Parafia naramska, pogranicze i pamięć po dziesięcinie
Parafia w Naramie jest rówieśnicą Odrodzonej Rzeczypospolitej. Erygowana w 1918 roku, powstawała w momencie, gdy państwo polskie dopiero uczyło się na nowo swoich granic, instytucji i codziennego porządku. Jednak sam kościół w Naramie jest znacznie starszy. Drewniana kaplica istniała tu już w 1617 roku i przez stulecia podlegała parafii w Korzkwi. Mamy więc do czynienia z osobliwą ciągłością: nowa parafia wyrastała ze starego miejsca, niosącego pamięć kilku epok i kilku porządków administracyjnych.
Narama leży tuż przy dawnej granicy rosyjsko-austriackiej, po stronie Królestwa Polskiego. Pogranicze ma to do siebie, że przechowuje rzeczy dłużej i miesza porządki szybciej, niż robią to urzędy. Przechodzą przez nie słowa, zwyczaje i sposoby życia. I właśnie na takim pograniczu warto przyjrzeć się temu, jak wyglądało wynagradzanie służby kościelnej w świecie, w którym pieniądz był rzadki, a wspólnota realna.
Choć Narama leżała na styku dwóch zaborów, nie była pograniczem kulturowym. Kraków – naturalne centrum regionu – jednoczył wszystkich Krakowiaków, brutalnie podzielonych przez granice administracyjne, lecz nie przez język, tradycję ani obyczaj. Łączyła ich tysiącletnia polska kultura, wspólna wiara i rytm świąt, a także ludowa obrzędowość i dialekt, zwany gådką krakoską. Dlatego po 1918 roku, gdy ziemie te ponownie znalazły się w jednym organizmie państwowym, nie było większych problemów ze wzajemnym zrozumieniem. Granice polityczne okazały się płytsze niż granice kultury. Zwyczaje, takie jak petyta czy wynagrodzenia w naturze, mogły swobodnie przenikać między wsiami po obu stronach dawnej linii zaborczej, bo wyrastały z tego samego kręgu kulturowego.
W Naramie funkcjonowało określenie „petyka”. Tak nazywano roczne wynagrodzenie w naturze dla stróża kościoła, kościelnego i organisty – na utrzymanie ich samych oraz ich rodzin. Nie był to datek ani jałmużna. Było to wynagrodzenie należne, powszechnie znane i akceptowane. W źródłach galicyjskich spotyka się formy „petyta” lub „petyty”, a w jednym z opracowań naukowych pojawia się wprost definicja: „petyty, tj. snopki zbóż”. Sens pozostaje ten sam: zapłata w zbożu, w ziarnie lub snopach, będąca podstawą bytu ludzi pełniących stałą posługę przy kościele.
Stróż kościoła przed Bożym Narodzeniem objeżdżał wieś z saneczkami. Od każdej rodziny otrzymywał garniec zboża – pszenicy, żyta albo owsa, zależnie od tego, co kto miał. Zboże sypało się do worków, sanki sunęły od zagrody do zagrody, a cała wieś wiedziała, po co ten objazd się odbywał. Był to rytuał tak oczywisty, że nie wymagał tłumaczenia.
Kościelny zbierał petykę inaczej. Otrzymywał dwa duże snopy zboża, złożone z kilku kowiorków. Jeździł konnymi saniami, a gospodarze dokładali snopy jeden po drugim. Kościelny nie był jednak wyłącznie człowiekiem od kluczy i porządku w świątyni. W praktyce prowadził także księże gospodarstwo, które miało stanowić jeden z filarów utrzymania probostwa.
W Naramie gospodarstwo to liczyło 14 morgów i zostało zakupione przez parafian od miejscowego dziedzica, ze znacznym upustem. Ów upust traktowano jako wkład dziedzica w uposażenie nowo tworzonej parafii. Ten szczegół dobrze pokazuje, że petyka nie wisiała w próżni. Obok wynagrodzeń w naturze istniała też próba zbudowania trwałej podstawy bytowej, tak aby parafia – rówieśnica Odrodzonej Rzeczypospolitej – mogła nie tylko odprawiać nabożeństwa, ale i zwyczajnie utrzymać się w realiach wsi, w której plon z pola był prawdziwą walutą.
Sądzić można, że gest dziedzica, oferującego ziemię z upustem, nie był jedynie aktem filantropii, lecz przemyślaną inwestycją w prestiż dworu – w ówczesnym świecie wieś posiadająca własną świątynię zyskiwała na znaczeniu, a fundator na szacunku i wpływach.
W tym miejscu warto dodać, że kościelny otrzymywał także część ofiary składanej księdzu za posługi i sakramenty – chrzty, śluby, pogrzeby czy msze – ponieważ brał w nich czynny udział, a jego praca była nieodłącznym elementem tych obrzędów.
