Ukraińska armia 2022 roku była skrojona pod konflikt lokalny tej skali, jaki toczył się w Donbasie. Była siłą całkiem dobrze zgraną i składała się w dużej mierze z weteranów, którzy po kilku latach walk z lat 2014–2015 podpisali kontrakt i zostali w wojsku. System mobilizacyjny, który zbudowano w tamtych latach, również odpowiadał wyzwaniom wojny w Donbasie. Kierownictwo państwa zakładało, że jeżeli wybuchnie konflikt z Rosją, to najprawdopodobniej będzie to taka sama wojna na wschodzie, tylko na większą skalę i o większej intensywności, a nie atak od razu na Kijów. Dlatego że dla podobnego konfliktu na wschodzie Rosjanom łatwo było zbudować casus belli.
Inwazja 2022 roku i, co ważniejsze, dalsze lata wojny na wyczerpanie okazały się wyzwaniem zupełnie innego gatunku. I problemy armii, która toczy tego typu wojnę, są absolutnie inne niż problemy armii czasu pokoju. Ukraińcy mieli do dyspozycji kilkaset tysięcy ludzi z doświadczeniem bojowym i korpus rezerwowy składający się z ok. 15 skadrowanych brygad – i już sam tylko 2022 rok pochłonął większość tych zasobów. A dalej była kontrofensywa, odbudowa strat połączona z gwałtowną rozbudową struktur armii. Siły Zbrojne nagle potroiły się liczebnie w ciągu dwóch lat przy totalnym deficycie oficerów… tym bardziej oficerów kompetentnych. Kierownictwo państwa założyło, że wojna nie będzie trwać długo i nie chciało podjąć trudnego tematu reformy systemu mobilizacyjnego na początku inwazji. Proces rozbudowy armii zderzył się szybko z problemem niewydolności systemu mobilizacyjnego, co szybko doprowadziło do kryzysu.
Mam szczerą nadzieję, że nigdy nie przyjdzie nam przetestować, jak to będzie wyglądać w wypadku Wojska Polskiego. Ale moim zdaniem tylko intensywna wojna na wielką skalę może realnie pokazać, czy armia radzi sobie z dowodzeniem i regeneracją sił w tak trudnych warunkach. Rosja jest wytrwałym przeciwnikiem, którego nie jest łatwo powalić na ziemię. W tego typu wojnie szybko się okazuje, iż ważniejsza jest zdolność do odbudowy jednostek po poniesionych stratach i utrzymania ducha walki w tej armii przez długi okres, do zabezpieczenia jej amunicją, paliwem i sprzętem… niż zdolność do efektownych manewrów w pierwszych godzinach i dniach konfliktu. Zupełnie inaczej dowodzi się armią zawodową w pierwszym dniu wojny, a inaczej armią rezerwistów w drugim roku. Łatwo mówić o skutecznym dowodzeniu, kiedy armia ma dobrze ukompletowane struktury, a zupełnie inaczej to może wyglądać, kiedy masz słabo skompletowane sztaby składające się z niedoświadczonych oficerów, którzy w dodatku kierują świeżo zlepionymi z byle czego jednostkami.
Tak, Ukraińcy ewidentnie mieli ogromne problemy związane z brakiem w swoich strukturach stałych związków operacyjnych typu dywizji czy korpusów. Mieli i nadal mają. W trakcie trwających intensywnych walk zreformowanie struktur armii jest zadaniem niezwykle trudnym. Ukraińcy to doświadczenie zdobywają przez straty i krew. W wielu NATO-wskich armiach to doświadczenie jest. Ale nie da się po prostu przyłożyć miary zawodowej armii czasu pokoju do armii czasu pełnoskalowej wojny. To dwie odrębne rzeczywistości. Jak sobie radzi polski korpus oficerski w warunkach podobnej wojny z problemami podobnej skali, może pokazać tylko prawdziwa wojna. Nie oceniam, jak jest teraz – nie jestem w stanie tego zrobić. Na ile rozumiem, po raz ostatni w walce polski oficer dowodził związkiem poziomu dywizji i wyżej w 1945 roku. Powtórzę, iż mam nadzieję, że nie przyjdzie tego testować obecnie w warunkach bojowych, a jeżeli przyjdzie, to WP da sobie radę z tego typu wyzwaniem.
To nie jest konkurs piękności, to nie jest spór o to, kto jest lepszy w rankingach czy kto z ekspertów ma rację. Lepiej jest mieć pokorę, lepiej jest nie lekceważyć przeciwnika, lepiej jest wyciągać lekcje z tego, jak walczą inni, nie zakładając swojej wyższości nad nimi. Lepiej jest zakładać, że będą problemy i się do nich szykować, lepiej jest przygotowywać się do najgorszego scenariusza. No bo jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem i poradzimy sobie bez problemów, to wszyscy się tylko ucieszymy. Natomiast ceną za błąd nie jest czyjaś duma i własne ego eksperta. Ceną za błąd i arogancję w tej dziedzinie może być zaprzepaszczenie przyszłości całych pokoleń.

___________________________________________________________
Zachęcam również do wspierania mojej niezależnej publicystyki, linki w pierwszym komentarzu. —->
Zostaw komentarz