Z Tatą w 1998 r. w czasie jednej z krótkich wizyt Ojca w Polsce. Dokładnie tego dnia Tata poinformował mnie, że mam możliwość wyjechania na studia do Stanów Zjednoczonych. Powiedział mi wówczas – jak dziś pamiętam – że „tam, jak będziesz dobry, w tym, co robisz, zostaniesz doceniony i będziesz spokojnie żył. A u nas, to wcale oczywiste nie jest”. Spytałem Taty, czy chce bym wyjeżdżał, bo jasne było, że chodzi o wyjazd nie tylko na studia. Tata odparł, że jedyne co się liczy, to, żeby mi było w życiu dobrze. I gdyby w tamtym momencie nie zagryzał warg (bo wcale nie chciał, bym jechał na stypendium, które sam mi przecież załatwił), pewnie bym pojechał. Zostałem, bo tu jest moje miejsce i bo chciałem na starość Rodziców móc wpadać do nich na kawę (a nie przylatywać z wizytą), a z Tatą rozmawiać o polityce i dyplomacji (bo od dziecka o tym z nim rozmawiałem). Z tymi kawami i rozmowami z Tatą niestety nie wyszło. Ale, gdy piszę kolejny tekst, to w każdym z nich, jest trochę Taty, bo wszystkiego nauczyłem się od Niego. Tata skądinąd też mógł wyjechać. Też za ocean. Chyba żyłby spokojniej, a na pewno dostatniej. Został, bo też tylko tu było jego miejsce. I tego też mnie nauczył.
Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u).
Zostaw komentarz