Człowiek już nie idzie. Droga się kończy – nie dlatego, że dotarł, ale dlatego, że dalej nie można już iść. Krzyż zostaje położony. Nie niesiony, nie dźwigany. Położony jak coś, co ma zostać na miejscu. Człowiek zostaje położony razem z nim, jakby obaj – on i krzyż – mieli teraz stać się jednym.
Nie opiera się. Nie dlatego, że nie chce. Dlatego, że wszystko, co mogło się jeszcze sprzeciwić, zostało już wyczerpane. Leży rozciągnięty na drewnie, które jeszcze przed chwilą było ciężarem, a teraz staje się czymś innym. Staje się stołem ofiarnym, miejscem, na którym kończy się droga, a zaczyna coś, czego nie da się już zatrzymać.
Obok klęka ktoś jeszcze. Nie ma w nim gniewu. Nie ma w nim pośpiechu. Nie ma nawet napięcia. Jest skupienie. Ruchy są spokojne, dokładne, jakby wykonywał czynność, którą zna od dawna. Jakby robił coś, co nie wymaga decyzji. I trudno powiedzieć, czy to jeszcze człowiek. Twarz nie niesie żadnego wyrazu – bo jej nie ma. Oczy nie patrzą – bo są puste oczodoły. Ciało bez ciała, jakby pozbawione życia, a jednak działające. W dłoniach trzyma narzędzie. Wznosi je powoli. Nie po to, żeby uderzyć z gniewu. Po to, żeby trafić.
I w tej chwili wszystko się zatrzymuje. Bo to już nie jest ciężar, który można zrzucić. Nie jest upadek, po którym można wstać. Nie jest coś, co można ominąć. To jest moment, w którym człowiek zostaje przymocowany.
Pierwszy cios nie jest tylko bólem. Jest przejściem. Granicą, której nie da się cofnąć. Od tej chwili ciało nie należy już do ruchu. Należy do miejsca. Do drewna. Do tego, co się wydarza.
A wokół stoją gwoździe. Wiele. Jakby każdy z nich miał swoje imię, swoją historię, swoją przyczynę. Jakby to, co się tutaj dzieje, nie było jednym wydarzeniem, ale zebraniem wszystkiego, co człowieka zatrzymuje, przygniata, unieruchamia – wszystkiego, co przez całe życie powoli wbija się w jego drogę. Każdy z nich czeka, jakby wiedział, że przyjdzie jego kolej.
Nie ma krzyku tłumu. Nie ma zamieszania. Jest cisza, która nie daje ulgi. Cisza, w której słychać tylko uderzenie – jedno, potem drugie. I każde z nich brzmi tak, jakby wbijało nie tylko metal w drewno, ale także człowieka w to, czego już nie może zmienić.
I wtedy staje się coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Człowiek przestaje należeć do drogi. Zostaje przybity do tego, co go spotkało. Nie może już zmienić kierunku. Nie może już zejść. Nie może już odsunąć się od tego, co jest. A jednak to nie jest koniec.
Bo choć ciało zostaje zatrzymane, coś w człowieku nie zostaje przybite. Coś nie poddaje się temu unieruchomieniu. Coś pozostaje wolne – choć nie ma już ruchu. I właśnie to zaczyna mieć znaczenie.
Bo Stacja X była o tym, że człowiek zostaje ogołocony ze wszystkiego, co miał.
A Stacja XI jest o tym, że człowiek zostaje przytwierdzony do tego, czego nie może już zmienić – a jednak nie traci tego, kim jest – choć wszystko inne zostało już odebrane.
Zbigniew Grzyb




Zostaw komentarz