODNIKA MAZOWSZE.

Były też sytuacje bardzo sympatyczne i zaskakujące
1. Wielokrotnie przyjeżdżaliśmy na punkt Bródno, wtedy przynosiłem w opakowaniu po akordeonie cały nakład „Wola” do lokalu na 10 piętrze. Dwa razy musiałem wnosić „akordeon” pieszo na 10 piętro; nie będę cytował, co wtedy myślałem o tej windzie i stanie wojennym. Na parterze przy drzwiach windy, małolaty miały swój „klub towarzyski”. Kiedyś zapytałem się sympatycznego właściciela lokalu; czy małolaty nic nie widzą dziwnego w moich przyjazdach, co tydzień? Właściciel odpowiedział, że to są kumple jego dzieci i wszystko jest porządku. Tym bardziej poczułem się bezpieczniej.
2. Następnym punktem kolportażu było mieszkanie w wieżowcu, mieszącym się koło ośrodka kultury radzieckiej i kinie „Oka”. Przyjeżdżaliśmy w niedzielę ok. 20, i dzięki sympatycznej gospodyni lokalu dostawaliśmy herbatę. Oglądaliśmy kolejny odcinek filmu; szpieg szoguna. W mieszkaniu znajdowały się przewody rozciągnięte na ścianach, to nie miało nic wspólnego z działaniami militarnymi lub esbeckimi; po prostu gospodyni była telepajęczarzem, nie płaciła abonamentu wychodząc z założenia: telewizja reżimowa kłamie i nie będzie jej wspierać abonamentem. Uważaliśmy, że miała rację.
3. Kiedy pojechaliśmy odebrać nakład woli z drukarni, nazwy miejscowości nie pamiętam; też mieliśmy zaskakującą sytuację, kiedy podjechaliśmy pod dom na ulicy stał „Polonez” z zaparowanymi szybami a w środku siedział mężczyzna i palił papierosa. Odjechaliśmy w inne miejsce, i po ok. 30 minutach ponownie podjechaliśmy; sytuacja bez zmian. Odczekaliśmy ok.godziny ponownie pojechaliśmy pod dom; tym razem Poloneza nie było. Wszedłem na teren posesji i poszukałem klucza od komórki, i kiedy zabierałem gazetę wyszedł właściciel domu. Trochę mnie przestraszył, ponieważ odbiór gazety był bez kontaktu z właścicielami nieruchomości. W czasie rozmowy poinformował mnie, że przyjechali do nich sąsiedzi i sąsiad został w samochodzie a jego żona poszła do nich. Jak widać, strach miewa duże oczy.
4. Dostaliśmy adres nowego punktu, na który mieliśmy zawieść gazety (Bracka). Czekaliśmy z Rosłoniem pod budynkiem ponad 1,5 godziny, bezskutecznie; gazety zawieźliśmy do mojego domu. Tak się ustanawianie punktu i łączność z kolporterami gazet.
5. Rosłoń przyjechał do mnie, z informacją, że do zakładu pracy nie dochodzi kolportaż gazet. Pojechaliśmy na Ochotę (Szczęśliwicka), i „wjechaliśmy” do lokalu. Właściciel lokalu był zaskoczony, i w czasie ostrej mojej rozmowy z nim, dowiedziałem się o braku zainteresowania jego punktem, od strony odbierających gazety. W jego szafie leżał miesięczny nakład różnych gazet, które nie poszły do kolportażu. Całość gazet zabraliśmy z punktu, i zawieźliśmy do mojego mieszkania.

Były w czasie działania, także śmieszne sytuacje: pojechałem na punkt i zapomniałem wyrazu z hasła, właścicielka lokalu próbowała mnie naprowadzić na dobre hasło. Kiedy podawała prawidłowe brzmienie hasła, pomyślałem, że to może być prowokacja i poszedłem sprawdzić czy mnie niema w samochodzie. Innym razem dostałem hasło, którego treść była akceptowana w swojej treści na straganie; na pewno nie na 10 piętrze budynku (Chłodna). Pod koniec lat osiemdziesiątych krążyła anegdota o nowym szefie kolportażu. Podał dla punktu kolportażu (Tołstoja) swoje hasło, i kiedy przyjechał po gazety nie mógł sobie przypomnieć i poszedł z punktu z „kwitkiem”.

Jak można przeczytać, działalność w „podziemiu” miała różne barwy. Było i śmieszno i straszno dla tych, którzy nie usiedli z pomocą esbeków!