W zeszłym tygodniu Donald Trump szumnie ogłosił rozejm z Iranem. Ze swojej strony potwierdzili go także Irańczycy. Na tym kończą się pewniki. Sytuację, jaka zapanowała między Teheranem a Waszyngtonem, można by określić słowami Lwa Trockiego – „ani pokój, ani wojna”. Warto zauważyć, że ten bon mot jednego z bolszewickich przywódców nie odegrał swojej roli i już w lutym 1918 roku przyniósł fatalne dla Rosji Radzieckiej wznowienie przez Rzeszę działań wojennych.

Jeszcze w środę nad Zatoką Perską latały irańskie drony, a Izrael przeprowadził największe, najbardziej niszczące bombardowanie Libanu – zarówno południa kraju, doliny Bekaa, jak i stołecznego Bejrutu. Według lokalnych źródeł w ciągu około 10 minut zbombardowano około 100 celów. Efektem była śmierć co najmniej 254 osób, w tym czterech żołnierzy libańskiej armii. Izraelczycy twierdzą, że zabili asystenta przywódcy Hezbollahu. Na południu kraju cały czas trwają zacięte walki lądowe.

Liban jest pierwszym elementem czyniącym rozejm wątpliwym. Irańczycy twierdzą, że miał objąć wszystkich sojuszników. To samo mówi dyplomacja Pakistanu, głównego mediatora. Niemal natychmiast po deklaracji opcję tę odrzucił premier Benjamin Netanjahu. Z pewnym opóźnieniem dołączył do niego amerykański prezydent, stwierdzając, że Liban nie jest objęty rozejmem. To dobrze pokazuje hierarchię interesów Waszyngtonu.

Iran politycznie wygrywa tę wojnę, ale ewentualne wyizolowanie libańskiego teatru i przetrzebienie Hezbollahu, który nie ma dziś łatwych linii komunikacyjnych ze względu na sytuację w Syrii, byłoby dla niego polityczną porażką. Dlatego można przypuszczać, że sprawa pokoju najszybciej wywróci się właśnie w Libanie, jeśli Trump nie chce lub nie może powściągnąć Izraela.

Wbrew deklaracjom Trumpa Iran ponownie zapowiedział przymknięcie cieśniny Ormuz w ramach odwetu za bombardowania Libanu. Hezbollah stawia obecnie zaciekły opór. Walki trwają kilka kilometrów od granicy z Izraelem. Ze względów, o których napisałem, libańskim szyitom będzie jednak trudno utrzymać teren.

Iran postawił USA bardzo daleko idące warunki, co tylko potwierdza doniesienia, że to Amerykanom bardziej zależało na przerwaniu walk – choćby okresowym – niż Irańczykom. To jeden z objawów tego, kto tak naprawdę, przynajmniej na ten moment, wygrywa na tym etapie wojnę.

Irańczycy domagają się zniesienia wszelkich sankcji, w tym odmrożenia swoich aktywów i uchylenia ograniczających to państwo rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, wypłaty reparacji wojennych oraz wycofania Amerykanów z baz militarnych w regionie. Jednocześnie stanowczo odrzucają warunek rezygnacji ze wzbogacania uranu. Nie przypominam sobie, kiedy jakikolwiek przeciwnik USA po sześciu tygodniach walk rzucał im w twarz takie żądania. Są one tak daleko idące, że można je traktować nie tylko jako otwarcie negocjacji z wysokiego poziomu, lecz także jako manifestację gotowości do dalszej walki.

Iran zaczynał wojnę jako globalny partyzant podważający status morskiego supermocarstwa. Tę walkę już wygrywa. Teoria partyzantki mówi bowiem jasno: siła dominująca musi całkowicie złamać opór przeciwnika, by utrzymać porządek, natomiast partyzantom wystarczy częściowa kontrola teatru działań, by podważyć jego wiarygodność i rozpocząć proces erozji potęgi. Teraz jednak Republika Islamska przechodzi do ofensywy i szuka możliwości zmiany układu sił w całym regionie. To nie jest epizod tej wojny. To jest moment, w którym przestaje działać dotychczasowy układ sił.

Potwierdza to dalszym wysyłaniem dronów na arabskie protektoraty Waszyngtonu i konsekwentnym podważaniem jego wiarygodności. Amerykanom nie udało się udowodnić, że ich bazy gwarantują bezpieczeństwo – przeciwnie, stają się one źródłem zagrożenia i strat. Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska doznały poważnych zniszczeń infrastruktury energetycznej. Odbudowa potrwa miesiące, być może rok. Co ważniejsze, podważony został ich status jako globalnych węzłów logistycznych i finansowych.

Konflikt układa się zresztą w taki sposób, że większą niewiadomą pozostaje to, jakie asy w rękawie ma jeszcze Teheran, a nie Waszyngton. Mimo taktycznej kontroli przeciwników nad irańską przestrzenią powietrzną, to Iran kontroluje drabinę eskalacyjną. Co więcej może zrobić Trump? Wysłać siły lądowe. Jednak oznaczałoby to konflikt z przeciwnikiem równie zdeterminowanym jak Wietnamczycy – na znacznie trudniejszym terenie. Obawa przed takim scenariuszem podcina ostatni argument administracji Trumpa i jej zwolenników. Nawet cel ograniczenia zdolności Iranu do projekcji siły w regionie nie został osiągnięty.

W warunkach rozejmu Iran kontroluje strategiczną cieśninę Ormuz. Gdyby konflikt zakończył się w tym miejscu, oznaczałoby to zmianę układu sił na korzyść Teheranu. Co więcej, pojawiają się informacje o pobieraniu opłat za przepływ w bitcoinach lub juanach. To uderzenie w drugi filar amerykańskiej potęgi – dominację dolara.

Można więc podsumować: w tym krótkim okresie „ani pokoju, ani wojny” Stany Zjednoczone nie zrealizowały żadnego ze swoich celów politycznych. Jak dotąd Stany Zjednoczone kompromitują się w tym konflikcie, a ich odstraszanie i wiarygodność sojusznicza wyraźnie maleją. To nie jest już kwestia interpretacji. To fakty. Amerykański parasol bezpieczeństwa przestaje działać. Polska wciąż zachowuje się tak, jakby nic się nie zmieniło.

Imperium nie upada w jednym momencie. Upada wtedy, gdy przestaje narzucać warunki.

Autor: Krystian Kamiński
Polski polityk i przedsiębiorca, Konfederacja / Zarząd Główny Ruchu Narodowego. Poseł na Sejm IX kadencji.