Od kilku dni coraz częściej słychać plotki i polityczne przecieki: ten ma odejść, tamten założyć własną partię, ktoś inny stworzyć „nową jakość” Harcerze, Maślsrze… wszystko to obok PiS. W mediach krąży scenariusz podziału, jakby był receptą na świeżość i dodatkowe procenty.
Argumentem ( fałszywym) jest podział Konfederacji. Czyli stworzyć dwa wyraziste nurty, jeden bardziej młodzieżowy i wolnorynkowy, drugi twardy, ideowy. Każdy zagospodaruje swoją część elektoratu, suma procentów urośnie i wszyscy będą zadowoleni.
Marketingowo brzmi to atrakcyjnie.Zanim jednak damy się uwieść tej wizji, warto na chłodno sprawdzić, co na ten temat mówi nie emocja, lecz arytmetyka wyborcza, bo wybory parlamentarne w Polsce nie są rozstrzygane przez sumę emocji, tylko przez metodę D’Hondta.
Dlatego ostatni komunikat Jarosława Kaczyńskiego o jedności nie jest wyłącznie retoryką. On ma twarde podstawy: „Receptą na zwycięstwo jest jedność, a wszelkie próby jej podważania to realizowanie scenariusza obecnej koalicji rządzącej.
Pokazaliśmy, że działając wspólnie, potrafimy zwyciężać.
Przed nami wytężony czas pracy i przygotowania do właściwej kampanii parlamentarnej.
Marsz rozpoczynamy 7 marca 2026 r.
Szczegóły już wkrótce. Bądźmy razem. Tylko zwycięstwo zjednoczonego obozu patriotycznego zapewni Polsce bezpieczną i stabilną przyszłość.”
Spójrzmy teraz z drugiej strony na arytmetykę. Ttrudno nie przyznać racji, że konsolidacja w polskich realiach daje dużo, dużo więcej.
Weźmy prosty model ogólnokrajowy, by zobaczyć mechanizm. Załóżmy taki układ:
Blok A – 35%
Blok B – 30%
Blok C – 15%
Obóz prawicowy dostaje – 20%
Scenariusz pierwszy: jedna lista z 20 procentami.
Przy 460 mandatach daje to orientacyjnie ponad 90 mandatów poselskich.
Scenariusz drugi: podział na dwie listy po, które uzyskują po 10 procent.
W tym samym układzie obie dziesiątki dostaną łącznie około 60-70 mandatów.
Procentowo niby tyle samo. Mandatowo wyraźnie mniejsze o 30 posłów mniej To jest właśnie efekt D’Hondta, który premiuje większe bloki wybircze.
Teraz przykład bardziej konkretny, często przywoływany w dyskusji.
Środowisko wywodzące się z Konfederacja Wolność i Niepodległość. Załóżmy wariant, o którym mówią komentatorzy: Grzegorz Braun ma 11 procent, Sławomir Mentzen ma 11 procent. Razem 22 procent.
Na papierze wygląda to imponująco. Dwie dwucyfrowe formacje, łącznie więcej niż jedna lista z 20 procentami. Ale w podziale mandatów każda z jedenastek może liczyć na około 35 mandatów. Razem około 70.
Gdyby te same 22 procent były na jednej liście, wynik mógłby zbliżyć się do około 95–100 mandatów.
Różnica to kilkadziesiąt miejsc w Sejmie. To jest realna siła polityczna albo jej brak.
Do tego dochodzi oczywiście próg 5 procent. W sondażu 11 procent wygląda stabilnie. W kampanii wszystko faluje. Spadek o kilka punktów i jedna z formacji zaczyna balansować na granicy wejścia. Wtedy ryzyko jest ogromne.
Dlatego teza, że podział automatycznie zwiększa siłę, jest uproszczeniem. Owszem, może zwiększyć widoczność i energię. Może chwilowo podbić sondaże. Ale w dniu wyborów liczą się mandaty.
A w polskim systemie mandaty premiują duży, zjednoczony blok. W tym bloku można budować różne skrzydła, różne języki komunikacji, różne twarze. To nawet wskazane. Ale w momencie startu wyborczego jedna silna lista daje większy efekt niż dwa ambitne projekty obok siebie.
Procenty dają satysfakcję. Konsolidacja daje władzę.PiS pewnie to rozumie, Konfederacja nie, bo oni nie idą po władzę A gdzie? Nie wiem.

Post scriptum: wiem, że wielu z was teraz czyta moje komentarze z większą uwagą i szuka, szuka w nich tego czego nie znajdą.
Zostaw komentarz