6 sierpnia 1944 roku Baligród przeżył swój sądny dzień. Sotnia UPA wymordowała wówczas ponad czterdziestu mieszkańców. Nie był to jednak koniec krwawych rządów ludzi spod znaku tryzuba na tym terenie. Mówiono, że Bóg zapomniał o tym miejscu na ziemi. Nie było dnia, by ktoś z Polaków nie zaginął bez śladu albo by w okolicy nie odnaleziono zmasakrowanych zwłok. Niektórzy zaczęli nazywać Baligród Diabligrodem. Śmierć przychodziła tu niespodziewanie — nikt nie znał dnia ani godziny.
Zagrożeni mieszkańcy nocami opuszczali swoje domostwa. Kryli się w różnych miejscach, szukając schronienia nad potokiem, w gęstych zaroślach, często spędzając całe noce w lodowatej wodzie. Strach był jednak silniejszy niż chłód.
Noc z 31 lipca na 1 sierpnia 1945 roku była wyjątkowo ciepła. Posterunek Milicji Obywatelskiej w Baligrodzie nie zapewniał mieszkańcom realnego bezpieczeństwa — był raczej ostatnim bastionem, który dawał nadzieję. Banderowcy postanowili rozprawić się z ludźmi pełniącymi tam służbę.
Atak nastąpił około godziny 22, jednocześnie ze wszystkich stron. Wartownicy nie dali się zaskoczyć. W niebo wystrzeliła biała rakieta. Przewaga była ogromna — kilkudziesięciu banderowców przeciwko kilku milicjantom.
Załogę posterunku wezwano do poddania się, zapewniając, że ich życie zostanie ocalone. Obietnice te widzieli już na własne oczy wcześniej — aż skóra cierpła im na plecach. Każdy z obrońców włożył do kieszeni po dwa naboje. Na wypadek, gdyby pierwszy nie wypalił… Nikt nie zamierzał oddać się dobrowolnie w ręce banderowców.
Walka rozgorzała na nowo. Rozpętało się prawdziwe piekło. Dym i kurz powstałe w czasie ostrzału utrudniały celowanie zarówno obrońcom, jak i atakującym. Wewnątrz budynku ludzie zaczęli się dusić. Pył ze ścian, od których odbijały się karabinowe kule, zatykał gardła i wyciskał łzy z oczu. Mimo to trwali dzielnie.
Pada pierwszy obrońca. Ogień był tak gęsty, że na fasadzie budynku nie zostało miejsca wolnego od śladów po kulach. W ruch poszły granaty, które na chwilę osłabiły natarcie. Pospiesznie doładowywano magazynki. Każda chwila mogła przynieść kolejny atak.
Bezwładne ciało osunęło się na ziemię. Struga krwi barwiła podłogę. Nie było czasu, by przykryć je choćby pałatką czy płaszczem. Amunicji ubywało. Czy wytrwają? Ktoś po cichu szeptał modlitwę, ktoś robił rachunek sumienia. Ostatnie spojrzenie na rodzinne zdjęcie. Nadzieja zawsze umiera ostatnia.
Wytrwali.
Nad Baligrodem wstał blady świt. Dochodziła godzina piąta rano. Ogień banderowców wyraźnie słabł. Słychać było głośne rozkazy, potem pojedyncze strzały — tak rozprawiano się z ciężko rannymi. Ukraińcy odstąpili od ataku, podpalając po drodze polskie domostwa.
Po ponad siedmiogodzinnej walce garstka ludzi odparła napór wroga.
Dwóm milicjantom, którzy zginęli 1 sierpnia 1945 roku, oraz ich dwóm kolegom poległym wcześniej na służbie z rąk UPA, poświęcona była tablica pamiątkowa, która do niedawna wisiała na budynku posterunku w Baligrodzie. Zawieszono ją w lutym 1986 roku. Jej treść głosiła:
„Obrońcom posterunku MO w Baligrodzie (31.07–1.08.1945), milicjantom i członkom ORMO, którzy w latach 1945–1947 w bojach z bandami UPA walczyli o utrwalenie władzy ludowej.”
Walczyli jednak przede wszystkim o własne życie, rodziny i ziemię, na której od pokoleń mieszkali.
Pamiątkowa tablica, jak dziesiątki innych, została zdemontowana. Tłumaczy się to ustawą dekomunizacyjną. Czy zasłużyli na taki los?
Dziś możemy ich wezwać jedynie do Apelu Cieni — bo w Apelu Poległych nie ma dla nich miejsca.
Z opaską na oku, jeden z obrońców posterunku — Władysław Szpot.
Fotogafia. Archiwum prywatne jednej z mieszkanek Baligrodu.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz