Kryzys imigrancki trwa, a jego fala spycha na boczne tory debaty publicznej rozpaczliwe głosy o pomoc, Polaków ze Wschodniej Ukrainy.

Z bólem serca przyjmuje wypowiedzi Pani Premier o tym, że ”Dzisiaj o takich sygnałach nic nie wie”, a jednocześnie szczyci się wiedzą o potrzebach imigrantów z Bliskiego Wschodu, których mamy tak licznie przyjmować.  Jak donoszą organizacje pozarządowe w Mariupolu i jego okolicach przebywają jeszcze Polacy. Żyją w strefie konfliktu, podobnie jak część przybyszy z południa, jednak to tymi drugimi w chwili obecnej Europa i polski rząd poświęcają swoją uwagę. Nie dziwią mnie przez to rozżalone  głosy naszych rodaków, którzy ubolewają, że dla nich –  katolików, potomków represjonowanych Polaków przymusem wywiezionych przez NKWD z Podola i terenów byłej II RP na Donbas, nie ma miejsca na terenie historycznej Ojczyzny.  W dramatycznych apelach jakie kierują do nas potomkowie polskich żołnierzy, nauczycieli i urzędników kryje się strach, ale jednocześnie niezrozumienie dla działań polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jak podkreślają, zamiast rzeczywistej chęci niesienia im pomocy, nasz rząd realizuje tylko i wyłącznie działania auto promocyjne i PRowe, które nijak mają się do profesjonalnego podejścia do problemu.

A przecież wystarczy tak niewiele… Nasi rodacy w przeciwieństwie do przybyszy z Bliskiego Wschodu chcą wrócić do Polski i pracować w niej. Nie mają wygórowanych wymagań. Chcą po prostu bezpiecznego dachu nad głową. Osobiście jestem zdziwiona ignorowaniem ich potrzeb przez obecną ekipę rządzącą. Chcemy zatrudniać imigrantów, którzy nie chcą pracować. Ludzi, którzy uciekają przed zaoferowaną pracą jak słynna rodzina uchodźców ze Śremu, podczas gdy ignorujemy chętnych do pracy repatriantów. Od kilku lat prowadzę przedsiębiorstwo ekonomii społecznej – zakład pracy, który należy do ludzi. Tego typu podmioty są tworzone w branżach wrażliwych i cennych społecznie, przez co bardzo często odpowiadają na miejscowe potrzeby, a co za tym idzie cieszą się one szacunkiem i powodzeniem wśród lokalnej społeczności Z czystym sercem mogę powiedzieć, że nasi rodacy ze wschodniej Ukrainy byliby idealnymi kandydatami na założycieli takiego podmiotu. Dałby on im nie tylko pracę, ale także przestrzeń do integracji w ojczyźnie, do której tak bardzo chcą wrócić. Dlaczego jestem tego taka pewna? Ponieważ są oni zmotywowani do pracy, którą będą szanować, bo dała im szansę na lepsze jutro i powrót do ojczyzny przodków. Każdy pracodawca potwierdzi, że nie ma cenniejszego skarbu niż zmotywowany do pracy pracownik.

Czasem naprawdę nie trzeba olbrzymich programów i potężnych nakładów pieniężnych. Wystarczy odrobina dobrej woli i politycznej oraz narodowej solidarności. Solidarności, o której się ostatnio tak wiele mówi.