Pan Zbigniew Szczęsny opublikował na swoim wallu wycinek z rosyjskojęzycznej grupy FB o nazwie „Liberał”.
Napisano tam, że Rosja swoją industrializację, przeprowadzoną za czasów Stalina, zawdzięcza amerykańskim firmom i ich inżynierom, którzy walnie przyczynili się do wzniesienia tych wszystkich stalowni, walcowni, hut i fabryk.
Komentując ten wpis zauważyłem, że współcześni Rosjanie myślą, że są techniczną i naukową 1 ligą. Kiedy mieszkałem w Moskwie nie raz i nie dwa słyszałem w ich wypowiedziach takie oto uzasadnienia, że skoro kraj ma elektrownie atomowe i wysyła człowieka w kosmos to musi mieć zasoby intelektualne i odpowiednią infrastrukturę.
Niby jest to prawda, ale wskazałem, że warto takie rzeczy – jak te opublikowane w poście „Liberała”- przypominać. Pomijam już fakt, że większość tego intelektualnego i technicznego rezerwuaru znajduje się dzisiaj na … Ukrainie (na co niedawno zwrócił uwagę Marek Zieliński w jednym z komentarzy do innego mojego postu. Dlatego po rozpadzie ZSRR nic im się właściwie ciekawego nie udało zrobić.
Na mój komentarz odpowiedział Krzysztof Mycek:
„Całość przypomina stary kawał z czasów komuny. To oczywiście nie jest tak że tam brakuje mądrych ludzi. Jest ich masa, ale masowo mieli ich system.
Radziecki naukowiec przeprowadza badanie narządów słuchu muchy. Wysunął tezę, że mucha, z uwagi na brak widocznych uszu, słucha odnóżami. złapał muchę, wyrwał jej skrzydełka, położył na blacie i mówi:- Nu, mucha, idzi. – Mucha idzie. Wyrwał jedną parę nóg, położył muchę na blacie i mówi:- Nu, mucha, idzi. – Mucha idzie. Wyrwał drugą parę nóg, położył muchę na blacie i mówi:- Nu, mucha, idzi. – Mucha z trudem, ale idzie. Wyrwał trzecią parę nóg, położył muchę na blacie i mówi:- Nu, mucha, idzi. – Mucha nie idzie. Naukowiec zadowolony zapisuje wynik doświadczenia:- Po wyrwaniu wszystkich odnóży mucha ogłuchła.”
Przytoczone dowcipy, zwłaszcza drugi rozśmieszył mnie szczególnie, bo taką logikę wywodu do dzisiaj można usłyszeć w Rosji i jest ona dosyć powszechna. W filozofii nazywa się to błędem eleackim. Eleaci uważali, że wyniki rozumowania dają właściwy obraz bytu, a nie zjawiska.
Według tej logiki Achilles: Najszybszy biegacz nie dogoni najwolniejszego. Achilles nie dogoni żółwia, jeśli ten go nie wyprzedzi. Goniący bowiem musi dojść najpierw do miejsca, z którego wyszedł goniony, ten zaś posunął się naprzód i tak będzie zawsze.
Inny przykład niż Wikipedia podaje prof. Tatarkiewicz w Historii Filozofii (przytaczam z pamięci – staram się oddać jedynie sens):
rzucony na ziemię worek zboża nie powinien wydawać dźwięku. Dlaczego? Bo jedno rzucone ziarno nie wydaje dźwięki, a worek zboża to wiele takich pojedynczych ziaren.
Współcześni Rosjanie to często tacy Eleaci – opierają swoje rozumowanie o niepełny obraz przesłanek, bo właściwie codziennie są bombardowani propagandą, w której dodatkowo utwierdzają się sami.
Mianowicie prowadzą oni rozmowy, które niby są krotochwilą, niby śmieszą taką pół-logiką i przez to są – także dla nich samych – zabawne, ale tak silnie wpisują się w konwencję dyskursu, że z czasem stają się elementem światopoglądu, zwłaszcza, że utrwalanego na bieżąco przez media.
Światopogląd ten nacechowany jest nacjonalizmem – poczuciem wyższości w stosunku do innych narodów. Człowiek spoza Rosji – dajmy na to Polak – musi zaakceptować tę dziwną ich manierę. W przeciwnym razie nie nawiąże z Rosjaninem żadnej relacji.
Sens tego, o czym tu piszę, świetnie oddał swego czasu Witold Jurasz , który w opublikowanym po rosyjsku poście na FB adresowanym, by tak rzec, „Do Moskali” (wcale nie „przyjaciół”) zamieścił takie stwierdzenia:
„Tym, z którymi kolegowałem się bliżej, nigdy nie mówiłem o tym, że koleguję się z nimi, jakby to powiedzieć, nie patrząc na okoliczności, nie patrząc na to, co słyszę. Praktycznie każdego dnia, w przeciągu czterech lat, słyszałem jacy to my – Polacy „natowcy” i w ogóle wszyscy na Zachodzie – swołocz, jakie z nas potwory i bękarty, jak my nienawidzimy, poniżamy i nie szanujemy Rosji. Jak my, Polacy powinniśmy być wdzięczni Rosji za wyzwolenie od faszystowskich Niemiec (o tym, że Niemcy nas okupowały dzięki zmowie z ZSRR oczywiście wszyscy zapomnieli). Wiele razy słyszałem o tym, jak to my przygotowujemy napaść na Rosję. Na marginesie – Estończycy, Łotysze i Litwini również. (…). Przez te cztery lata przeżyłem propagandową kampanię nienawiści w rosyjskich mediach przeciwko Litwinom, Estończykom, Gruzinom, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych.”
