(czyli polski spór z metką „Made in Europe”)
Siedząc na ganku i scrolując sieć, obserwuję, jak media przerzucają się „międzynarodowymi autorytetami”. I dochodzę do wniosku, że chyba odkryliśmy nową metodę na uszlachetnianie byle jakości. To taka pralnia opinii, w której brudny, lokalny spór wrzuca się do bębna z napisem „Zachód”, żeby po szybkim praniu wyciągnąć go jako lśniący, europejski standard.
Jakże często słyszymy: „Europa grzmi”, „Świat patrzy z niepokojem”, „Prestiżowy dziennik alarmuje”. Brzmi to jak wyrok, od którego nie ma odwołania. Ale gdyby tak zajrzeć pod podszewkę tych alarmów, okazałoby się, że ten „światowy głos” ma zaskakująco znajome, rodzime nadwiślańskie brzmienie.
Żeby nie być gołosłownym. Pamiętacie, jak pisałem ostatnio o dorosłych w garniturach bawiących się w „głuchy telefon”, gdzie plotki podaje się jako fakty? Ale ta zabawa ma jeszcze wyższy poziom. W tej wersji telefon nie jest już tylko głuchy – staje się międzynarodowy. Chodzi o moment, w którym nasza swojska, podwórkowa kłótnia nagle przebiera się w zagraniczny garnitur i zaczyna mówić do nas niby po polsku, ale z obcym akcentem.
I to nie jest dialog ze światem. To nasza lokalna awantura, która wyjechała na saksy, a wróciła stamtąd w smokingu i z pretensjami. Technologia prania opinii w najczystszej postaci: wrzucasz swojski tekst po polsku, a wyciągasz „europejski autorytet” po angielsku czy niemiecku. Nazywam to recyklingiem narodowej chryi – bo nic nowego nie powstaje, tylko stare spory dostają nową etykietę i wracają do nas jako „głos świata”.
Celem nie jest informowanie świata o Polsce – świat ma własne problemy i rzadko zauważa nasze emocje. Celem jest pieczątka: „To nie ja tak uważam. Tak widzi nas Zachód”. Zagraniczne medium działa tu jak notariusz prestiżu. Zmienia się język i adres redakcji. Nie zmienia się ani myśl, ani autor.
Mechanizm jest prosty. Najpierw ktoś w Polsce publikuje swoją opinię. Potem ta sama opinia – już po angielsku czy w innym języku – trafia do zagranicznego tytułu. A kilka dni później polskie portale cytują ją jako „alarmującą reakcję międzynarodowej opinii publicznej”. I wtedy, jak w starym przysłowiu, słowo wróblem wyleciało, a wraca wołem – jako argument nie do dyskusji. Takie teksty zaczynają potem krążyć w debacie publicznej jako dowód, że „Europa nas ocenia”.
A wracając do mojego wcześniejszego pitolenia o głuchym telefonie – tu też gramy w tę samą zabawę, tylko w wersji premium. Autor szepcze swoją wersję rzeczywistości zagranicznej redakcji, lub spisuje ją samodzielnie. Ta publikuje tekst, bo pasuje do znanych schematów. A potem nasze media ogłaszają: „Świat o nas grzmi!”. Tymczasem to nie głos świata. To echo własnego krzyku, które odbiło się od ściany w Berlinie czy Brukseli i wróciło z lekkim opóźnieniem i obcym akcentem.
Co więcej, ten mechanizm rzadko jest całkiem przypadkowy. Autor doskonale wie, co zagraniczna redakcja chce usłyszeć o Polsce. Wie, które wątki przyciągną uwagę, które potwierdzą istniejące wyobrażenia i które najlepiej się sprzedadzą. Nie trzeba tu wielkiego cynizmu. Wystarczy doświadczenie. Pisze się nie pod rzeczywistość, lecz pod oczekiwanie odbiorcy.
Dlaczego to działa? Bo my nie czytamy treści. My czytamy logotyp.
Gdyby ten sam tekst ukazał się na portalu z Zaściannej Wólki, nikt by go nie zauważył. Ale jeśli nad artykułem widnieje „The New York Times”, „Le Monde”, „Politico” czy „Süddeutsche Zeitung”, treść przestaje podlegać analizie. Nazwa gazety działa jak pieczątka jakości. Prestiż zastępuje argument. Jakby ktoś kupował wino nie po smaku, tylko po etykiecie – im droższa nalepka, tym lepsze musi być, nawet jeśli smakuje jak ocet.
To taki nasz cichy kompleks prowincji. Dawniej babcia pytała: „A co ludzie powiedzą?”. Dziś pytamy: „A co powie Berlin? Londyn? Paryż?”. Importowana opinia wydaje się mądrzejsza tylko dlatego, że przyszła z daleka.
Eksport opinii to bimber z własnej chałupy przelany do butelki po Hennessy. Udaje obiektywizm, dystans i troskę. I właśnie dlatego jest groźniejszy. Zamiast pytać „czy to prawda?”, zaczynamy pytać „czy to prestiżowe?”.
Jak się przed tym bronić? Instrukcja obsługi jest prosta:
– Kto to naprawdę napisał?
– Czy to informacja, czy nasza własna kłótnia wywieziona w delegacji?
– Czy „świat” rzeczywiście się tym zajmuje, czy to produkt przygotowany specjalnie dla polskiego odbiorcy?
Prawda nie potrzebuje paszportu ani zagranicznych protez. Jeśli nie nauczymy się odróżniać bimbru od koniaku, będziemy dalej pić własne emocje z przekonaniem, że to luksusowy trunek z importu.
Ja tam wolę bimber z własnej beczki, nawet jeśli szczypie w gardło. Przynajmniej wiem, kto go pędził i z czego. Siedzę sobie na ganku w Roczynach, patrzę na Złotą Górkę i myślę: szkoda dobrego trunku na zagraniczne butelki. Lepiej nie bać się własnego głosu – bo choć bywa chropowaty, jest przynajmniej autentyczny.
Zbigniew Grzyb
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA🍄
Zostaw komentarz