Amerykanie zaatakowali Iran bo… chcą zredukować swoją obecność i wysiłek militarny na Bliskim Wschodzie. Brzmi absurdalnie a jednak to prawda. Na początek przypomnijmy – co jest najważniejszym wyzwaniem USA od kilkunastu lat i pozostanie nim przez najbliższe dekady? Strategiczna konfrontacja z Chinami. Nie będę szerzej uzasadniał, kto choć minimalnie śledzi rozwój wydarzeń ten wie, że to prawda.

Imperium posiadające interesy na całym świecie (które przy okazji są również kartami w amerykańskim ręku podczas rywalizacji z Chinami) nie może jednak odpuszczać zabezpieczenia ich w regionach innych niż Pacyfik. Siły i środki zaś, nawet dla najbogatszego państwa na świecie, dysponującego najsilniejszą armią, są zawsze ograniczone. Dlatego „zwrot na Pacyfik” już od czasów Obamy oznaczał redukcję zaangażowania gdzie indziej.

W Europie na przykład zwinięto program tarczy antyrakietowej, zlikwidowano de facto II flotę na północnym Atlantyku, pilnującą wcześniej odcinka rosyjskiego. W ogóle temat rosyjski w znacznej mierze „zostawiono Niemcom”. Ze znanymi zresztą skutkami… (putinowska inwazja na Ukrainę rozpoczęła się niemal od razu po ukończeniu Nord Stream 2).

Warto w tym miejscu przypomnieć, że polityka wspierania Ukrainy sprzętem wojskowym za administracji Bidena było co najmniej dwuznaczna. Robiono to bardzo stopniowo, bardziej na zasadzie kroplówki niż błyskawicznego wsparcia mogącego mieć przełamujący charakter. Amerykanie nie chcieli zbyt spektakularnych porażek Moskwy i destabilizacji w Rosji w krytycznych dla niej momentach (np. bunt Prigożyna). Dlaczego? Obawiali się, że pogrążenie się Rosji w chaosie zmusi ich do dużo większego, wieloletniego zaangażowania w Europie Wschodniej.

Administracja Trumpa działała już w ogóle bez skrupułów, oznajmiając Europejczykom, że to oni muszą zapłacić za powstrzymywanie Rosji. Frustracja Trumpa i jego otoczenia, że nie udaje się doprowadzić do pokoju między Kijowem a Moskwą jest zresztą realna, bo oni chcieliby mieć tam względny spokój i temat z głowy, żeby koncentrować siły oraz uwagę na kluczowych dla siebie kierunkach. Zarazem nie chcą by USA poniosły prestiżową porażkę w sytuacji podporządkowania Kijowa Moskwie. Czy dobrze rozumieją w tym wszystkim rosyjskie intencje i sposób działania to już zupełnie inna sprawa.

Niemniej, z punktu widzenia Amerykanów sytuacja w Europie i tak jest względnie korzystna; skoro Rosja utknęła tak boleśnie wojując z samą tylko Ukrainą, to oznacza, że siły europejskich sojuszników w zupełności wystarczą żeby wiązać Moskwę na kontynencie. Amerykanom, w perspektywie, wystarczy, że Europejczycy zaczną się zbroić. Oni sami mogą dalej redukować swoją obecność na tym teatrze działań. Co więcej, rosyjska presja na Starym Kontynencie jest dla nich nawet poniekąd korzystna, bo można dzięki niej niepokornych a słabo uzbrojonych póki co, sojuszników, straszyć i dociskać.

Idźmy dalej. Po co pacyfikacja wrogiego Stanom rządu w Wenezueli, próby przejęcia Grenlandii i rozstawianie po kątach bezpośrednich sąsiadów USA? Żeby należycie ustawić pole gry w szczególnie wrażliwej strefie najbliższego otoczenia geograficznego. Żeby podczas konfrontacji z Chinami mieć możliwie dobrze zabezpieczone otoczenie oraz strategiczne obszary. Nie inaczej jest w przypadku Bliskiego Wschodu.

Bliski Wschód to wiele, bardzo ważnych spraw:
– zasoby surowcowe o globalnym znaczeniu,
– szlaki komunikacyjne o globalnym znaczeniu,
– położenie, z którego projekcję siły można prowadzić na Europę, Azję Centralną, Ocean Indyjski, Afrykę północną i wschodnią,
– sojusz strategiczny z Izraelem.
Walcząc o zachowanie pozycji najsilniejszego gracza na globie Amerykanie muszą mieć ten region dobrze zabezpieczony.

Waszyngton odrobił jednak lekcje z Afganistanu oraz Iraku. Interwencje w tych państwach nie tylko przyniosły morze zniszczeń oraz ofiar i wzrost islamskiego terroryzmu. Z punktu widzenia Amerykanów było to wyprawy o ogromnych kosztach własnych – osobowych, sprzętowych i finansowych. Dlatego o interwencji sił lądowych na Iran, który jest większy i silniejszy od Iraku oraz Afganistanu razem wziętych, nikt w Białym Domu nawet nie myśli.

Zresztą, okazało się, że nawet tego nie potrzebują. To co dziś nad ranem zaczęli robić Izraelczycy oraz Amerykanie jest bowiem zaledwie „dokańczaniem roboty”. W ostatnich latach, głównie za sprawą działań izraelskich, Teheran stracił niemal wszystkie zasoby przez dekady budowane w zmaganiach na Bliskim Wschodzie. Jego sojusznicy i wasale w regionie zostali zniszczeni albo radykalnie osłabieni. W Syrii upadł Assad, libański Hezbollah został radykalnie osłabiony, Hamas zdziesiątkowany razem z całą Strefą Gazy. Huti trzymają się wprawdzie w Jemenie, ale ich możliwości są ograniczone a lojalność wobec Iranu warunkowa.

