Coraz częściej łapię się na pewnej myśli wychowawczej. Nie chodzi o szkołę, języki obce ani zajęcia z matematyki dla dzieci. Chodzi o coś znacznie bardziej praktycznego: plan ewakuacji.

Bo patrząc na tempo, w jakim państwo i instytucje europejskie produkują nowe długi rozpisane na pół wieku, dochodzę do wniosku, że najrozsądniejszym prezentem, jaki rodzic może dać dziecku, nie będzie mieszkanie na kredyt.

Tylko paszport.

Politycy oczywiście tłumaczą wszystko bardzo elegancko. To nie jest zadłużanie – to „instrument finansowy”. To nie jest kredyt – to „mechanizm inwestycyjny”. To nie jest rachunek dla przyszłych pokoleń – to „solidarność europejska”.

Brzmi pięknie.

Szkoda tylko, że matematyka jest znacznie mniej romantyczna.

Polska się starzeje w tempie, które przypomina demograficzne osuwisko. Rodzi się coraz mniej dzieci, liczba ludzi w wieku produkcyjnym będzie spadać, a liczba emerytów rosnąć. Według prognoz w połowie wieku na jednego pracującego może przypadać niemal jeden emeryt.

A w tym samym czasie klasa polityczna z zapałem podpisuje zobowiązania finansowe sięgające roku 2070.

Trzeba przyznać: odwaga jest imponująca.

Bo łatwo być rozrzutnym, kiedy rachunek ma zapłacić ktoś, kto jeszcze chodzi do przedszkola.

Albo ktoś, kto dopiero się urodzi.

Najbardziej fascynujące w tym wszystkim jest jednak tempo, z jakim rząd Donalda Tuska naciska na kolejne kredytowe instrumenty powiązane z finansowaniem unijnym. Narracja jest prosta: pieniądze trzeba brać, bo inaczej zostaną na stole.

To trochę tak, jakby ktoś tłumaczył, że skoro bank oferuje limit na karcie kredytowej, to moralnym obowiązkiem obywatela jest go natychmiast wykorzystać.

Nieważne, że rachunek przyjdzie później.

I tu dochodzimy do sedna całej historii.

Czy to jest wielki, strategiczny plan gospodarczy? Czy ktoś naprawdę policzył, jak będzie wyglądać gospodarka kraju z trzydziestoma milionami mieszkańców i jedną z najstarszych populacji w Europie?

Czy może mamy do czynienia z czymś znacznie prostszym: klasyczną polityczną krótkowzrocznością, w której liczy się tylko najbliższy cykl wyborczy, a wszystko po roku 2040 należy już do kategorii „problemów przyszłych pokoleń”.

Bo prawda jest taka, że dług publiczny nie znika.

On tylko czeka.

Czeka spokojnie, aż pojawi się ktoś wystarczająco młody, żeby pracować, płacić podatki i finansować genialne decyzje ludzi, którzy dawno będą już na politycznej emeryturze.

Dlatego coraz bardziej skłaniam się ku bardzo prostej strategii rodzicielskiej.

Uczyć dzieci języków.

Uczyć ich mobilności.

I przede wszystkim uczyć jednego: że jeśli kiedyś zobaczą kraj, w którym garstka pracujących ma utrzymywać pół państwa i jeszcze spłacać długi zaciągnięte przez kolejne pokolenia politycznych geniuszy – to najlepszą decyzją ekonomiczną może być po prostu wyjazd.

Bo istnieje spora szansa, że największym osiągnięciem pokolenia dzisiejszych rządzących będzie nie wielka modernizacja kraju.

Tylko stworzenie pierwszego w historii państwa, którego głównym produktem eksportowym będą własne dzieci.