Organista miał podobne uposażenie jak kościelny. Oprócz roznoszenia opłatków przed Wigilią i zbierania datków „co łaska”, otrzymywał także petykę w snopach zboża, w tej samej mierze co kościelny. Również objeżdżał gospodarstwa, gdzie gospodarze ładowali snopy na sanie. Był obecny przy wszystkich najważniejszych momentach życia wspólnoty – przy radości i przy śmierci, przy chrzcie i pogrzebie, przy śpiewie i ciszy. Dlatego i jego wynagrodzenie miało charakter stały i powszechnie uznany. Podobnie jak kościelny, organista otrzymywał również część ofiary składanej księdzu za posługi liturgiczne, ponieważ jego śpiew, gra i obecność były integralną częścią każdego sakramentu i każdego obrzędu.
W Naramie zarówno kościelny, jak i organista mieli również zapewnione mieszkania. Stał budynek zwany Organistówką. Nie był to luksus ani przywilej, lecz element stabilności – dach nad głową dla tych, którzy mieli być zawsze „pod ręką”, dostępni i odpowiedzialni za codzienne funkcjonowanie parafii.
Trzeba jednak jasno powiedzieć: petyka nie zwalniała z pracy. Ani stróż, ani kościelny, ani organista nie żyli wyłącznie z tego, co otrzymali od parafii. Oni i ich rodziny normalnie pracowali – we własnych gospodarstwach. Żony miały swoje zajęcia, dzieci pomagały, gdzie się dało. Petyka była zabezpieczeniem – chlebem na zimę, ziarnem na zasiew, paszą dla inwentarza. Była częścią większej całości, w której parafia i wieś współistniały w rytmie wzajemnych zobowiązań.
W tym sensie petyka przypomina świat, który wyłania się po zniesieniu dziesięciny, choć Narama formalnie nie należała do Galicji. Dziesięcina jako obowiązek prawny znika, a jej miejsce zajmuje zwyczaj wspólnotowy. Nie przymus, lecz pamięć i odpowiedzialność. Nie fiskus, lecz lokalna umowa społeczna. Pogranicze sprawia, że rozwiązania znane po jednej stronie granicy przenikają na drugą, a nazwy zmieniają brzmienie, zachowując sens.
Dlatego petyka nie jest tylko lokalnym słowem ani anegdotą z przeszłości. Jest śladem przejścia między epokami – od świata feudalnych powinności do świata nowoczesnych instytucji, który jeszcze długo musiał posługiwać się dawnymi narzędziami. Nowa parafia z 1918 roku korzystała z praktyk znacznie starszych, bo innych po prostu nie było.
Dziś słowo „petyka” brzmi obco. Zniknęło razem z saniami, kowiorkami i zbożem wożonym od domu do domu. Zastąpiły je przelewy, budżety i anonimowe rubryki. To wygodniejsze i bardziej przejrzyste. Ale coś przy tym ginie – poczucie, że wynagrodzenie jest formą więzi, a nie tylko rozliczenia.
Parafia Narama – rówieśnica II Rzeczypospolitej – przypomina, że nowoczesność nie rodzi się z dnia na dzień. Często opiera się na starych słowach, starych zwyczajach i cichych umowach, które przez pokolenia pozwalały wspólnocie trwać. Petyka jest jednym z tych słów: niepozornym, ale niosącym pamięć o świecie, w którym wspólnota była walutą, a zboże – jej rachunkiem sumienia.
A może także przypomnieniem, że żadna wspólnota nie trwa dzięki paragrafom, lecz dzięki temu, co ludzie uznają za oczywiste – nawet jeśli dziś brzmi to jak słowo z innego czasu.
Oj, z innego… z innego …
Zbigniew Grzyb
Źródła i opracowania
- Marcin Jerzy Kowalski, Uposażenie organistów w parafiach rzymskokatolickiej diecezji przemyskiej w połowie XVIII wieku, „Archiwa, Biblioteki i Muzea Kościelne”, KUL.
- Muzyka i Śpiew, nr 40, dział: Uposażenie organistów galicyjskich.
- ZSP Czermin, Historia szkoły – wzmianka o petytach zbieranych w snopkach zboża.
- Przekazy ustne mieszkańców Naramy i okolic (XX w.).
Na zdjęciu: Historyczny drewniany kościół w Naramie – bryła z 1938 roku, rozbudowana na bazie kaplicy wzniesionej w 1617 roku. Spłonął w styczniu 1980 roku, pozostając świadkiem ciągłości miejsca, starszego od parafii i od państwa.
Zostaw komentarz