Miała być „uśmiechnięta Polska”, europejski oddech wolności i triumf demokracji. Zamiast tego coraz częściej słychać znajomy trzask — nie pałek milicyjnych, lecz propagandowych sloganów okutych w unijne gwiazdki. Historia wraca nie jako farsa, ale jako powerpoint z Brukseli i konferencja prasowa z hasłem „demokracji walczącej”.
Bo kiedy Donald Tusk ogłosił potrzebę „demokracji walczącej”, wielu ludzi usłyszało coś znacznie bardziej niepokojącego: demokrację, która walczy już nie o obywatela, ale z obywatelem. Demokrację, która toleruje tylko jedną słuszną interpretację prawa, moralności i rzeczywistości. Reszta? „Dezinformacja”, „zagrożenie”, „populizm”, najlepiej jeszcze „ruska narracja”.
Najbardziej szczere okazały się jednak słowa o przestrzeganiu prawa „tak jak my je rozumiemy”. W jednym zdaniu zawarł się cały duch nowej epoki. Prawo przestało być czymś ponad władzą — stało się plasteliną w rękach tych, którzy akurat siedzą przy stole. Konstytucja? Elastyczna. Standardy? Zmieniane zależnie od potrzeb dnia. Media? Wolne, o ile mówią właściwym głosem.
Dawniej aparatczyk tłumaczył obywatelowi, że partia wie lepiej. Dziś robi to ekspert z telewizji śniadaniowej, komisarz unijny albo samozwańczy obrońca demokracji, który najgłośniej klaszcze wtedy, gdy zamyka się usta przeciwnikom.
I oto narodził się nowy paradoks III RP: demokracja bez demokracji. Wybory są — ale złe wyniki trzeba „korygować”. Wolność słowa istnieje — ale tylko dla certyfikowanych poglądów. Sądy są niezależne — dopóki orzekają właściwie. Protestować można — byle pod odpowiednim transparentem.
Najzabawniejsze, że wszystko to odbywa się pod sztandarem „europejskich wartości”. Dawniej czerwona zaraza maszerowała pod portretami Marksa i Lenina. Dzisiejsza nosi granatowy garnitur, mówi po angielsku o „praworządności” i grozi sankcjami finansowymi zamiast czołgami. Metody bardziej eleganckie, ale pokusa ta sama: stworzyć obywatela posłusznego, przewidywalnego i wdzięcznego za ograniczanie własnej wolności.
W nowym porządku nie trzeba już nawet cenzora. Wystarczy algorytm, fact-checker i kilka zaprzyjaźnionych redakcji. Nie trzeba zamykać opozycji — wystarczy ją ośmieszyć, odebrać jej moralne prawo do istnienia i nazwać „zagrożeniem dla demokracji”. To współczesna wersja starego hasła: kto nie z nami, ten przeciw nam.
A przecież demokracja miała polegać na czymś odwrotnym. Na sporze. Na pluralizmie. Na zgodzie, że przeciwnik polityczny nie jest wrogiem państwa. Tymczasem „demokracja walcząca” coraz bardziej przypomina system, który panicznie boi się własnych obywateli.
Polska miała wrócić do Europy. Problem w tym, że Europa sama coraz częściej przypomina projekt biurokratycznego imperium, gdzie wolność jest dozwolona wyłącznie w granicach zatwierdzonych przez ideologiczny dział compliance.
I dlatego wielu ludzi patrzy dziś na to wszystko z rosnącym niepokojem. Bo dobrze pamiętają, że każda władza zaczynająca od walki „w obronie demokracji” prędzej czy później kończy walką z demokracją samą w sobie.
Zostaw komentarz