A ogólnie, to wydaje mi się, że stopniowe porzucenie demokracji na rzecz jakieś formy „logokracji” jest faktycznie nieuniknione.
Staram się w miarę możliwości pisać coś z sensem. Może nie zawsze mi wychodzi, ale z wielu tekstów jestem szczerze dumny.
Tylko raz udało mi się napisać coś, co „zaskoczyło” i zdobyło kilkaset „lajków” i udostępnień.
Tymczasem tutaj Ziutek wrzuca kolejną „modną bzdurę” i bum – już po chwili prawie dwa tysiące polubień i ponad pół tysiąca udostępnień.

Czy naprawdę wierzycie, że współczesnym społeczeństwem można zarządzać zgodnie z racjonalistycznym paradygmatem? Że „dobrze poinformowany wyborca dokonuje właściwych wyborów”?
Czasem dopada mnie pesymizm. Nie, nie twierdzę, że „wszyscy są głupi”, ale jednak stwierdzam, że większość jest w pewnym sensie głupia i zadowala się „prostymi prawdami”. Dowolnymi właściwie, ale koniecznie właśnie prostymi. Monokazualne wyjaśnianie świata wydaje się w jakiś sposób „naturalną” skłonnością u ludzi i jedynie nieliczne jednostki odczuwają potrzebę poszerzania swojego pola światopoglądowego. Sprowadzenie własnej postawy do bardzo krótkiego zestawu przekonań jest cholernie wygodne, pozwala szybko odnaleźć pokrewne dusze i zbudować wokół siebie prywatny „komforcik”. Nadaje też życiu sens w ramach prostego aktywizmu.
Jednych stale ktoś truje, odnajdują wokół siebie jakieś multum fruwających toksyn, przeciwstawiają temu kompletnie utopijny stan „nieskażonej natury”, wyzjnają „holistyczną” medycynę, z radością dzielą się swoimi „odkryciami” ewangelizując wszystkich wokół.
Inni odkrywają Boga, który w mętnych tekstach objawionych mówi do nich całą „prawdę”, bez końca klepią paciorki i są przekonani, że świat trzeba ratować głosząc Słowo każdemu wokół.
Jeszcze inni usłyszeli coś o marksizmie, zajrzeli do dwóch książek i bum! – Mają odpowiedź na wszystko: świat to jedna wielka walka „uciskanych” z „uciskającymi”. Wszędzie widzą „systemową dyskryminację” i angażują się jej przezwyciężanie…
Tak skonstruowany światopogląd jest doskonale zaimpregnowany. Szansa na przekonanie kogoś, żeby zechciał wyjść tej strefy komfortu i odkrył inne perspektywy jest znikoma. Jedynie jakieś wielkie tragedie są w stanie rozbić taką skorupę i skłonić ludzi do poruzumiewywania się w innym niż prozelityczny sposób. Inaczej każdy jeden obscenicznie pokazuje jaki jest szczęśliwy w tym swoim świecie, jak wiele mu to daje, jak bardzo pomogło w życiu. Każdy jeden jest jak afisz ogłoszeniowy swojej prywatnej wiary:
– Bog pomógł mi rzucić alkohol!
– Dzięki maindfulness zdobyłam nową pracę, przyjaciół i osiągnęłam sukces finansowy!
– Joga i medytacja pozwoliły mi odzyskać wewnętrzną równowegę!
– Odkąd jem wyłącznie żywność ekologiczną nabrałem sił do życia!
– Dzięki inkluzywności moje dzieci są szczęśliwe!
– Tylko rower!
I tak to leci kabarecik…
Zarządzanie taką masą jest jak koszmar i chyba naprawdę trudno się dziwić, że demokracja zamienia się w fasadę, wybory w telewizyjną szopkę, a polityka w żerujący na emocjach spektakl.
Zostaw komentarz