Przez bez mała pół wieku mieszkałem w tej części kraju, która niby miała być trofeum wojennym, albo jak niektórzy uważają – rekompensatą, za zabraną przez Stalina Polsce – połowę jej przedwojennych terytoriów. Nie będę się rozpisywał nad uczuciami, którymi darzyłem tę okolicę, ale chciałbym opowiedzieć o moim znajomym, ba nawet, jakby go bardziej obrazowo określić — partaigenosa walki z rolniczej „Solidarności”, który uważany był powszechnie za szczerego patriotę, porządnego człowieka, bezwarunkowo zaakceptowanego przez środowisko tutaj osiadłych Kresowian, bo przecież jego ojciec pochodził z Buczacza… Wżenił się on w kilkanaście hektarów, będących posagiem autochtonicznej Mädchen. Jego teściowa dużo po polsku rozumiała, ale mówiła i myślała wyłącznie po niemiecku. Od początku transformacji ustrojowej bardzo aktywnie włączył się on w działania na rzecz „rodzinnych gospodarstw rolnych” i na tej politycznej płaszczyźnie – zetknęliśmy się. Nawet w pewnym momencie, uwiedziony jego radykalizmem lansowałem go na poważne stanowisko w terenowej administracji państwowej.
Po pewnym czasie znajomy wyjechał na stałe do państwa, które bardzo skwapliwie go przygarnęło, jako — męża deutsche frau i fathra trójki etnicznych, rasy białej jego obywateli.
Posagowych gruntów jednak się nie pozbył i uprawiał je w ramach wilegiatury od zajęć w profesji diagnostyki medycznej tamże — gdzieś w Bawarii. Zjeżdżał zatem według rolniczego kalendarza do Polski autem, a jak wiadomo samochody, dzielą się na dobre, b. dobre i niemieckie — przepełniony satysfakcją właściwego wyboru, życiowego powodzenia, i z namaszczonym powagą besserwissera głosem, perorował na ulubiony temat… kto był agentem, a kto nie.
A tu masz… wydało się, przyjaciele, którzy byli na celowniku SB, zostali poinformowani przez IPN, iż tenże radykalny antykomunista, był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Zachowały się jego paskudne w treści donosy. Ponoć był on pozyskany w drodze szantażu przez kontrwywiad WOP po tym — jak po pijanemu, przekroczył granicę w poszukiwaniu miłosnego ukojenia w ramionach jakiejś Czechosłowaczki.
Niby na początku jego sprzeniewierzenia był banalny grzech młodości, ale nie o grzechu mowa, tylko o mechanizmie, który niepasujący do legendy ostrego chłopskiego działacza fakt donoszenia na kolegów i przyjaciół, mimo niezbitych dowodów facet po prostu — wymazał z pamięci.
Nawet z nim na ten temat rozmawiałem, to znaczy, ja delikatnie, jakbym miał do czynienia z psychiatrycznym pacjentem wspominałem o „rewelacja” IPN, a on jakby nie rozumiał, że to o niego chodzi, nadawał dalej na agenta w sutannie … ukrytego w Watykanie.
Ewidentnie gość wymazał zupełnie z pamięci to, że przekroczył, nieprzekraczalną linię przyzwoitości, że wszystko to, co wcześniej mówił, robił — oparte było na kłamstwie i pewnie, jak przyjdzie jego pora — umrze w poczuciu gutes Leben.
Dlatego myślę, że zasada „De mortibus bene aut nihil” – żeby o nieboszczykach nie wspominać, jeśli nie można o nich nic dobrego powiedzieć — w odniesieniu do zdrajców nie powinna obowiązywać.
Śmierć bowiem niecnych ich czynów nie zresetuje, tylko na wieczność w naczyniach wypełnionych hańbą je zapekluje. Nie ma bowiem już wtedy żadnej ludzkiej mocy, ani transcendentalnej siły, żeby naprawić wyrządzone zło. Koniec, end, finito, szlus! To se ne vrati.
Tylko szczere przyznanie się i wyrażenie skruchy z prośbą o wybaczenie jest jedynym ratunkiem.
Zostaw komentarz