Po szkole chodziliśmy nad graniczną Olzę, po drodze kupowaliśmy cztery ćwierćlitrówki, kieliszki kradłem od Taty. Polewaliśmy sobie srogo siedząc nad brzegiem rzeki. Patrzeliśmy w stronę lepszego świata. Czechosłowacja to było wtedy coś. Lentilki, jarmilki, banany i te cholerne gąbki o smaku spalonej benzyny zmieszanej z zapachem pomarańczy. Rodzice mówili nam, żebyśmy tego nie jedli. Z drugiej strony Czechosłowacy jedli i nie wyginęli masowo na drugim brzegu rzeki. A nawet jak umierali od jedzenia tych gównożujków to nikt się o tym nie dowiadywał. Bo miejscowa służba bezpieczeństwa, tzw. estebaci kontrolowali sytuację.

Jak żeśmy obalili dwie ćwierćlitrówki, nabieraliśmy pewności siebie. Pamiętam, że ja zawsze wyprostowany stając na brzegu Olzy głośno krzyczałem: precz z pseudokomunizmem w Czechosłowacji. Wtórował mi mój kolega z klasy, Szymon, który ciskając kamienie w drugą stronę wrzeszczał: Niech żyje prawdziwy komunizm. Precz z czechosłowackimi rewizjonistami.

Estebaci (czechosłowacka służba bezpieczeństwa, tamtejsze SB) mieli z tym potężny problem, bo uważali, iż ten temat jest już po 1968 definitywnie zamknięty, a tu dwóch szczylów z Polski wykrzykuje w ich stronę, że jednak nie. Nie wiedzieli wówczas, że byliśmy pod wpływem sfermentowanej oranżady, sprzedawanej w plastikowych woreczkach.

I to była prawdziwa działalność, nie co to teraz.