Proszę sobie teraz wyobrazić, że Witold Jurasz był w Rosji dyplomatą, a ja – Panem Nikt. Nie chodziłem na robocze spotkania, gdzie mogłem liczyć, jeżeli nie na konwenans towarzyszący rozmowom służbowym, to przynajmniej na bezpieczeństwo własne. Ja spotykałem ludzi „innego sortu” (ach, gdzieś mi krąży po głowie ta myśl klasyka), którzy nie musieli się przejmować „gorsetem” jaki stwarza świadomość, że są jednak dyplomatami.
Ja poznawałem ludzi „prostych”. Moje rozmowy z Rosjanami na tematy, o których pisze Witold Jurasz, odbywały się w atmosferze, w której musiałem zakładać, że mogę po pysku dostać jak się będę za bardzo mądrzył. Do CSKA, gdzie moja córka uprawiała gimnastykę artystyczną, i dokąd musiałem ją regularnie wozić, przychodzili żołnierze. Jak wiadomo żołnierz lubi żołnierski język. I w takim też języku potrafiły się toczyć nasze rozmowy.
Tak się złożyło, że dysponuję niezłą znajomością rosyjskiego „mata” (przekleństw), więc nie tak znowu trudno znajdowałem interlokutorów.
Jednak najbardziej zapadła mi w pamięć nie jakaś tam rozmowa z żołnierzem, ale właśnie z dyplomatą. Otóż, pomimo tego, że sam nim nie byłem, udało mi się nawiązać całkiem ciepłe kontakty z kilkoma z nich.
Na marginesie – bardzo te kontakty się przysłużyły, gdyż dzięki nim, udało mi się kilku Polakom w Rosji pomóc, zwłaszcza księżom naszego polskiego Kościoła w Moskwie, którzy mieli permanentny problem z otrzymywaniem wiz do Rosji. Wiązało się to z tym, że przedstawiciele Kościoła Katolickiego w Moskwie nie są tam chętnie widziani. Pomimo tego, że księża wiele razy prosili polską ambasadę o jakąś interwencję, nikt nie potrafił załatwić tej sprawy. Dopiero mnie się jakoś udało to zrobić, za co nawet dostałem od pewnego biskupa laurkę, którą zachowałem sobie jako pamiątkę. Po tamtej historii nabrałem przekonania, że nasza dyplomacja – piszę tu o jej urzędnikach – pełna jest niezwykle inteligentnych introwertyków, ewidentnie jednak cierpi na brak ekstrawertyków. Nie dziwi mnie to, gdyż tmosfera zastraszania i donosów, która tam panowała (a piszę to, jako nie-dyplomata, z perspektywy tzw. zewnętrznego obserwatora) wtedy, kiedy miałem okazję na to patrzeć, zniechęca do podejmowania jakichkolwiek działań a zmusza wręcz do działań, których celem jest przetrwanie na stanowisku.
Wracając do mojej rozmowy z rosyjskimi dyplomatami – w przeciwieństwie do Witolda Jurasza – miałem więcej szczęścia, gdyż o stosunkach między naszymi krajami rozmawialiśmy rzadko, a jeżeli już, to szybko temat kończyliśmy.
Kiedyś jednak była noc muzeów i zostałem zaproszony do nocnego zwiedzania Moskwy. Na spotkanie przyszło kilku urzędników z MID. Łaziliśmy tedy ja (Pan Nikt) i około siedmiu przedstawicieli ichniejszego MSZ po moskiewskich muzeach.
Dawno tyle kilometrów na piechotę nie zrobiłem! Jedno z tych muzeów, znajdujące się na Tagance (dzielnica Moskwy), leży jakieś 65 metrów pod ziemią! Jest to muzeum poświęcone Zimnej Wojnie i kryzysowi atomowemu. Nazywa się „Bunkier 42”, a zwiedzający mają okazję przeżyć symulację ataku jądrowego.
Potem zwiedzaliśmy jeszcze jakieś muzea i knajpki. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiła się druga w nocy. Nagle jeden z moich znajomych zadaje mi pytanie: Hubert, wyobrażasz sobie, że włóczysz się tak po nocach po ulicach Warszawy, czy Londynu i nikt Cię nie napada, jesteś bezpieczny, tak po prostu sobie spacerujesz?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć ów szybko dodał: widzisz, takie rzeczy to tylko w Moskwie.
Spojrzałem na mojego rozmówcę. Patrząc na niego zrozumiałem, że nie ma sensu tłumaczyć mu, ile razy w Warszawie, na studiach, będąc w stanie radości potęgowanej wypitą ogromną ilością alkoholu, wędrowałem z centrum miasta do akademika na Jelonkach.
Nie miało sensu tłumaczenie, że, kiedy mieszkałem przez miesiąc w Londynie potrafiłem przez pół nocy przejść z Trafalgar Square do mojego mieszkania na 7 Sisters (kto nie wie o czym piszę, niech spojrzy na mapę Londynu).
Rozmawiał ze mną znający co najmniej dwa języki obce dyplomata – a więc człowiek, który jeździł po świecie, historyk z wykształcenia, osoba kulturalna, dialog toczył się „w obecności dam”. Jego pytanie nie wzbudziło niczyjego sprzeciwu – każdy z obecnych uznał je za naturalne, jak najbardziej uzasadnione. Związki logiczno – przyczynowe i elementarne zasady doświadczenia życiowego poszły na bok, kiedy chodziło o to, by Rosję „wywyższyć”.
Wszystko to działo się w 2019 r., w dobie internetu, iphonów ilotów w kosmos. I tylko do dziś nie mogę w sobie rozstrzygnąć – czy to tak naprawdę, czy on wierzy w to, co mówi, czy to tylko element jakiejś gry, znanej tylko Rosjanom? Chyba nigdy się już tego nie dowiem.
Zostaw komentarz