– To uczucie można tylko porównać do stania na pudle, słuchając Hymnu. Duma i radość… Wiatr wygwizdywał Mazurka Dąbrowskiego, a góry biły nam brawa – dla potralu Pressmania.pl mówi zdobywca Aconcagua 6962 m.n.p.m Krzysztof Wieczorek. Dzięki kontaktom z fundacją Wolność i Demokracja udało mi się dostać koszulki IV Biegu Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Bardzo nam zależało, wręcz było dla nas zaszczytem, uczczenie pamięci Żołnierzy Wyklętych w niebanalny sposób – wyjaśnia Małgorzacie Kupiszewskiej.

Małgorzata Kupiszewska: Która to już wyprawa? Długo się przygotowujesz, zanim wyruszysz przed siebie?

Krzysztof Wieczorek: Jeśli chodzi o Koronę Ziemi, jest to moja piąta wyprawa. Czasami przygotowania trwają nawet cały rok. Tej ostatniej poświęciłem cztery miesiące dość intensywnych przygotowań: bieganie górskie, ale żeby było śmiesznie i miejskie tj. po schodach w bloku. Oczywiście również intensywny treking i siłownia.

Wyjechaliście do Argentyny, zdecydowaliście się na zdobywanie tamtego szczytu…

– Celem była Aconcagua 6962 m.n.p.m. Jest kolejnym szczytem Korony Ziemi, jaki zamierzałem zdobyć… Dzięki kontaktom z fundacją Wolność i Demokracja udało mi się dostać koszulki IV Biegu Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Bardzo nam zależało, wręcz było dla nas zaszczytem, uczczenie pamięci Żołnierzy Wyklętych w niebanalny sposób. W sercu niosłem Inkę. Jej chciałem pokazać niezwykłe widoki. Miała siedemnaście lat i pełną świadomość własnych decyzji. To dziecko zniosło niebywałe tortury. Stanęła przed plutonem egzekucyjnym. Potem, jak inni Żołnierze Wyklęci, szkalowana, zakopana w bezimiennym grobie. Dziś stoi w glorii chwały, na szczycie. Tak i my, w zimnie, bólu, niewygodach wspinaczki, chcieliśmy pokonać słabości. Dotarcie na samą górę, prawie olbrzyma, przyświecało naszym zmaganiom.

Długa podróż i trudy wspinaczki scalają męskiego ducha czy bywają drażliwe chwile?

– Trudy wspinaczki są magią, która jednoczy i tworzy przyjaźnie na wieki. Bardzo często, mając trudniejsze dni, wspieramy się nawzajem, pomagamy sobie, dotrzymujemy kroku. Najpiękniejsza rzecz to ta nierozerwalna więź i współodpowiedzialność za siebie. W czasie wypraw niemal nie występowały chwile drażniące, a jak już się pojawiły, to tylko jako błahostki, bez większego znaczenia. Zawsze celem wyprawy dla mnie jest szczyt i przyjaźń. Trudy scalają także kobiecego ducha. Kobiety tak naprawdę nie ustępują facetom, a nawet, co ciekawe, są od nas mocniejsze. Dowodem na to jedyna kobieta w naszym ośmioosobowym teamie, Małgosia.

Były momenty, że chcieliście się wycofać?

– Wycofać!?? Przenigdy! Nie raz było ciężko, ale absolutnie nie mieliśmy wątpliwości, trzeba było iść na sam szczyt. Nie wszyscy do niego dotarliśmy, ale wszyscy zdobyliśmy wzajemną przyjaźń. We mnie jeszcze jest tęsknota za nimi.

Już w Istambule mieliście pierwsze niepokojące problemy w waszej wyprawie…

– Tak. Nie mogliśmy wylądować na tamtejszym lotnisku z powodu bardzo złych warunków atmosferycznych. Następnego dnia musieliśmy, z powodu awarii, wracać znad Grecji i wypuszczać paliwo. Wtedy jeszcze raz poprosiłem o modlitwę wszystkich, którzy dobrze nam życzyli. Od razu poszło jak po maśle, dotarliśmy do Buenos a następnie do Mendozy.

Argentyna, jaki to kraj? Przepyszne jest tamtejsze wino, ale chyba nie dlatego mówią o nim: raj na ziemi?

– Niewątpliwie jest to kraj egzotyczny i ciekawy. Tym bardziej, że w tym czasie jest lato. Może właśnie dlatego jako raj można go teraz tak odbierać. Ludzie są tu bardzo przyjaźni i sympatyczni. Jednak ja nigdy nie zamieniłbym go na Polskę.

