Od tygodnia te piękne ptaki kołują na niebie nad Sadową. W Kampinosie jest ich kilkadziesiąt par. Sejmikują na łąkach, a rodzice, wraz z młodymi trenują loty przed odlotem do „ciepłych krajów”.

Ilekroć się pojawiają, czasami po 8, 9, niekiedy mniej, siadam na krześle przed domem i patrzę na ich dostojny, piękny lot. Są jak szybowce, nie machają skrzydłami, tylko wykorzystując prądy konwekcyjne, płyną po niebie.

Formują szyki, klucze.

Zdarza się, że jeden z nich odrywa się od stada i ostro pikuje ku ziemi, by nad samą powierzchnią wyrównać lot i przelecieć blisko koron drzew.
Niejeden pilot akrobata może im pozazdrościć.

Mogę tak siedzieć tak długo jak tańczą wśród chmur.
Jak baletnice unoszą się lekko, swobodnie.
Jak piórka.
Jest w nich i majestat i żywiołowa radość z latania.

Z życia.

Ja mogę tylko w snach szybować. Pewnie Freud by coś powiedział na temat tych snów.

I tak jak nikomu, z ludzi, niczego nie zazdroszczę, tak im, podniebnym żeglarzom, zazdroszczę, że są tak wolne.

Obraz Chełmońskiego, „Odlot żurawi”.