Potwierdzam, Teleranka nie było. Chwilę później zadzwoniła sąsiadka, że telefony nie działają. Mama odłożyła słuchawkę i powiedziała, że Basia chyba zwariowała. Mieliśmy telefon wojskowy więc mogliśmy telefonować w zakresie centrali jednostki wojskowej.
Potem koło południa przyszedł tata w mundurze i kazał mi się ubierać. Poszliśmy na przyjednostkowy poligon gdzie tata dał mi pistolet i powiedział, że mogę sobie postrzelać. Wywaliłem cały magazynek P-64 w zamarznięty stawek.
Potem wracając zahaczyliśmy o jednostkę gdzie rusznikarz załamywał ręce:
– Doktorze, tak się nie czyści broni. Przecież to się teraz do niczego nie nadaje.
– Mówiłem panu, że ja nie strzelam, tylko leczę. Proszę zapisać, że broń wyczyszczona. – odparł tata.
Potem wysłuchaliśmy Jaruzelskiego, bo nic innego w telewizji nie było i reszta niedzieli minęła już normalnie.
Kiedy już po kilku tygodniach otworzyli szkoły, to dla nas dzieci ze szkoły sąsiadującej z jednostką zaczęło się eldorado. Żołnierze zamknięci w jednostce nie mogli wychodzić na przepustki a my w zamian za suchary i kawę w kostkach albo miętowe landrynki kupowaliśmy im w pobliskim sklepie piwo i inne potrzebne rzeczy. Przy piwie trzeba było uważać, bo wartownicy rozstawieni przy płocie gonili nas. Na to też był sposób, jeden podchodził do wartowników grzejących się przy koksowniku i zagadywał skąd pochodzą, jak daleko niesie karabin albo czy fajnie jest w wojsku a reszta przemycała kontrabandę.
Na poligonie za jednostką też było ciekawie, bo były codziennie ćwiczenia i zbieraliśmy po nich łuski, niewypały świec dymnych i pakiety odkażeniowe z eterem, które potem wrzucaliśmy do ogniska robiąc „bomby atomowe”. Z czasem nawet siedzieliśmy po szkole z żołnierzami na ćwiczeniach coś tam przynosząc czy zanosząc w zamian częstowani prawdziwym wojskowym obiadem z menażki, który przywożony był traktorem z przyczepką.
Milicja była niefajna, bo jak się szło większą grupą, to zatrzymywali, sprawdzali legitymacje szkolne i tornistry, oraz pytali gdzie pracują rodzice. Z czasem skapowaliśmy, że oni tego nigdzie nie sprawdzają, więc strasznie wymyślaliśmy do czasu aż jeden kumpel powiedział, że jego tata uczy w Szczytnie milicjantów czytać (szkoła milicyjna tam była) i nas spałowali ale lekko. I raz zabrali mi taką fajną NRDowską latarkę z migaczem, że niby tajne znaki komuś daję i mam przyjść do radiowozu z ojcem. Wtedy się nauczyłem od taty wielu brzydkich słów, których do dzisiaj używam ale latarkę oddali.
Pamiętam tylko jak kiedyś tata przyniósł do domu mięso z nutrii i jak jedliśmy obiad, to mama płakała, że „jemy szczury” a nam to bardzo smakowało, nawet talerze wylizaliśmy.
Autor: Krzysiek Kempisty
Zostaw komentarz