Paradowaliście po mieście w koszulkach z podobiznami Żołnierzy Wyklętych…

– Dla nas ten wyjazd wiązał się z uczczeniem Ich pamięci. Byliśmy dumni z naszych bohaterów i bardzo rozpoznawalni. Kazik Staszewski nas rozpoznał w Buenos (śmiech). Nastał dzień, w którym, w pełnym rynsztunku, niczym niezłomni, stanęliśmy u bram Parku Aconcagua, bez możliwości cofnięcia się.(śmiech) Byliśmy bardzo niecierpliwi i zdesperowani, by walczyć z górą. Przez niedogadanie się z agencją, która miała transportować na mułach większość naszych bagaży noc w obozie I (Confluencia 3800m.n.p.m) spędziliśmy w użyczonym namiocie z pryczami, bez śpiworów. Ziemia trzęsła się nie ze złości lecz z zimna (śmiech). Nic jednak nie było w stanie nas pokonać, czuliśmy się niezłomni. Na wysokości 4300 m.n.p.m (Plaza de Mulas) zacząłem chorować.

Choroba wysokościowa?

– Nie, przeziębienie dolnych i górnych dróg oddechowych…Ale mogłem stamtąd zadzwonić do Polski (śmiech). 3 dni minęły na spacerach aklimatyzacyjnych, warcabach, scrable i wynoszeniu prowiantu na 5300m.n.p.m (Nido De Condores). Moje kłopoty oddechowe na 5 300 były dla mnie przerażające. Kaszlałem całą noc. Taki wtedy byłem zły na siebie. I bezradny wobec choroby. Na wysokości 6100 m npm (Berlin) otrzymaliśmy informację o warunkach na szczycie i nie były one zadawalające. Pogoda miała się dopiero poprawić za 4 dni. Zawsze w takich sytuacjach morale spada. Lecz my byliśmy niezłomni, nie chcieliśmy czekać.. Niestety nie wszyscy, dzielny Patryk musiał zejść do obozu na 4300. Bardzo bolała go głowa i nie wytrzymywał kondycyjnie.

Jak wyglądało atakowanie szczytu?

– Jak nigdy wszyscy spaliśmy tej nocy wyśmienicie. 7. niezłomnych rozpoczęło swój życiowy atak na najwyższą górę świata, po Himalajach. Przed nami 6. godzinna harówka pod górę. Krok po kroku byliśmy coraz bliżej celu, zimno i wiatr był silny, lecz nie na tyle, żeby nas pokonać. Jeden z naszych przyjaciół na wys. 6380 (Independencia) z powodu przemarznięcia nóg musiał wrócić do obozu. Dalszą wspinaczkę pokonywaliśmy w szóstkę. Prowadził Krzysiek, niezwykle silny człowiek. Ja wpatrywałem się w niebieski kombinezon, w którym ukrywała się drobna, szczuplutka Małgosia. Bez przygotowania kondycyjnego była zawsze o parę kroków przed nami..Byłem bardzo zmęczony, robiłem coraz częstsze odpoczynki. Przed nami była tylko, a jednocześnie aż, droga przez Gran Acaweo 6650 m.n.p.m i Canaletta. Nawet postawienie trzech kroków nie przychodziło łatwo. Długo odpoczywałem, ciężko oddychałem. Szedłem z ledwością. Jeszcze krok, dwa, kilka metrów. I nagle! Matko Boża, dziękuję. Łzy płynęły mi za goglami. Nie do uwierzenia, jestem tu, widzę krzyż na szczycie, ten sam, który oglądałem na zdjęciach. Teraz go dotykam, przed nim klęczę. Modlę się za Wyklętych Żołnierzy. Jestem z moimi przyjaciółmi: Małgosią, Styropianem, Korbą, Mirkiem, Jackiem. Zabrakło z nami Patryka i Zbyszka. Razem dokonaliśmy wielkiej rzeczy. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że wiało 100/h.

Jakie to uczucie stanąć na szczycie zdobytej góry z flagą Polski?

– To uczucie można tylko porównać do stania na pudle, słuchając Hymnu. Duma i radość… Wiatr wygwizdywał Hymn, a góry biły nam brawa…Tak właśnie czuje się Polak z flagą Polski na szczycie. Zrozumiałem też, że najpiękniejsze jest to, co nas prowadzi ku szczytowi. To, co nas prowadzi do celu, jest najistotniejsze. Tego dnia jako jedyni zdobyliśmy szczyt a Rangersi słysząc o tym, pukali się w głowę…Ale skąd mogli wiedzieć żeśmy niezłomni?

Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Wieczorek do tej pory wszedł na Elbrus, Mount Blanc, Kilimadżaro i ponad tydzień temu zdobył Aconcaguę. Do tego prawie dotarł na szczyt McKinley’a. Koronę Ziemi dopełniają jeszcze: Góra Kościuszki (Australia), Puncak Jaya (Oceania), Masyw Vinsona (Antarktyda) i oczywiście szczyt szczytów – Mount Everest (Himalaje), w języku miejscowych góra nawana Quomolangma. O Himalajach marzy, to na tę Górę chciałaby wejść, jak Bóg pozwoli.

foto: ze zbiorów własnych Wieczorek Krzysztof.