W ubiegłym roku Izrael udowodnił, że jego lotnictwo robiło nad Iranem co chciało i jak chciało, zabijając kilkadziesiąt bardzo ważnych postaci i atakując wiele istotnych obiektów. Wydaje się, że już wówczas w Waszyngtonie powzięta została myśl o ostatecznej rozprawie z państwem rządzonym przez ajatollahów. W stosunkach międzynarodowych istnieje bowiem kilka złotych zasad. Jedna z nich głosi, że nigdy nie prowokujesz do agresji na siebie bardziej niż będąc słabym. W relacjach między państwami siła jest cnotą a słabość przestępstwem, którego historia nie wybacza. Krótko mówiąc Amerykanie uznali, że w tej sytuacji „żal byłoby nie skorzystać”.

Tym bardziej, że już dawno nie wiodło im się w regionie równie pomyślnie. Izraelskie sukcesy ostatnich lat i rozpad irańskiej, szyickiej, „osi oporu” wyzwoliły nową dynamikę. Bogate monarchie arabskie przestały obawiać się Teheranu i rozpoczęły rywalizację między sobą. Jej osią jest wyścig między Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które prowadzą zmagania finansując oraz wspierając przeciwne strony konfliktów w basenie Morza Czerwonego i przylegających częściach Afryki, w Jemenie, Sudanie, Etiopii, Somalii, Erytrei. Emiraty współpracują przy tym blisko z Izraelem, który wyrósł na regionalnego hegemona militarnego. Starcia z owym hegemonem obawiają się dziś wszyscy, łącznie z „drugą armią NATO”, czyli Turkami.

Zakreśliwszy sobie ten obraz wróćmy do początku, czyli do tezy, która pewnie wielu osobom wyda się kontrowersyjna jeśli nie absurdalna. Otóż tak, Amerykanie podsiadający wiele swoich baz na Bliskim Wschodzie, już dawno nie mieli w tej przestrzeni tak korzystnej układanki. Ich sojusznicy są silni jak nigdy, ich wrogowie przegrali albo osłabli. Dzięki temu będą mogli myśleć o redukcji swojego zaangażowania. Jedyną poważną siłą pozostał Iran ze swoim programem rakietowym.

Właśnie ów potencjał będzie, w moim przekonaniu, głównym celem toczącej się odsłony konfliktu. Chodzi o to żeby Teheranowi „wybić ostatnie zęby” jakie jeszcze posiada. Kwestia broni jądrowej jest zasłoną dymną, wygodnym pretekstem. Dzień przed rozpoczęciem nalotów Iran, poprzez szefa MSZ Omanu, właściwie zadeklarował w tym względzie gotowość do całkowitej kapitulacji. Nie zmieniło to rozkazów do ataku, które były już w toku, bo nie mogło ich zmienić. Amerykanie domykają bowiem proces, który sprawi, że do pilnowania interesów na Bliskim Wschodzie będą im wystarczyły dużo skromniejsze niż dotychczas siły a ich izraelski sojusznik będzie w stanie odgrywać w regionie rolę kluczowego żandarma.

Donald Trump ogłosił przy tym cele bardzo daleko idące, ze zmianą panującego reżim politycznego w Iranie, włącznie. Pozostaje to w mojej ocenie, przynajmniej na razie, ciągle mniej niż bardziej prawdopodobne. System władzy ajatollahów oparty jest na potężnych strukturach militarnych, gospodarczych i biurokratycznych. Wykazywał już wielokrotnie dużą odporność na ciosy, która zresztą jest częścią szyickiego kodu kulturowego w ogóle. Nawet jeśli wiele czołowych postaci znów zginie, istnieją setki jeśli nie tysiące potencjalnych następców a zorganizowanej należcie opozycji w Iranie póki co nie ma.

W pierwszym dniu nowej odsłony nalotów można założyć, że celem możliwym do realizacji przez atakujących jest wyeliminowanie Iranu jako poważnej siły regionalnej. Kraj, od dekad pogrążony w kryzysie gospodarczym spowodowanym sankcjami, będzie z dużym trudem starał się przede wszystkim o stabilizację wewnętrzną. Która, mimo całej sprawności pacyfikacyjnej aparatu władzy, będzie mocno zagrożona. Przy czym pamiętajmy, że gdyby oprócz zniszczenia kluczowej infrastruktury doszło do długotrwałego chaosu czy nawet wojny domowej w Iranie, wtedy, wśród innych skutków, na granicach Europy znów prawdopodobnie staną rzesze uchodźców. Bo o tym, że ceny paliwa zaraz wzrosną, wspominać chyba nikomu nie trzeba.

Na koniec podkreślmy czym jeszcze jest nowa seria ataków amerykańsko-izraelskich na Iran. Poza domknięciem procesu nowego „meblowania” Bliskiego Wschodu, Waszyngton po raz kolejny chce zrobić demonstrację wobec całego świata, a zwłaszcza wobec Chińczyków, którzy od kilku lat zacieśniają z Teheranem relacje. USA chcą pokazać, że militarny bokser wagi superciężkiej jest na globie wciąż tylko jeden.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji