Ze wszystkich państw bałkańskich (do których nie zaliczam Rumunii) Macedonię kocham najbardziej. Czuję się tam jak u siebie, jakbym się tam urodził i tam spędził dzieciństwo. Macedonia jest jedną wielką bałkańską prowincją, nawet jej stolica mimo pierdyliona pomników z modeliny i centralnych urzędów wybudowanych w stylu starożytnym, jest prowincjonalna. W Skopju nawet ruska ambasada wygląda jak psia buda i do tego wciśnięta jest między jakiś blok i hotel, a pilnuje jej jakiś cieć usadowiony pod drzewem, siedzący na rozwalającym się plastikowym foteliku. To jakby na chwilę przenieść się do Republiki Środkowoafrykańskiej lub do Demokratycznej Republiki Konga.
Macedonię kocham przede wszystkim przez wzgląd na ludzi – jej mieszkańców. Niesamowicie otwarci, życzliwi i rozmowni. Dla kogoś, kto zna dodatkowo czeski, słowacki i rosyjski – bariera językowa nie istnieje. Macedończycy są nieśpieszni, jak typowy lud południa. Czas jest tutaj negocjowalny. Jednego dnia jest go więcej, innego mniej. Niemal wszędzie powiewają te ich fantastyczne flagi narodowe – złoto-czerwone. Bardzo podobne do oficjalnej flagi Republiki Ludowej Wielkiej Kapibary. Łudząco podobne. Z Macedończykami najlepiej rozmawia się o przeszłości, która była co do zasady lepsza niż tu i teraz. Też mam takie poczucie, że to co dobre to już było, dlatego się doskonale nam rozmawia. Za czasów Jugosławii Macedonia była takim Podlasiem, krainą ludzi prostych, dobrodusznych, religijnych i nadużywających alkoholu.
Moim ulubionym miejscem noclegowym był rozpadający się od strony południowej dworzec kolejowy w (Titov) Veles. Była tam taka wiata kawiarniana przy nieczynnej od lat kawiarni. Do dziesięciu osób mieściło się pod daszkiem. Niedaleko był sklep, gdzie można było napić się pożywnego piwa Skopsko oraz bar, w którym serwowano pljeskawicę. Była też bieżąca woda oraz kibel, z którego nie korzystaliśmy po tym jak jednemu z nas po wejściu do niego zakręciło się w głowie i upadł. I trzeba go było cucić wodą. No i z kierownikiem stacji byliśmy już jak rodzina niemalże. Potem wyremontowano ten dworzec i bajka się skończyła. Nie sypiam na wyremontowanych dworcach.
Najlepsza restauracja była na dworcu kolejowym w Bitoli. Kawał mięcha, frytki, szopska sałata i piwo w cenie ok. 15 złotych. I szef, który uwijał się jak w ukropie. Biegał, cos pokrzykiwał, wydawał rozkazy, podawał do stołu. Zawsze uśmiechnięty 60-latek. I ta kobita na kuchni, która również nie próżnowała i robiła znakomitą szopską. Z nadliczbową ilością sera. Wszystkie stoliki zajęte. Interes się kręcił, menu na obsranej przez muchy kartce A4, zafoliowanej, żeby łatwiej było ja czyścić. W tym roku tam byłem i już… nie było żarcia, właściciel też inny. Skończyła się pewna epoka.
W Ochrydzie mam zaprzyjaźnioną rodzinę, którą w tym roku odwiedziłem po wielu latach. Siedzieliśmy sobie na tarasie ich domu i patrzyliśmy w przepiękne Jezioro Ochrydzkie. Było ok. 20 stopni – idealna temperatura. Pero opowiadał jak za czasów późnej Jugosławii jeździł będąc w wojsku ciężarówką po Bośni. W okolicach Tuzli. I że kobiety w Jugosławii szły na emeryturę w wieku 55 lat. Ten high live się jednak skończył. Pero nie lubi Bułgarów bo odmawiają prawa do samostanowienia Macedończykom, a Pero jest pierwszoligowym macedońskim nacjonalistą. Takim z powołania, nie dla kasy. Jest dobrym człowiekiem, a w jego domu zawsze panuje pokój.
Bardzo lubię zatrzymać się gdzieś w szczerym polu w Macedonii, albo przy sadzie brzoskwiniowym lub plantacji tytoniu, którego zwłaszcza w okolicy Prilepu jest mnogo. Oprzeć się o Srebrnego Szerszenia i kilka razy głęboko wciągnąć powietrze dziękując Wszechmogącemu za to, że pozwolił mi być w miejscach, które inspirują mnie do życia. Lubię też macedońskie góry, surowe, wysuszone, półnagie. Boję się jednak żmiji ostronosej, której tam jest od groma. Podobno jadowita, choć jak znam życie, jak by mnie użarła to by szybciej zdechła niż ja bym poczuł, że mnie ukłuła.
W Kruszewie (Kruševo) jest jak w bajce dla dorosłych. To miasteczko położone na ponad 1300 m.n.p.m. urzeka nie tyle architekturą, co ludźmi, którym nigdzie nieśpieszno. I którzy przez wieki wytworzyli prawdziwą wielokulturową wspólnotę. I ponadetniczny patriotyzm lokalny. Macedończycy, Arumuni (1/5 populacji!), Albańczycy, Grecy, Turcy, Cyganie nauczyli się tutaj zgodnego współżycia. Do tego stopnia, że na początku XX wieku powołali do życia efemeryczne państwo (Republika Kruszewska), dokonując secesji z osmańskiej Turcji. W Kruszewie ludzie są inni niż w reszcie Macedonii. Moim zdaniem to anioły skazane na roboty przymusowe na ziemi.
Skopje nie urzeka, raczej rozczarowuje. Jakiś wariat wpadł na pomysł by pobudować budynki administracji centralnej w stylu starożytno-greckim, pardon – macedońskim. Do tego zakupiono kilkadziesiąt wielkich pomników, które miały odwracać uwagę od dziur w chodnikach. Miasto podzielone na dwie części: macedońską i albańską. Pomiędzy nimi katolicka katedra z Mszami odprawianymi po chorwacko-macedońsku (ndz. 10:30) i angielsku (ndz. 12:00).
Zakochałem się w Macedonii, w jej krajobrazach i ludziach. Myślę, że po części jestem już Macedończykiem, po części Rumunem, ale przede wszystkim Polakiem i Ślązakiem.

Krótkie info dla znajomych, bo dzwonią i pytają. – Wróciłem. Ale wciąż myślę by gdzieś wyjechać. Dom mnie rozleniwia. Sprawia, że czuję się na swój sposób uwięziony. Z drugiej strony, jak jestem poza nim, to tęskknię za tą małą stabilizacją. Nie ma nic gorszego jak krzyżówka domatora i podróżnika.
Zostaw komentarz