Zapytał żonę jaki prezent na rocznicę ślubu sprawi jej przyjemność. Z głupia frant strzeliła, że wyprawa do Japonii, bo po jakiejś lekturze zaciekawiła ją Japonia. Po kilku dniach mąż wręczył jej bilety na samolot. Rygor grupowej turystyki odpadał – drogo i nuda! Dali sobie 3 tygodnie na najważniejsze wyspy i miasta, a przede wszystkim japońską prowincję. Przeczytali o Japonii, co tylko się dało, zarezerwowali hoteliki, miejsca w muzeach, restauracjach i słynnych Shinkansenach. Zrealizowali plan w 100%. Zdumiała ich japońska kuchnia, zachwyciło ascetyczne piękno ogrodów oraz doskonałość pociągów i dworców kolejowych, gdzie każdy pasażer czuje, że system został pomyślany dla idealnego komfortu. Zobaczyli Japonię nie tylko od frontu.

A przecież – jak 90% Polaków wychowanych jeszcze w PRL – znali tylko bazowy angielski i ani słowa po japońsku.

Bo bohaterowie tej opowieści są odważni i… zadaniowi. Znam ich od lat, a opowiadam ich historię ponieważ oni są ciekawi.

Ale to także opowieść o pokoleniu, które – jak to się mówi – wywalczyło wolną Polskę, a potem kolosalną pracą odbudowało kraj z zapaści. Nigdy nie korzystali z żadnych synekur. Zdeterminowani i konsekwentni są jakoś typowi dla swego dzielnego pokolenia.

Danka chciała być nauczycielką, ale Służba Bezpieczeństwa wyrzuciła ją z systemu. Została na kilka lat bez pracy. W wolnej Polsce, wychowując trójkę dzieci, miała ogromny wkład w uczynieniu z kulejącej firmy ogólnopolskiego lidera. Zbyszek po internowaniu szukał pracy. Przydały się studia na AGH. W czasach kiedy padła polska elektronika wypychana na margines przez konkurencję z Zachodu i Wschodu, on pozostał elektronikiem. Założył małą firmę produkującą i komercjalizującą jakieś maszynki wedle własnego pomysłu i patentu. Sprzedaje te urządzenia w różnych krajach. Chcieli ich kupić Niemcy, chcieli Japończycy, ale on lubi, co robi. Nie sprzedał.

Danka przeszła trudne chwile, gdy wbrew swemu środowisku publicznie wsparła ks.Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, bo uważała, że tak należy. Dziś wiemy, że miała rację; wtedy zapłaciła sporą cenę za pójście pod prąd. Obydwoje z mężem przez lata wspomagali założoną przez ks. Zaleskiego Fundację im. Brata Alberta, która niesie pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie. To chyba była pierwsza w Polsce inicjatywa na dużą skalę dla ludzi z tą kategorią niepełnosprawności.

Od 20 lat współpracują ze stowarzyszeniem „Krzysiek Pomaga Pomagać”. I nie chodzi o wysłanie przelewu bankowego, choć pewnie to też robią. Chodzi o pomoc młodym ludziom z poważnymi niedowładami po udarze mózgu. Kiedy mają w Krakowie badania, kiedy przyjeżdżają na spotkania, ktoś musi się nimi zająć. Czasu i rąk do roboty wymaga też organizacja koncertów, aukcji charytatywnych i zawodów.

J też korzystałam z ich pomocy. Zanim mnie medycy naprawili, miałam w kilku miejscach pęknięty kręgosłup, a równocześnie chemię, na którą trzeba się było stawiać 2 razy w tygodniu. Każdy wstrząs powodował demoniczne bóle. Wtedy Zbyszek woził mnie do szpitala swoim starym Citroënem, co miało znaczenie, bo tylko ta marka robiła samochody z zawieszeniem eliminującym drgania na lichych drogach.

Zastanawiam się czy taka wierność w przyjaźni i zdolność do poświęcenia komuś własnego czasu jest cechą tego pokolenia. Nie wiem. Ale już swoista odwaga i upór, chyba jest. Tak było z wyprawą do Santiago de Compostela. Kiedy ma się 60 lat przejście pieszo kilkuset kilometrów jest wyzwaniem. Przygotowania zabrały im kilka miesięcy. Wpierw szukali właściwych butów. A potem, w tych butach, trenowali marszruty stopniowo wydłużając dystans. Zaczynali od 3 kilometrów, skończyli na dwudziestu. Z plecakami tak zaplanowanymi, żeby żadnej zbędnej rzeczy nie taszczyć: bielizna szybkoschnąca, zapasowe spodenki i podstawowe artykuły higieny. Trenowali, czy lało, czy wiało…

Z lekka tylko otartymi stopami stanęli szczęśliwi u stóp Katedry z grobem św. Jakuba. Doszli. Nie wiem, jakie prośby nieśli, ale pewnie też szli dziękować za gromadkę wnuków i życie ciekawe i satysfakcjonujące, choć momentami bardzo trudne.

A niedawno Zbyszek odkrył w sobie nową pasję: akordeon. Nie wiem, co go skłoniło, żeby zacząć się uczyć gry na akordeonie. Nie dość, że jest w tym dobry, to jeszcze skutecznie przekonał wszystkich znajomych, że akordeon jest instrumentem szlachetnym i wymagającym. Właśnie wrócili ze słynnego Międzynarodowego Konkursu Akordeonowego w Castelfidardo.


A na ilustracji „Dziewczynka’ – portret pędzla Leonarda Winterowskiego z 1909 – Lwów. Nie wiadomo kim była, ale czuć osobowość pierwszorzędną :) Jeden z moich ulubionych portretów, choć malarz i płótno mało znani.

Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, opublikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.