Mijamy sale, gdzie wzrok biegł horyzontalnie, łagodnie spowijając wyrafinowane piękno tureckich namiotów. Nagle perspektywa się odmienia. Trzeba unieść oczy tam, gdzie na wyciągnięcie ręki stoją monumentalne figury świętych. Tu nie ma łagodności. Żadnej szansy na rozleniwioną kontemplację.
Tylko szok, bojaźń i drżenie.

Metafizyczny wicher łamie ich szaty, odsłania stopy obute w sandały lub saboty, narzuca rękawom marszczenia, podkreśla mocne uda świętych mężczyzn i kształtne piersi świętych kobiet, Joachimowi układa kędziory brody, a aniołowi modeluje loki. Ascetyczne rysy, wpółprzymknięte w ekstazie oczy, twarze piękne, wręcz doskonałe, najczęściej twarze ludzi dojrzałych.

Emanujące z nich emocje, to tylko skomponowane w drewnie preludium, tylko zapowiedź uczuć jakie budzi wystawa dzieł fantastycznego rzeźbiarza.

Johann Georg Pinsel, nazywany czasem Janem Jerzym Pinzlem, tworzył wystrój kościoła w Horodence w latach 1752–1755. Jeszcze trwała budowa, więc mógł ściśle współpracować z architektem. Rezultat oszałamiał artystyczną konsekwencją.

Prawie nikt nie słyszał o Horodence. Mieścina dziś liczy jakieś 9 tysięcy dusz, mniej niż przed wojną. Nigdy nie była metropolią, ani nawet znanym ośrodkiem, w odróżnieniu od odległego o 70 km na zachód Stanisławowa (Iwano-Frankiwśk). Tam, w prowincjonalnej dziurze, w zapadłym kącie świat i Rzeczpospolitej, powstał uznawany za najbardziej spektakularny i najpiękniejszy w tej części Europy kościół.

Ozdobiony pięcioma ołtarzami i trzydziestoma rzeźbami Pinsla powstał z woli ekscentryka – Mikołaja Bazylego Potockiego. Fundator był okrutnikiem, nieledwie potworem. Był też znawcą sztuki i mecenasem. Iunctim, które zdarza się częściej, niż nam się zdaje. Poza kościołem Niepokalanego Poczęcia NMP w Horodence wyposażył gigantyczny klasztor bazylianów w Buczaczu, gdzie ufundował też nowy kościół, a w wołyńskim Poczajowie zespół cerkiewno-klasztorny; przeszedł bowiem wcześniej na obrządek unicki.

Olbrzym z sumiastym wąsem i „sieledźcem na głowie zakręconym za ucho” – tak opisywał Potockiego Niemcewicz – wynalazł i zatrudnił w Buczaczu genialnego rzeźbiarza Jana Jerzego Pinsla, o którym nie wiemy nawet czy był Bawarczykiem, czy raczej Czechem.

Płacił Pinslowi sowicie za monumentalne prace w kamieniu i kamienne figury przydrożne, jak również za oszałamiające rzeźby w drewnie.

Nie lubię domorosłego psychologizowania, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że skołatana dusza potwora-fundatora odnajdywała w wirtuozerskich, przepełnionych mistycyzmem dziełach jakieś ukojenie. Lub odwrotnie: ekscytujący dreszcz bojaźni.

Emocji zatem nie brakuje ani w samych dziełach, ani w historiach, które im towarzyszą. A to nie wszystko. Bo stając przed rzeźbami Pinsla odbierzemy wiele różnych lekcji.

Ekstatyczne piękno oszałamia, ale szokuje to, czego nie ma. W niektórych nie ma twarzy, głów, rąk, nie ma dłoni i ramion. Za to są ślady siekier.

Na Wawelu widzimy to, co zostało uratowane przed siekierami i spaleniem. Drewniane rzeźby trudno się paliły, więc żeby sobie ułatwić robotę, zbudowali specjalny piec. Jednak ponad dwumetrowych świętych trzeba było wpierw porąbać. Męczyli się chłopcy sowieccy, działali niespiesznie, z trudem, przez lata. Nawet nie było komu drewnianych świętych bronić, bo w 1945 roku polską ludność Horodenki wysiedlono do Racławic Śląskich.

Sporą część zadania wykonali, ale w latach 60. pojawił się w Horodence Borys Woźnicki, którego właśnie mianowano zastępcą dyrektora Muzeum Sztuki Ukraińskiej. To on uratował prezentowane na Wawelu arcydzieła i wiele innych.

„Wystawa jest widomym znakiem współpracy polskich i ukraińskich instytucji kultury” – mówił dyr. Andrzej Betlej.

Prezentowane dzieła zostały wypożyczone z muzeów w Iwano-Frankiwsku i Lwowie. Wystawa „Emocje” trwa do do 15 września 2024 roku.

Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.