Przyjmuję dar życia z radością, jednocześnie… im bliżej do mety, tym większą przyjemność sprawiają mi codzienne drobiazgi. Dlatego nie potrafię w sobie znaleźć ognia, do uczestniczenia w wielkich dyskusjach, w których biorą zresztą udział — wyłącznie przekonani do swoich racji interlokutorzy. Pisząc szczerze, są one dla mnie ganz egal. Nie trapią mnie również rozmyślania, o moich rozlicznych zajęciach, które w końcu doprowadziły mnie przed laty do emerytury.
Mimo ich niezwykłości, bo, poza pracą w szpitalu psychiatrycznym imałem się i innych, równie ekscentrycznych zajęć, byłem bowiem nauczycielem, małorolnym chłopem, produkowałem opakowania do żywności z aluminium, byłem też, cenionym przez Cepelię artystą rękodzielnikiem, korespondentem terenowym popularnej w swoim czasie na wsi gazety „Gromada Rolnik Polski”, doradcą finansowym, szefem wprawdzie krótko, bo tylko przez miesiąc — Międzyzwiązkowego (razem z Samoobroną Leppera) Ośrodka Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, kierowałem również jako wójt Urzędem Gminy, a także zarządzałem służbą zdrowia i pomocą społeczną w niedużym powiecie, prowadziłem Zakład Aktywności Zawodowej, a więc mimo różnorodności pracowniczego curriculum Vitae — nie skupiam się na nim.
Myślę za to nieustannie o podróżach na Wschód. Prawie 15 lat poświęciłem na różnorodne działania wspierające Ukrainę — w dążeniu do jak oni to nazywają „normalności”, byłem inicjatorem nawiązania współpracy z rejonem halickim, gościłem tamtejszych samorządowców i biznesmenów, jeździłem z konwojami „Wschodniej Misji Miłosierdzia”, organizowałem w Polsce praktyki studenckie dla studiujących slawistykę na uniwersytecie w Stanisławowie itp.
Motywacją do tych działań były wspomnienia naszej Mamy, która w rzadkich, bo rzadkich chwilach, odrywania się od bieżących kłopotów, jakie Jej sprawiałem, opowiadała o swojej młodości. O czasach, kiedy jako świeżo upieczona absolwentka Seminarium Nauczycielskiego we Lwowie, została zatrudniona w szkole powszechnej w Brodach. Tam zdobywała doświadczenie, które zaowocowało powierzeniem jej kierowanie szkołą w Pieniakach, w której zatrudniony był również nauczyciel – Rusin, którego Mama brała w obronę, przed zakusami z inspektoratu nauczycielskiego w Brodach, żeby go z zawodu ekskludować z powodu jego działalności w Proświcie «Просвіта”. Z tego powodu czyniono nawet naszemu Ojcu pełniącemu odpowiedzialne funkcje w administracji majątku Cieńskich wymówki — Stachu coś się twoja Maryna za ukraińskim nacjonalistą za bardzo ujmuje.

Kiedy byłem z żoną i siostrą pierwszy raz w miejscowości, w której uczyła, to spotkaliśmy jeszcze liczne grono uczennic i uczniów naszej Mamy, którzy na wieść, iż przyjechały dzieci ich dawnej nauczycielki – zaczęli płakać ze wzruszenia, mówiąc, że czas spędzony w szkole, był jednym jasnym okresem w ich życiu. Pamiętali naszą Mamę dobrze, że uboższym dzieciom z własnych pieniędzy kupowała zeszyty i przybory szkolne, a nawet słodycze, że się o nich troszczyła, a także i to, że jak ktoś za bardzo rozrabiał, to potrafiła solidnie przetrzepać linijką po rękach.
Potem nastały straszne czasy. Nie mam złudzeń, że Jej uczniowie nie uczestniczyli w zbrodniach, do których popchnęła ich narkotyczna wizja samostijnej Ukrainy, czy ochota na zwykłą grabież. Pewnie z tymi, którzy byli najbardziej aktywni, rozprawili się sami Sowieci, wywożąc ich na Sybir, a reszcie zgotowali piekło na ziemi… Patrzyłem na te staruszki i staruszków przez magiczne okulary naszej Mamy, kiedy Ona była młoda, a dzieci miały jasne twarze, nawet wtedy kiedy dokazywały.
Równolegle do działań, o których wspomniałem, czułem się w szczególnym obowiązku — upominania się o pamięć ofiar ludobójstwa popełnionego przez ukraińskich nacjonalistów. Myślę, że kierowałem się nie tylko osobistą stratą, wymordowaniem przez nich rodziny siostry Ojca, ale również — odpowiedzialnością naszej Mamy za tych z Jej wychowanków, którzy w tym uczestniczyli i za tego nauczyciela- ukraińskiego szowinistę, którego przed wyrzuceniem ze szkoły ochroniła.
Ten tekst ilustruję relikwią, jaką dla mnie jest podpis, jeszcze panieńskim nazwiskiem naszej Mamy – Szczęsnowicz Maria w księdze życzeń z 1926 roku z okazji 150. rocznicy ogłoszenia Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych. Polacy wtedy podarowali narodowi amerykańskiemu niezwykły prezent. Było nim 111 tomów zawierających życzenia od 5,5 mln polskich obywateli. Wśród nich znajdują się autografy m.in. prezydenta Ignacego Mościckiego i Józefa Piłsudskiego.


Zostaw komentarz