Pytacie mnie o komentarz do pomnika Maryi w Konotopiu. Sprawa jest wielowątkowa, dlatego spróbuję w punktach:
1. Ważnym, choć z mojej perspektywy mało istotnym, jest wymiar polityczny. Po raz pierwszy od dawna o komentarz do jakiegoś wydarzenia w Polsce najpierw poprosiły mnie niemieckie media, a nie polskie (dokładniej Niemiecka Agencja Prasowa Deutsche Presse-Agentur). Niemcy interesowali się tym od ładnych kilku dni, planowali nawet wysłać na 15 sierpnia ekipę do Konotopia. Odniosłem wrażenie, że z ich perspektywy to jest ciekawsze niż z naszej – u nas media zainteresowały się tematem tak naprawdę na ostatnią chwilę. Może rację ma Jacek Gniadek, że kiedy w Europie Zachodniej buduje się ogromne meczety, w Polsce wciąż powstają rekordowe katolickie monumenty. Nie wiem. Ale jakoś warto to odnotować.
2. Drugi wymiar dotyczy oceny samej budowy. Czy Karkosikowie nie powinni tej kasy przeznaczyć na cele charytatywne? Prawda jest taka, że to ich prywatna sprawa – mogli te pieniądze nawet spalić w kominku, jeśli chcieli. Warto docenić, że dali swoim sąsiadom w okolicy zarobić przy budowie, a dodatkowo gmina może liczyć na dochody z turystyki. Z perspektywy zatem ekonomiczno-regionalnej i społecznej trudno to krytykować. Równie dobrze mogli jednak zrobić, nie wiem, największy park rozrywki albo największy basen w Europie. Zdecydowali się z jakichś powodów na pomnik Maryi, OK. Nie ma to jednak większego znaczenia.
3. Jeśli idzie o perspektywę religijną, jeśli ktoś patrzy na katolicyzm jak na religię, która jest bardzo ważnym nośnikiem kultury/cywilizacji, to wtedy ten pomnik powinien mu się podobać. Warto jednak zadać pytanie, skoro pomnik ma charakter publiczny i jest oficjalnie prezentowany jako obiekt o charakterze quasi-sakralnym, czy to najszczęśliwszy pomysł.
Tu pojawiają się trzy kwestie. Po pierwsze, czy wokół tego miejsca istnieje jakaś wspólnota, czy będzie to jedynie budowla, niczym nie różniąca się od pomnika Jezusa w Świebodzinie, wokół którego w zasadzie nic nie powstało. Ot, ogromna statua w szczerym polu widziana z drogi szybkiego ruchu. Czy to ma realny potencjał, aby stać się sanktuarium, które gromadzi ludzi na modlitwę? Mam spore wątpliwości.
Po drugie, sama idea stawiania gigantycznych pomników wydaje się nie tyle autonomiczną wizją fundatorów, co raczej przejawem pewnego modelu religijności. Dla porównania – w Barcelonie w XIX wieku wobec postępującej sekularyzacji też padł pomysł, aby zbudować ogromną świątynie, która zaprowadzi ludzi z powrotem do Boga. Pomysł, że budowla może być źródłem nawrócenia, również wydaje mi się kontrowersyjna. Zaletą Sagrada Familia jest jednak to, że od samego początku jest budowana ze składek, a to oznacza, że powstaje jako dzieło wspólnoty. Nawet jeśli dziś większość odwiedzających traktuje to jako miejsce czysto turystyczne, ten komponent „duchowy” wybija tam z każdego centymetra. Sagrada Familia tchnie Duchem. W przypadku pomnika Maryi w Konotopiu trudno odnieść takie wrażenie – nie oceniając intencji fundatorów, to po prostu w jakimś sensie ich „zachcianka”. Jasne, mają do niej prawo. Jasne, mogła powstać ze szlachetnych pobudek. Ale to chyba za mało, aby widzieć w tym jakieś dziedzictwo duchowe, choć oczywiście mogę się mylić.
Po trzecie, i tu genialne intuicje wskazała Maria Rogaczewska, Maryja w teologii chrześcijańskiej była zwykle utożsamiania z naturą, ogrodem. Uroczystość Wniebowzięcia świętowana jako „Matka Boża Zielna” jest jakimś symbolicznym dowodem tej starożytnej tradycji. Teologia maryjna zawsze bazowała na wskazywaniu Jezusa i umniejszaniu się – taki jest Magnificat, taki jest Różaniec i modlitwa Zdrowaś Mario, której centralnym elementem jest imię „Jezus”. A tu mamy gigantyczny pomnik Maryi z 60 tys. ton betonu – pomijam już falliczność samego kształtu, ale to jest tak bardzo w kontrze do wielowiekowej tradycji teologii maryjnej, że trzy razy zastanowiłbym się, czy faktycznie budowanie tak gigantycznego pomnika to najszczęśliwszy pomysł.
4. Wreszcie z perspektywy chrześcijaństwa jako osobistej relacji z Jezusem i wiary jako indywidualnej odpowiedzi danej Bogu we wspólnocie (bo chrześcijaństwo/katolicyzm nie jest religią sensu stricto), sam pomnik jest zasadniczo bez znaczenia. Tak jak widzę sens pielgrzymki na Jasną Górę, bo wiem, że to moja odpowiedź dana Bogu we wspólnocie modlących się tam (dotyczy to zresztą każdego sanktuarium, niezależnie od mojego dystansu co do samych objawień maryjnych), tak w tym przypadku nie widzę specjalnie powodu, dla którego akurat pomnik Maryi w Konotopiu miał być ważny. To już ważniejsza była Lednica, do kiedy gromadziła wiernych (i przestanie być ważna, jak przestanie ich gromadzić). Ważniejszy jest choćby taki Kokotek koło Lublińca, gdzie odbywa się Festiwal Życia, choć nie ma tam nic spektakularnego. Ale jest nomen omen życie. Jeśli wokół pomnika w Konotopiu będzie kielkować życia trochę pomimo martwego betonu, to super. Inaczej to miejsce będzie tylko (a może aż?) atrakcją turystyczną.
A, i na koniec jeszcze jedno. Andrzej Draguła porównuje krytykę wobec Karkosików do krytyki, jaką Judasz wystosował wobec Marii, która wylała flakon olejku nardowego za równowartość rocznego dochodu. Przy całej mojej sympatii do Księdza Profesora, to porównanie jest dla mnie tak odległe, żeby nie powiedzieć absurdalne, że chyba nie robiłbym takich paraleli. Po prostu 60 tys. ton betonu trudno utożsamić z Synem Bożym.
Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.
Zostaw komentarz