– Ludzie mają już dość opowieści z Parku Pokoju. Prawie nikt już nie czeka na kolejny odcinek. Ludzie żyją już innymi narracjami, takimi bardziej przyziemnymi, czasem tylko o miłości, ale miłości już prawie nie ma. Jest tylko konsumpcja. Jedni konsumują innych. Czarni białych, kobiety mężczyzn, dzieci – rodziców. Świat zwariował. – powiedział na migi niemy Chorwat.

– Kto miałby kończyć temat naszej parkowej epopei jak nie jakiś przybłęda z Zagrzebia? – odezwał się gruby Serb. – Do tego nie potrafi się nawet wysłowić – kpił z niego Serb zakreślając kupon Lotto.

– On nie dlatego nie mówi na głos, że nie chce, ale że nie potrafi, chory jest, upośledzony znaczy – odezwał się mały Słowak.

– Jakby bardzo chciał, to by mówił. Oni, znaczy Chorwaci są leniwi. Przywykli do tego, że mają po dwa domy, jeden przez 8 miesięcy wynajmują letnikom i z tego żyją. Nie pracują, jak my Serbowie w pocie czoła orając ziemię, która nas przeklina i rodzi tylko takie małe kwaśne pomidorki. Dobrze, że chociaż śliwa obrodzi i jest z czego procenty na zimę wydestylować. Inaczej byłoby już po nas. Dwa-trzy miesiące trzeźwości i byłoby po narodzie. Zagłada całkowita.

– Nie zmienia to faktu, że ludzie już nas mają powyżej uszu. Ileż można czytać o tym, że jeden zapali, drugi się nażre, a trzeci – za przeproszeniem – zesra. Ludzi interesują już inne tematy. Pora chyba wracać do siebie – – powiedział stary Rumun. – Ja już mam bilet kupiony. Z czeskiego Cieszyna do Bogumina, z Bogumina do Budapesztu, z Budapesztu do Klużu, a potem na furmankę i prosto pod górkę do domu. Istvan, jedziesz ze mną, ale nie tylko do Budapesztu, do mojej wsi rodzinnej, której nazwę kiedyś niepotrzebnie wyjawiłem. Pokażę cię swoim ludziom, mówiąc po rumuńsku: patrzcie oto prawdziwy Węgier osobiście przeze mnie oswojony. Możecie go dotykać, tylko krzywdy nie zróbcie. – rozmarzył się stary Rumun. – Ale nakarmimy Cię jak trzeba, mamałyga Ci po dwóch dniach uszami wyjdzie.

– Pojadę z Tobą, zwłaszcza, że nie mam pieniędzy na bilet. Wszystko przepiłem i porozdawałem na dziwki. Tych drugich nawet nie pamiętam tak byłem bowiem srogo upojony. Ja tu już drugi raz przyjechałem, żeby zapomnieć o tym, co jest trudne w moim życiu. Za pierwszym razem byłem nawet w sanatorium w Istebnej chyba. Ojadę z Tobą, bo na czas kontroli będę się chował za twoimi wielkimi plecami i tym sposobem uniknę kontroli. W Budapeszcie się rozstaniemy. W zamian za ochronę będę ci nucił do lewego ucha najznamienitsze melodie Béli Bartóka, znanego węgierskiego kompozytora, tak przepięknie depresyjnego, że podcinanie sobie żył przy nich jest jak poezja.

– Szkoda tego legowiska wołoskiego, tak pięknie wyleżane i udeptane. Prawdziwy skarb. Porozmawiam z panią dyrektor muzeum aby umieściła to w jakiejś gablocie – powiedziałem i najwyraźniej wprawiłem w zadumę Słowaka, Serba, Chorwata o Rumuna. – Tak w ogóle to szkoda, że zdecydowaliście się wyjechać. Park Pokoju był na jakiś czas waszym drugim domem. Ludzie zaczęli się już do was przyzwyczajać. Panie w „Społem” kolektywnie zakochały się w małym Słowaku, stary Rumun stał się wygodną figurą dla niedoświadczonych rodziców celem straszenia nimi swoich dzieci, Węgier bez nogi młodzieży licealnej, która przypalała skręty nieopodal jego legowiska stał się figurą marynarza, którego fale morskie wypchnęły tak daleko, że nie żywiły nadziei na jego powrót. Gruby Serb, jakkolwiek był tylko kilka dni dostatecznie zaintrygował wszystkich swoją obecnością i rzekłbym – przedziwną ambiwalencją tożsamościową. Niemy Chorwat to zupełny epizod, podobnie jak Czech – był i się zmył.

I na tym nieodwołalnie kończy się opowieść o Parku Pokoju.