Doda patrzy i nie wierzy. Schronisko zamknięte, psy zostawione, państwo na nartach. Doda pomogła. Zareagowała. Zainteresowała się losem psów w schronisku w Sobolewie. I dziś jest po prostu oburzona -nie emocjonalnie, nie medialnie, tylko zwyczajnie, po ludzku zdziwiona. Bo schronisko zostało zamknięte, sprawa się rozmyła, a instytucje, które powinny tu być pierwsze, najwyraźniej… mają wolne.
To schronisko ,to był biznes, a nie żadna „misja ratunkowa”. Cztery tysiące złotych miesięcznie na jednego psa – pieniądze z gminy, publiczne, nasze. Psy były środkiem do celu, tabelką w Excelu. A gdy interes przestał się spinać i ludzie zainteresowali się warunkami tych zwierząt, to zamknęli bramę i koniec tematu.
I co dalej?
Nie było natychmiastowej kontroli.
Nie było wejścia weterynarii.
Nie było policji.
Nie było zabezpieczenia zwierząt.
Zamiast tego -ludzie próbowali ratować sytuację prywatnie, brać psy na własną rękę, organizować wszystko oddolnie. Dobre intencje, ale to nie jest system. To nie jest procedura.
To jest chaos.
Bo w normalnym państwie w takim momencie wjeżdża cały pakiet: inspekcja weterynaryjna, policja, decyzje administracyjne, zabezpieczenie zwierząt, rozliczenie pieniędzy. A nie improwizacja i gaszenie pożaru przez zwykłych ludzi.
Doda mówi wprost (tutaj): to ją najbardziej szokuje. Nie patologia, bo ta niestety w Polsce się zdarza. Szokuje brak reakcji. Brak odpowiedzialności. Brak instytucji.
Tymczasem wygląda to tak, jakby państwo było na nartach. Jakby ktoś uznał, że skoro schronisko zamknięte, to problem zniknął.
Nie zniknął.
Bo jeśli ratowanie zwierząt spada na prywatne osoby, a władza tylko patrzy – to znaczy, że państwo nie działa nawet w podstawowym zakresie.
Doda pomogła psom. Państwo z kartonu nawet nie weszło do środka – bo z niczym ta ekipa sobie nie radzi.
Zostaw komentarz