Wiele lat temu wlazłem na szczyt tego wulkanu i nocowałem tam wraz z niewielką grupą ciekawskich.
Dlaczego?
Stromboli jest dziwnym wulkanem. Samotny stożek wystający z Morza Tyrreńskiego jako najdalej na północ wysunięta wyspa archipelagu Wysp Liparyjskich jest praktycznie przez cały dzień przykryty chmurą. Wszędzie wokół może być czyste niebo, ale nad kraterem nieomal zawsze wisi pojedyncza wielka chmura, całkowicie uniemożliwiając obserwację.
Chmura rozwiewa się dopiero w nocy, zatem śmiałkowie, którzy chcą na własne oczy zobaczyć krater muszą wspiąć się za dnia na szczyt i zaczekać aż chmura się rozwieje. Schodzić już nie ma co, gdyż byłoby to zbyt niebezpieczne.
Stożek ma ok. 900 m. wysokości i wspinaczka jest dość forsowna. Jedyna droga prowadzi z San Vincenzo, dokąd przypływają promy i prowadzi obok stacji wulkanologicznej prowadzonej przez naukowców z Uniwersytetu Florenckiego. Na tablicy informacyjnej wywieszona jest przestroga w postaci dość wypłowiałego zdjęcia przedstawiającego coś w rodzaju dużej brunatnej kupy, spod której wystają czyjeś nogi. Nogi należały do pechowca, który podobnie jak ja nocował przy kraterze i został przykryty kluską gorącej lawy wyplutej przez wulkan.
Jednak normalnie Stromboli nie pluje lawą. Na ogół jest bardzo spokojnym wulkanem, którego jedyną aktywnością, poza tym, że od pewnej wysokości wszędzie wokół syczą i dymią fumarole – jest to, że w miarę regularnie, raz na godzinę, wyrzuca z siebie niegroźny snop iskier, co stało się powodem nadania mu przez żeglarzy nazwy „Latarnia Morza Śródziemnego”.
To właśnie taka charakterystyka Stromboli powoduje, że pomimo pewnego ryzyka, prawie codziennie w pobliże krateru udają się śmiałkowie zwabieni niezwykłym widokiem krateru aktywnego wulkanu. Jedynym wyposażeniem, które jest naprawdę obowiązkowe podczas wyprawy jest kask (można wypożyczyć w hotelu w porcie), karimata, ciepła kurtka, śpiwór, kanapka, woda do picia i coś na wzmocnienie.
Na szczyt dotarłem już po zachodzie słońca i chmura zaczęła się rozwiewać. Okolice krateru od strony drogi stają się płaskie – jest tam nawet lądowisko dla helikopterów. Nieco dalej jest „punkt widokowy”. Okazało się, że sam krater jest sporą, owalną lejkowatą dziurą o dłuższej średnicy ok. 300 m. której wnętrze zwęża się do ok. 70 m. i jest mocno zasnute dymem. Wchodząc na szczyt słyszałem dwa razy łomot erupcji, ale kiedy w końcu dotarłem na miejsce – wulkan zamilkł na dłużej. Milczał na tyle długo, że emocje zdążyły już opaść. Efekt był taki, że kiedy wreszcie wybuchł, to – przyznaję – poczułem, jakby świat wokół się walił i prawie sfajdałem się ze strachu. Wygląda to tak, że stoi się tak w miarę blisko od tej wewnętrznej dziury, nagle ziemia zaczyna drżeć pod nogami, słychać narastający ryk z wnętrza ziemi a z krateru wybucha w niebo masywny snop ognistych iskier. Czuć ciepło i zawiewa duszący zapach siarki. Zjawisko trwa ok. 10 sekund, po czym z nieba spada drobniutki czarny żużelek. Cała wyspa jest nim pokryta, a mieszkańcy portu muszą codziennie zamiatać sprzed domostw jego kilkumilimetrową warstwę.
Jednak od kilku lat zespół wulkanów Wezuwiusz-Etna-Stromboli przeżywa wzrost aktywności, co wyklucza tak przyjemne wycieczki. Wczoraj erupcja Stromboli zwaliła taras na przełęczy ogradzającej krater i spływ piroklastyczny zszedł gwałtownie w stronę wioski Ginostra, omijając ją ledwie o kilkaset metrów. Ginostra jest znana z niezłego kryminału z Harveyem Keitelem w roli głównej. Film dokumentujący ten moment zamieszczam w komentarzu.
Ogólnie – bardzo polecam Wyspy Liparyjskie. To zupełnie unikalne miejsce w Europie. Każda wyspa jest inna i każda jest zaskakująca. Jedne z moich najprzyjemniejszych wakacyjnych wspomnień!
Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.
Zostaw komentarz