No i doczekaliśmy się. Kiedy w państwowej kasie zaczyna hulać przeciąg, na scenę wchodzi człowiek, którego starsze pokolenie Polaków pamięta z terapii szokowej. Leszek Balcerowicz. I, jak za dawnych czasów, recepta okazuje się zadziwiająco prosta: ciąć, likwidować, prywatyzować.

Balcerowicz proponuje likwidację 800+, trzynastych i czternastych emerytur oraz szeroką prywatyzację państwowego majątku. Zapytany, w jakich dziedzinach państwo powinno zachować własność, odpowiedział: „W żadnych”. Dotyczyłoby to nawet banków, infrastruktury krytycznej, torów czy elektrociepłowni.

Brzmi znajomo?

Bo Polacy już kiedyś oglądali film pod tytułem: „Państwa nie stać”. Najpierw dowiadujesz się, że sytuacja jest dramatyczna. Potem, że trzeba zacisnąć pasa. Następnie okazuje się, że pas zaciska przede wszystkim Kowalskiemu, a na końcu pojawia się genialny pomysł: skoro państwo ma problemy finansowe, to może sprzedać to, co jeszcze posiada.

Tymczasem spójrzmy na liczby. W 2023 r. deficyt sektora finansów publicznych wynosił 5,1% PKB, a dług według unijnej metodologii 49,6% PKB. Według oficjalnych założeń Ministerstwa Finansów dług ma sięgnąć 66,2% PKB w 2026 roku. Sam Balcerowicz mówi dziś o dramatycznej sytuacji finansów i rosnących kosztach obsługi długu, krytykując przy tym ministra Andrzeja Domańskiego.

I tutaj zaczyna się najlepsza część przedstawienia.

Przez lata słyszeliśmy, że poprzednia władza rozdaje, kupuje wyborców i prowadzi państwo ku finansowej katastrofie. Było 500+, potem 800+, trzynaste i czternaste emerytury, tarcze, wydatki wojskowe i wielkie inwestycje. Można PiS krytykować za skalę wydatków, zadłużenie czy fundusze pozabudżetowe — i jest za co. Tylko pozostaje niewygodne pytanie: skoro wtedy miała być katastrofa, to dlaczego dzisiaj, po trzech latach nowych rządów, guru liberalnej ekonomii wychodzi i mówi, że trzeba ratować finanse likwidacją świadczeń i wyprzedażą państwowego majątku?

I znowu rachunek ma dostać obywatel.

Nie minister. Nie polityczny nominat. Nie człowiek podpisujący budżet z gigantycznym deficytem. Kowalski.

Masz dzieci? Zabierzemy 800+.

Jesteś emerytem? Pożegnaj trzynastkę i czternastkę.

A może państwo ma jeszcze bank, kolej, elektrociepłownię albo strategiczną spółkę? Sprzedajmy. Przecież majątek narodowy ma tę cudowną właściwość, że można go sprzedać dokładnie raz.

To właśnie jest najbardziej groteskowe. Kiedy państwo wydaje za dużo, odpowiedzialność polityczna powinna zaczynać się od pytania: kto doprowadził finanse do takiego stanu i dlaczego? Tymczasem znów dostajemy starą receptę: obywatelu, oddaj świadczenia, pogódź się z cięciami i patrz spokojnie, jak państwo pozbywa się kolejnych aktywów.

Balcerowicz przynajmniej jest konsekwentny. Od lat mówi, co myśli. Problem polega na tym, że jego recepta pojawia się właśnie wtedy, gdy obecna kondycja finansów publicznych staje się coraz trudniejsza do przykrycia politycznym PR-em.

I dlatego mam tylko jedną prośbę: nie opowiadajcie później Polakom, że „nie było innego wyjścia”.

Wyjścia są zawsze. Można ograniczać administrację. Można przeglądać programy wydatkowe. Można ciąć polityczne synekury. Można likwidować marnotrawstwo. Można wymagać odpowiedzialności od tych, którzy uchwalają budżety.

Najłatwiej jednak zrobić coś zupełnie innego.

Wysłać rachunek zwykłym Polakom.

A potem sprzedać im jeszcze historię, że robi się to dla ich dobra.

Polska naprawdę nie potrzebuje powtórki z lat 90. Potrzebuje państwa, które zanim sięgnie do kieszeni obywatela i wystawi własny majątek na sprzedaż, najpierw nauczy się pilnować własnej kasy.