Bardzo trudno mi zrozumieć działanie naszego państwa w sędziowskich procesach strasburskich.

Sprawa wygląda tak: sędzia podpada Ziobrze i ma wszczynane sprawy dyscyplinarne, jest przesuwany, zawieszany itp.

W końcu sędzia ląduje ze swoją sprawą w Strasburgu i procesuje się z państwem (przy okazji pozdrawiam sędzię Manowską, która również się ze swoją sprawą w Strasburgu znalazła, ale – znając życie – to państwo będzie tu wyjątkowo wyrozumiałe i pewnie pójdzie z sędzią na ugodę).

Państwo wchodzi w proces, strony wymieniają pisma. Znaczy państwo walczy przed sądem w Strasburgu, ergo uznaje go za sąd władny do wydawania rozstrzygnięć w tych sprawach (skoro jest uczestnikiem procesu i nie odmawia wzięcia w nim udziału).

Sprawę z sędzią państwo przegrywa (nie słyszałem o sytuacji odwrotnej), a następnie… państwo odmawia wykonania wyroku – MSZ nie płaci zasądzonych sędziom kwot i sędziowie muszą iść ze swoimi orzeczeniami po klauzulę i do komornika, bo państwo takich wyroków nie uznaje.

Sąd, który taką klauzulę nada znowu naraża się partii. Komornik prowadzący egzekucję też.

W końcu nie wiadomo, czy my ten sąd w Strasburgu uznajemy, czy nie.

Państwo prawa według PiS.

Fot. Pixabay.com