Wczoraj Zofia Sumczyńska przysłała mi zdjecie z pobytu w Praniu-Lesniczówce. I od razu własne wspomnienie.
Oczywiscie pierwsze – to piękny wiersz Gałczyńskiego o tym komarze, co brzęczy za uchem…. W leśniczówce Pranie właśnie, gdzie poeta lubił bywać i gdzie Muza całowała go w usta.
W wiele, wiele lat później do Prania i leśniczówki jeździli moi Rodzice. Nie pisali wierszy. Chodzili na grzyby. Zbierali je, suszyli, marynowali. Przywozili do Warszawy w wujkowym bagażniku Trabanta, a potem w bagażniku swojego Fiata 126 P te skarby. Pachniało grzybami w całym domu.
Ale Pranie pozostawało dla mnie jedynie wierszem czy opowiadaniem. Aż do czasu, kiedy zaczęlismy jeździć do Rucianego i tamtejszego domu wczasowego, położonego w Puszczy, nad jeziorem, z łodziami na przystani.
Wypływaliśmy tymi łodziami na jezioro, ale Pranie było jednak bardzo daleko. Do chwili kiedy pojawiły się łodzie ekologiczne, napędzane bateriami słonecznymi. Wtedy można już było wpływać na teren rezerwatu, a tym samym dopływać do Parania. I oto zdjęcie z łodzi, ale na Pranie właśnie.
Byliśmy też w samym praniu, i leśniczówce, ale pozostało mi smutne z tej wycieczki wspomnienie – tysięcy chorych drzew. Nie wiem, czy zdołano je uratować, czy trzeba je było wyciąć. I już nie chcę wiedzieć.
Chcę widzieć Pranie oczyma Gałczyńskiego, moich roziców oraz z perspektywy tej ekologicznej łódki… Choc raz nas zawiodła, slońca zabraklo i trzeba nas było odholować do domu w tradycyjny, nieekologczny sposób.
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz