W obliczu narastającego zadłużenia Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Wadowicach, starosta wadowicki Mirosław Sordyl postanowił sięgnąć po rozwiązanie najprostsze – i zarazem najbardziej wątpliwe moralnie. Zwrócił się do wójtów i burmistrzów z apelem o finansowe wsparcie szpitala. Innymi słowy: skoro powiat nie daje rady, niech zapłacą inni.

Brzmi to jak próba gaszenia pożaru… benzyną. Tyle że ogień nie wybuchł wczoraj – tlił się latami, podsycany decyzjami, za które ktoś przecież odpowiada.

Powiat jak rozbitek wołający o pomoc – tyle że sam wyrzucił wiosła

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z sytuacją, w której sternik najpierw roztrzaskał łódź o skały, a potem z wyrzutem patrzy na pasażerów, że nie chcą teraz własnymi rękami łatać kadłuba.

Szpital powiatowy nie jest instytucją niczyją. Ma swojego gospodarza – powiat. To Rada Powiatu powołuje zarząd, to ona nadzoruje dyrekcję, która odpowiada za finanse. Próba przerzucenia ciężaru na gminy jest więc niczym innym jak odwracaniem wzroku od własnych zaniedbań.

Bo jeśli ktoś przez lata prowadził gospodarstwo w sposób, który doprowadził do długu liczonego w milionach, to nie rozwiązuje problemu, wyciągając rękę po cudze pieniądze. To raczej przypomina hazardzistę, który po przegranej partii domaga się od sąsiadów, by zrzucili się na jego długi.

12 milionów rocznie – rachunek za brak decyzji

Deficyt na poziomie około 12 milionów złotych rocznie to nie jest „nieszczęśliwy wypadek”. To rachunek wystawiony za lata zaniechań, odwlekania trudnych decyzji i zarządzania, które najwyraźniej nie sprostało wyzwaniom.

Dziś ten rachunek próbuje się wręczyć gminom – choć to nie one zamawiały tę usługę, nie one podpisywały decyzje i nie one miały wpływ na kształt polityki finansowej szpitala.

To tak, jakby ktoś zaprosił gości na wystawną ucztę, a po jej zakończeniu rozesłał rachunki po całej okolicy.

Cicha prywatyzacja – lis wpuszczony do kurnika

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, co kryje się między wierszami. Gdy publiczna placówka jest systematycznie niedofinansowywana, gdy jej oddziały stają się „problemem”, pojawia się pokusa, by się ich po prostu pozbyć. A stąd już tylko krok do scenariusza, w którym publiczna porodówka znika, a jej miejsce zajmują prywatne usługi – dostępne nie dla wszystkich, lecz dla tych, których na to stać.

To nie reforma. To kapitulacja. To wpuszczenie lisa do kurnika i udawanie, że wszystko jest pod kontrolą.

Najpierw porządek we własnym domu

Zanim Starosta Sordyl zacznie apelować o solidarność, powinien pokazać, że sam jest gotów do wyrzeczeń. Bo trudno mówić o braku pieniędzy, gdy jednocześnie planuje się kosztowne inwestycje administracyjne. Jeśli naprawdę sytuacja jest dramatyczna, to dramat wymaga dramatycznych decyzji:
– ograniczenia kosztów funkcjonowania starostwa,
redukcji wynagrodzeń kadry zarządzającej,
– rezygnacji z prestiżowych, lecz niekoniecznych inwestycji (budowa nowej siedziby starostwa),
– wstrzymania projektów, które dziś są luksusem, a nie potrzebą.

Inaczej mamy do czynienia z sytuacją, w której jedni mają zaciskać pasa, podczas gdy inni nawet nie poluzowali krawata.

Mieszkańcy to nie bezdenna skarbonka

Gminy nie są filią powiatu ani jego zapleczem finansowym. Mają własne obowiązki, własne problemy i własne ograniczenia. Oczekiwanie, że będą kolejny raz dofinansowywać powiatowy szpital, jest nie tylko bezprecedensowe – jest po prostu niesprawiedliwe. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, by mieszkańcy zapłacili dwa razy: raz jako podatnicy powiatu, drugi raz jako mieszkańcy gmin.

Dość tej gry pozorów

Propozycja władz powiatu nie jest rozwiązaniem problemu. Jest próbą jego przesunięcia – jak zamiatanie kurzu pod dywan, tyle że dywan należy do kogoś innego.

Nie tędy droga…

Najpierw odpowiedzialność. Potem odwaga w podejmowaniu trudnych decyzji. Dopiero na końcu można mówić o solidarności. Bo solidarność bez odpowiedzialności nie jest wspólnotą – jest zwykłym przerzucaniem ciężarów na słabszych.

Fot. Facebook/Mirosław Sordyl